Spis treści komentarzy na
temat szkoły i edukacji
Badania socjologów dotyczące
polskiej szkoły nie napawają optymizmem. Większość uczniów nie
lubi swoich szkół. Chodzą do nich, bo muszą. I wydaje się, że
wcale w tym względzie nie idzie ku lepszemu. Oczywiście pojawia się
pytanie zasadnicze: Kto jest temu winien? Choć ja przeformułuję je w
podobne, ale wg mnie sensowniej postawione: Co jest tego przyczyną?
Może najpierw napiszę
dlaczego nie lubię pisać o "winie". Przyczyna jest dość
prosta - takie postawienie sprawy generuje więcej chaosu niż
odpowiedzi. Bo pierwsza odpowiedź na pytanie o winę narzuca się sama
- oczywiście nauczyciele! - Są przecież niefachowi, leniwi, mało
zaangażowani. Tylko że jak się bliżej przyjrzymy sprawie, to pojawią
się rysy na tym prostym wytłumaczeniu. Po pierwsze jeśli brakuje im
fachowości, to pytanie można zadać: A kto ich tak kiepsko nauczył
fachu nauczycielskiego? - Więc może winne są szkoły wyższe?
Ale szkoły wyższe tez działają w jakimś środowisku - brak pieniędzy,
otoczenie prawne - jakie jest. A do tego dochodzi kwestia ustalonych
zwyczajów w naszym Społeczeństwie. A społeczeństwo? Jest jakim go
ukształtowała ewolucja, tradycja, geny ludzkie...
Dlatego osobiście uważam, że
powód opisywanego stanu rzeczy jest inny. Wynika on z tego, że
tradycyjna szkoła już się przeżyła. Nauczanie w stylu klasowo -
lekcyjnym, to po prostu marnowanie energii uczniów. W dobie Internetu,
multimediów wysiadywanie godzinami na lekcji, na których nauczyciele
odpytują, czasem coś wykładają, czasem dyskutują powinny być
ograniczone (choć nie twierdzę, że całkiem zlikwidowane) i w dużym
stopniu zastąpione innymi formami. Nauczyciel powinien być raczej
animatorem, pomocnikiem w nauczaniu, a nie osobą skupiającą na sobie
uwagę dużej grupy uczniów. Bo zastanówmy się nad CELAMI i zaletami
układu klasowo - lekcyjnego:
-
Główną zaletą układu
nauczyciel - klasa - uczniowie była w dawnych czasach EKONOMIA. Dzięki
takiemu ustanowieniu nauczania jedna osoba (opłacana za czas poświęcany
pracy) była w stanie nauczyć znaczną grupę uczniów. Wykładając
problem dla grupy, nauczyciel dociera na raz do wielu osób. Problem
w tym, że w dobie środków masowego, szybkiego komunikowania się
stary układ przestał być optymalny - i to z dwóch
(przeciwstawnych...) powodów:
z jednej strony można go byłoby wykorzystać dla jeszcze większej
grupy uczących się - np. nagrywając wykład i udostępniając dla
milionów słuchaczy.
z drugiej strony mówienie tego samego do różnych osób nie
pozwala na indywidualizację nauczania.
-
Uczniowie spotykają się,
uczą się działania w grupie. Tutaj też jesteśmy daleko
od dobrego wykorzystania. Bo w przypadku statycznego wykładu i tak
to współdziałanie" w pozytywnym sensie ogranicza się do
siedzenia cicho, nie przeszkadzania. A jeśli już naprawde chcemy
kogoś wdrażać do działania w grupie to dlaczego by nie
wykorzystać pełni środków współczesnego przekazu (bycie online,
komunikatory, spotkania w mniejszych grupach, organizowane adhoc)
-
Poprzez przymus szkolny
można "zapędzić" do nauki (i kontrolować) również
tych, którzy z własnej woli nie chcieliby się uczyć, a przez to
duża część członków społeczeństwa pozostałaby
funkcjonalnymi analfabetami we współczesnym świecie. Tę zaletą
nauczania szkolnego uważam za ciągle za aktualną. Problem w tym,
że w odniesieniu do wielu uczniów nie ma ona zastosowania -
przynajmniej w odniesieniu do, którzy chcą i umieją uczyć się
samodzielnie.
-
Tworzy się środowisko
koleżeńskie. To dalej jest aktualne. Choć nie jestem
przekonany, czy nie lepiej byłoby realizować tego celu głównie w
odniesieniu do wybranych lekcji (sport, nauki humanistyczne,
gdzie dużo się dyskutuje na tematy ogólne), a można by ten
aspekt uwolnić w odniesieniu do zajęć/treści, gdzie i tak
dyskusje są rzadkie.
Dlatego uważam, że dobre
nauczanie, nauczanie na miarę współczesnych czasów powinno odchodzić
od przymusu wysiadywania na lekcjach w sztywnych godzinach sporej grupy
osób. Można te same cele realizować efektywniej - dzięki
wykorzystaniu Internetu, przy bardziej luźnej strukturze, wymuszając
nie tyle skupianie się na treściach powtarzanych setki razy przez tego
samego nauczyciela do kolejnych grup uczniów, a twórcze korzystanie z
bogactwa jakie daje nam dostęp do najlepszych, zindywidualizowanych i
ciekawie opracowanych źródeł wiedzy. Warto w większym stopniu
wykorzystać komputer - w formie środka komunikacji, symulatora
zjawisk, czy w postaci gier edukacyjnych.
Ogólnie - jestem przekonany,
że duża część frustracji uczniów wynika z faktu, że czują oni
BEZSENS wysiadywania w dusznej izbie lekcyjnej, w przeładowanych
liczebnie klasach słuchając przekazów, które nie są do nich
zoptymalizowane (bo nauczyciel z konieczności kieruje swój przekaz
tylko do pewnej średniej/zawężonej grupy uczniów). I chyba mają
tutaj rację...
Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 28 czerwca 2008
Coraz częściej docierają do
mnie artykuły, głosy osób, notki prasowe poświęcone nauczaniu
odbywającemu się bez pośrednictwa szkoły. Ostatnio przeczytałem
ciekawy artykuł z "Dziennika Łódzkiego" (17,18 czerwca
2006) poświęcony uczniowi, który do szkoły chodzi z rzadka, a uczy
się głównie w domu. I podobno wyniki nauczania ma bardzo dobre.
Artykuł ma tytuł "Przemek jest duchem". Nasuwa on kilka pytań:
Czy polska szkoła, jest tak nieefektywna, że może lepiej byłoby całkiem
z niej zrezygnować?
A może szkoła i system szkolnictwa w Polsce są dobre, tylko ten
przypadek jest wyjątkowy?
Moim zdaniem - prawda jest pośrodku.
I "odpowiedź uzasadnię"...
Słabości polskiej szkoły,
a nauczanie indywidualne
Nauczanie szkolne (nie tylko w
Polsce) ma wiele wad. Z punktu widzenia efektywności nauczania
podstawową jest moim zdaniem fakt, że w typowej sytuacji w szkolnej
klasie zgromadzona jest grupa osób o dość sprzecznych potrzebach,
zainteresowaniach, ambicjach. Podręczniki dydaktyki skupiają się na
metodach nauczania, a tymczasem podstawowy problem szkoły to nie tyle
kwestie jak nauczyć (np. twierdzenia Pitagorasa), tylko jak zmusić
niesforną czeredę, żeby w ogóle chciała słuchać nauczyciela. I
efekt jest taki, że każdy nauczyciel większość swojej energii nie
poświęca nauczaniu, a utrzymywaniu porządku, dyscyplinowaniu. Właściwie
przekazywanie wiedzy jest gdzieś nieco z boku głównej działalności
- wymuszaniu minimum skupienia, porządku, uwagi. W tym kontekście
jasne jest, dlaczego odpowiednio zmotywowany uczeń, ucząc się sam,
jest w stanie osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż biorąc udział w
zajęciach szkolnych. Jeśli uczeń ten ma jeszcze pomoc odpowiednio
wykształconego rodzica, czy korepetytora, to zwykle efektywność
szkolną jest w stanie "pobić na głowę", ponieważ i tak z
45 minut lekcji efektywnego nauczania można wykroić niewielki procent.
Do tego jeszcze dochodzi kilka
elementów dodatkowych pogarszających wyniki nauczania - kiepskie podręczniki
(a niestety, nie dorobiliśmy się naprawdę dobrych podręczników),
niedokształceni albo leniwi nauczyciele, chuligaństwo na przerwach i w
drodze do szkoły (nie wspominając już np. o mitrędze dalekich dojazdów
do szkoły). Wszystko to razem powoduje, że umiejętnie ucząc się
samem można osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż korzystając z
metod tradycyjnych.
Szkoła jest niedoskonała,
ale...
Mimo tego co napisałem wyżej,
sam nie jestem zwolennikiem jakichś drastycznych posunięć - np. zupełnej
likwidacji szkoły. A powodów jest tu kilka. Przede wszystkim szkoła
(nawet w takiej postaci jak teraz) osiąga przynajmniej jedno - jako
tako wyrównuje poziomy edukacyjne, dając szansę tym, którym edukacja
potrzebna jest najbardziej - dzieciom z rodzin biednych, zaniedbanych,
dzieciom rodziców słabo wykształconych. Oni samodzielnie nie
poradziliby sobie ze zorganizowaniem nauczania, a często w ogóle
zlekceważyliby tę kwestię. Dlatego, dzięki temu, że dziecko
"musi" chodzić do szkoły, mamy w kraju większość
obywateli, którzy przynajmniej jako tako umieją posługiwać pieniędzmi,
podpisywać umowy, czytać instrukcje - słowem są w stanie w ogóle
funkcjonować jako obywatele i pracownicy.
Poza tym, dzięki szkole, gromadzącej różnych ludzi, młody człowiek
uczy się współpracy, działania w grupie, uczy się porównywać własne
zachowania i emocje z tym, co prezentują jego rówieśnicy, czy (inne
niż rodzice) osoby dorosłe. To się rzeczywiście liczy. A przecież
żaden nowoczesny kraj nie może sobie pozwolić na posiadanie obywateli
analfabetów.
Ale... może by tak inaczej
Jestem przekonany, że
rezygnacja ze szkoły jest, przy dzisiejszych realiach, utopią. To się
nie uda. Jednak...
Już aktualnie można naprawdę niemało zrobić, aby wymusić na
polskim systemie edukacyjnym zmiany na lepsze. Nauczanie domowe dobrze
wpisuje się w nurt tych przemian. Powodem jest fakt, że wymusza ono
spojrzenie na nauczanie nie tylko od strony samego faktu odbywania
nauki, ale również od strony wyników. Bo skoro mamy szkołę zaliczyć
komuś, kto uczy się sam, to powinniśmy móc jakoś stan jego wiedzy
sprawdzić. Musimy więc ustalić NIEZALEŻNE KRYTERIA OCENY STANU
WIEDZY UCZNIA. To bardzo ważne, bo powoduje przestawienie celów działalności
szkoły - nastawienie na wyniki nauczania, a nie na sam fakt, że tyle
to tyle godzin określona liczba młodych osób w szkole przesiedziała.
Bo do tej pory właściwie główną motywacją szkół do podnoszenia
jakości nauczania jest prestiż - jeśli w szkole są lepsze wyniki z
testów końcowych, to szkoła jest "lepiej widziana". Wg mnie
to za mało, gdyż taki układ owocuje m.in. tym, że nauczycielom
bardziej opłaca się tkwić w rutynie, niż wysilać się na poprawę
swojej pracy (oczywiście wiem, że ocena pracy nauczyciela nie jest
sprawą prostą - wyniki nauczania tylko w pewnym procencie są zależne
od jego wysiłku i fachowości).
Jestem przekonany, że w
kwestii poprawy wyników nauczania najwięcej można by osiągnąć
metodami "miękkimi" - czyli właśnie dopuszczając
alternatywne metody uczenia się, przy (Uwaga! To bardzo ważne!!!) ścisłym
egzekwowaniu obiektywnych metod sprawdzania wiedzy. Bo słaba
efektywność nauczania jest w dużym stopniu związana z tym, że do
nauczycieli przychodzi się nie tyle po wiedzę, co po samo zaliczenie.
I uczniowie (oraz ich rodzice) często więcej wysiłku wkładają w
zmuszenie pedagoga do lepszego potraktowania ich wiedzy, niż
poprawienia stanu tej wiedzy. Niezależne, obiektywne testy (jak najczęstsze)
zmieniłyby sytuację diametralnie - uczeń sam by się "prosił"
o lepsze nauczanie, byle tylko ostatecznie osiągnąć lepszy wynik końcowy
(oczywiście nie zadziała to w odniesieniu do uczniów całkowicie nie
zainteresowanych swoją edukacją, ale tu trzeba zastosować jakieś
metody uzupełniające). Na szczęście ostatnio wyraźnie pewne kroki w
tym kierunku - mamy już jednolitą w całym kraju maturę. Mamy testy
kompetencji po każdym dużym etapie nauki. Teraz pora na obiektywne
testy wiedzy po każdym semestrze...
W takim układzie -
nastawionym na wyniki - naturalne jest dopuszczenie nauczania
alternatywnego - czy to domowego, czy w szkołach internetowych,
prywatnych, nawet na kursach. Wielu uczniów mogłoby obyć się bez
szkoły - jeśli tylko byliby w stanie nauczyć się tego co jest
wymagane. A takie ścisłe określenie wymagań ma też duże znaczenie
dla czysto szkolnego stylu edukacji.
Podręczniki - pięta
achillesowa polskiej edukacji
Polski rynek podręczników
szkolnych to wyjątkowy przykład negatywnego elementu polskiego systemu
edukacji. W sposób naturalny wyewoluował on w kierunku nie tyle
poprawy wyników nauczania, co zapewniania zysków wydawcom. Mamy więc
podręczniki od strony merytorycznej nijakie, średnie, często słabe,
ale za to pięknie wydane i drogie. A do tego system ich dystrybucji
jest nakierowany na wydawanie pieniędzy przez rodziców, a nie
wspomaganie zdobywania wiedzy. Przykład - wydawcy pakują w jeden
pakiet zasadniczy podręcznik i zeszyt ćwiczeń. Teoretycznie można by
było użyć podręcznika używanego, ale wtedy w zestawie brakuje
zeszytu ćwiczeń. A tego oddzielnie kupić się nie da... I tak sobie
wydawnictwa drenują kieszeń rodziców.
Jeśli chodzi o jakość
merytoryczną podręczników, to moją ocenę (myślę, tu głównie o
podręcznikach do fizyki, bo na tym temacie się znam najlepiej, ale nie
tylko o nich...) można by streścić w stwierdzeniu "para w
gwizdek". Mamy książki błyszczące z ładnymi ilustracjami.
Przyjemnie jest wziąć je do ręki w księgarni. Gorzej idzie się z
nich uczyć...
Potrzeba nam zmian - tylko
jak je osiągnąć?
Kwestia podręczników opisane
w poprzednim podrozdziale wyraźnie pokazuje, że wymuszenie poważniejszych
zmian w systemie oświaty nie będzie łatwe. Bo kto właściwie jest
zainteresowany obecnością w polskiej edukacji tanich (ale dobrych!)
podręczników?
- wydawcy? - raczej, na samym
końcu, bo kto chciałby ograniczyć sobie zyski?...
- nauczyciele? - niestety, zbyt wielu z nich dopiero z podręczników
uczy się tego, co mają przekazywać swoim uczniom. Wiec jak jak mają
zadecydować co jest lepsze, a co gorsze, skoro nie mają wystarczającego
porównania? Oczywiście ambitni dobrzy nauczyciele byliby w stanie
sobie poradzić z podręcznikową drożyzną i nijakością, ale
"masa" nie będzie miała odwagi domagać się zmian na lepsze
(a poza tym, przecież to nie oni płacą za podręczniki uczniów,
tylko rodzice...)
- ministerstwo? - tego bałbym się najbardziej i urzędników dopuściłbym
do decyzji o zmianach na samym końcu. Bo prędzej coś zepsują, niż
naprawią - wszak działać umieją głównie za pomocą ograniczeń
biurokratycznych...
- rodzice?... - teoretycznie są to główni zainteresowani, więc można
by na nich liczyć. Problem w tym, że większość z nich nie zna się
na tym jakie powinny być podręczniki dla ich dzieci i jak powinna działać
szkoła. A tam gdzie każdy myśli coś innego, trudno jest skoordynować
jasne stanowisko.
Co mogłoby więc zmienić
aktualny stan rzeczy? - ja stawiałbym na pluralizm i Internet. I oczywiście
np. Fizykon...
ale w tym ostatnim pewnie do końca nie jestem obiektywny...
Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 22 lipca 2006
W ostatnich latach, w kręgach
edukacyjnych dość modne stało się pojęcie "szkoły
bezstresowej". Sam pomysł wynikł historycznie z inicjatywy
idealistów, którzy chcieli uczynić szkołę miejscem, gdzie nie ma niepotrzebnego
stresu - czyli bez nadmiernego rygoryzmu, przesadnych kar, czy
wrogiej wobec ucznia atmosfery. Faktycznie, wiele tradycyjnych szkół
opierało się na modelu nauczyciel - to Pan Władca Absolutny, a uczeń
- ma cicho siedzieć i nie wychylać się. W takich szkołach dość
rozbudowany był aparat represji względem uczniów, a całość działała
w oparciu o zasadę bezwzględnego autorytetu pedagogów. W takiej
szkole uczniowie byli stresowani niepotrzebnie, niesprawiedliwie.
Niestety, jak to z wielu słusznymi
inicjatywami bywa, spora grupa osób wprowadzających nowe idee dokonała
"przeholowania" w przeciwną stronę. Niejedna szkoła bez
stresu ze skrajności w rodzaju "uczeń nigdy nie ma racji, jeśli
nie zgadza się z nauczycielem" wpadała w drugą - w stylu
"uczeń ma zawsze rację". Albo przynajmniej w postawę
obarczania nauczycieli całą winą o wszystko co się złe w szkole
dzieje. Pojawił się przy tym obłędny mit nauczyciela "superfachowca",
który bliżej nieokreślonym sposobem, jakąś tajemną mocą jest w
stanie zażegnać wszelkie problemy szkolne bez uciekania się do
jakiejkolwiek formy presji, kar, czy nawet stresującego nacisku. Ów
wyidealizowany nauczyciel miałby mocą swojej fachowej przemowy umieć
powstrzymać rozwydrzonego chuligana, wiecznie przeszkadzającego
dowcipnisia, czy każdego innego szkolnego rozrabiakę. W sukurs
idealistom poszły też niektóre kuratoria, które domagają się od
nauczycieli i dyrekcji szkół "profesjonalnego postępowania",
czyli załatwiania wszelkich problemów szkolnych szybko, prosto i
elegancko, czyli "bezstresowo", a dodatkowo wszelkie konflikty
rozstrzygają na niekorzyść pedagogów.
Problem w tym, że taki
nauczyciel superprofesjonalista, to nowe (edukacyjne) wydanie mitu o
supermenie. Kompletna utopia. Przeciętny nauczyciel staje często przed
przepełnioną klasą, gromadzącą często uczniów z bardzo różnych
środowisk, wychowywanych też bardzo różnie (czasami w ogóle
"nie wychowanych") i ma 45 minut na przekazanie wiedzy, która
w przyszłości pewnie powinna się przydać. Jedni nauczyciele
faktycznie mają talent oddziaływania na grupę i całkiem nieźle
sobie z nią radzą (co nie jest trudne, jeśli trafi się grupa uczniów
jako tako zdyscyplinowanych). Inni ratują się budując autorytet groźbą,
jeszcze inni łagodnością i prośbą (co bywa zawodne w odniesieniu do
części urwipołciów), większość i jednym, i drugim. Niektórzy nie
radzą sobie wcale - bo np. są osobami łagodnymi i mało agresywnymi,
pozbawionymi umiejętności wywierania presji, a trafiła im się grupa
wyjątkowo niepoprawna, lub np. jest w niej jeden lub kilku osobników
silnie zaburzonych emocjonalnie. Ale za wszystko co będzie złe,
ideolodzy bezstresowej szkoły obarczą nauczyciela. Bo przecież
powinien powstrzymać każdą nieprawidłowość za pomocą
odpowiedniego oddziaływania. On powinien znać psychologię i socjologię
i zawsze mieć metodę, którą załatwia się problemy.
Niestety - psychologia i socjologia nie zna uniwersalnych metod radzenia
sobie z trudną młodzieżą. Bo zapewne takich metod w ogóle nie ma. Są
pewne luźne wskazówki, ale radzić musi każdy sobie sam. Tak jak
umie. Dlatego marzenie "o naprawdę profesjonalnym
nauczycielu" jest nieziszczalne. Próba postępowania opierającego
się na założeniu, że ów mit stał się faktem i teraz każdy
nauczyciel potrafi sobie poradzić ze wszystkim, prowadzi w ślepą
uliczkę.
Dziś (m.in. dzięki
bezkrytycznemu propagowaniu szkoły bezstresowej) w wielu szkołach
nauczyciele zeszli do defensywy i unikają twardego i jasnego wyrażania
poglądów. W rezultacie objawia się druga strona takiej polityki -
miejsce po autorytecie "złych" nauczycieli zajął autorytet
(chyba też nie całkiem "dobry"...) przywódcy grupy młodzieżowej
- kolegi, który imponuje swoim "luzem" i olewactwem, a czasem
wręcz szefa młodocianego gangu. Niestety, jest to zwykle autorytet
bardziej niebezpieczny i gorszy, niż ten pochodzący od - nawet tego
zbyt ostrego - nauczyciela.
Może więc warto przestać
marzyć o szkole bez stresu. Stres życiowy prawdziwie i definitywnie kończy
się dopiero po złożeniu ciała w cichym i zacisznym miejscu z krzyżami
i nagrobkami. Miejscu położonym kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią.
A dopóki żyjemy - dopóty będziemy musieli ze stresem walczyć. Nasze
dzieci też. W szkole też.
Bo np. w żaden sposób nie da się bez stresu poinformować np. że:
 |
uczeń nie zaliczył klasówki |
 |
uczeń dostaje ocenę
niedostateczną |
 |
uczeń umie zdecydowanie
mniej niż jego koledzy |
 |
uczeń nie ma szans na
zaliczenie egzaminów na studia |
 |
uczeń nie dostanie
promocji do następnej klasy |
 |
uczeń ogólnie wypadł
gorzej, niż oczekiwał |
 |
itd... itp... |
Szkoła jest kawałkiem życia
- z jego wszystkimi zaletami i wadami - z istniejącym stresem,
problemami, nieporozumieniami, błędami. W szkole - tak jak w życiu -
trafia się niesprawiedliwość, poczucie krzywdy, zawodu, porażki.
Odnosi się to zarówno do uczniów, jak nauczycieli i dyrekcji. Takie
jest życie i inne nie (chyba) będzie. Dlatego proponuję przestać
walczyć o szkołę bezstresową, a zacząć dopominać się szkoły sensownie
zorganizowanej, ludzkiej, komunikatywnej, skłonnej do współpracy.
Szkoła bezstresowa - nawet jeśliby
gdzieś powstała - byłaby najbardziej krzywdzącą uczniów instytucją
edukacyjną. Bo po kilku latach spędzonych w takim wychuchanym,
idealnym środowisku uczeń i tak musiałby, kompletnie
nieprzygotowany, zmierzyć się z RZECZYWISTOŚCIĄ. Taką
jaka ona jest naprawdę. A jaka jest - każdy widzi...
Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 5 października 2005
Jak przeczytałem w informacji
portalu Onet jedna z angielskich uczennic skarży swoje miasto przed sądem,
że nie potrafiło uchronić jej w szkole przed prześladowaniami rówieśników.
Z jednej strony człowiek myśli sobie: teraz to już skarżą o byle co
(słyszałem, że ktoś w Ameryce dostał odszkodowanie za to, że nie
było napisane na opakowaniu produktu, że toż właśnie opakowanie
jest niejadalne...), jednak z drugiej strony, to w jakimś stopniu tę
uczennicę popieram. W końcu skoro obowiązek szkolny istnieje, to
dlaczego władze nie zapewniają bezpieczeństwa osobom ten obowiązek
wypełniającym... I chciałbym nawet, aby tego rodzaju praktyki sądzenia
się z władzami uległy rozszerzeniu. Najlepiej również na Polskę.
Jako były nauczyciel szkolny (aktualnie
zajmuję się edukacją przez Internet), jestem zdania, że w wielu
krajach ideologia nierealnej pedagogiki wiele w branży edukacyjnej
napsuła. Ostatecznie fundamentaliści polityczno - edukacyjnej poprawności
zmontowali system, w którym najlepiej żyje się łobuzom i
cwaniaczkom, a najtrudniej tym normalnym i uczciwym - zarówno jak
uczniom, jaki i nauczycielom. Nauczyciel, kontrolowany przez rozmaite
gremia oświatowe, ma związane ręce w swoich wysiłkach zapewnienia
porządku i poszanowania zasad kultury. Jak coś jest źle, to winien
jest właśnie on. Jeśli nie ma udokumentowanych wszystkich trudnych i
kontrowersyjnych działań jakie nieraz musi podjąć, to czekają go
poważne konsekwencje dyscyplinarne. Jak uczeń poskarży o
niedopatrzenia proceduralne (np. nie został poinformowany odpowiednio
wcześniej o zamiarze wystawienia oceny niedostatecznej), to nauczyciel
jest winien (nie ważne jest to, że sam uczeń w ogóle nie pojawia się
ostatnio w szkole...). Nauczyciel jest rozliczany z każdego nieostrożnego
słowa, jest pod nieustanną presją ze strony uczniów, rodziców,
dyrekcji (na szczęści w sporej części szkół dyrekcja jednak
wspiera swoich nauczycieli), a z drugiej strony ponosi pełną
odpowiedzialność za porządek na lekcji, w szkole. Nie może zareagować
adekwatnie na sytuacje gnębienia jednych uczniów przez drugich, bo
przy mocniejszym wystąpieniu okaże się zaraz, że powinien to zrobić
bardziej "profesjonalnie" - tak łagodniej, czyli pewnie
"siłą i godnością osobistą". Tyle, że takich geniuszy
godności osobistej, którzy są w stanie groźną miną opanować
ekscesy młodego bandyty nie jest, niestety, wielu. I można się zżymać,
że ci nauczyciele tacy dzisiaj kiepscy, że kiedyś to nauczyciel
poskramiał niepokornych samych ostrzegawczym chrząknięciem, ale
rzeczywistość jest taka jaka jest - tzn. nauczyciele są po prostu
normalnymi ludźmi. Niestety, faktu że nauczyciele są zwykłymi ludźmi,
nie chcą uwzględnić decydenci tworzący zasady działania branży oświatowej.
Wciąż nie dopracowano się żadnych dobrych metod działania z falą i
bandytyzmem młodocianych, wciąż kilku nastoletnich obwiesi może
terroryzować całą szkołę.
Oczywiście, póki szkoła ma do czynienia
z rozsądnymi, kulturalnymi młodymi ludźmi, póki jest szansa dogadać
się z ich rodzicami, dopóty wszystko (również w aktualnych warunkach
prawno - administracyjnych) w miarę dobrze funkcjonuje. System zaczyna
się "sypać" zaczyna się w sytuacjach trudnych - w obliczu młodzieżowych
gangów, młodocianych handlarzy narkotyków, czy zdemoralizowanej
"złotej" młodzieży "lejącej z góry" na wszelki
napomnienia nudnego belfra.
I co ma wtedy zrobić nauczyciel?
- Rozpłakać się?... Samodzielnie założyć sobie na głowę kosz na
śmieci?...
No może trochę przesadzam. W rzeczywistości,
czyli w typowych warunkach, rzadko który nauczyciel da się tak skołować
swoim podopiecznym, że dojdzie do absolutnie dramatycznych zdarzeń. Może
przecież po prostu odmówić prowadzenia lekcji, poinformować
dyrektora, rodziców, radę pedagogiczną. Problem zaczyna się wtedy,
gdy w szkole pojawi się odpowiednio duża grupa część młodzieży
patologicznej - na taką młodzież łagodne praktyki wychowawcze już
nie działają. Przenoszeni z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły -
wciąż sprawiają podobne kłopoty, wciąż krzywdzą rówieśników,
nie respektują podstawowych zasad współżycia społecznego. I w
takich przypadkach trzeba by działać już zupełnie inaczej - przede
wszystkim bardziej skutecznie.
Niestety, dominujący nurt ideologów utopijnej pedagogiki najwyraźniej
wychodzi z założenia, że się jakoś to "rozejdzie po kościach",
że dobrzy uczniowie swoim przykładem naprawią tych zaburzonych
emocjonalnie. Tylko że to nie działa. Prawie nigdzie. Bo prędzej ci
źli zgnębią i zepsują swoich kulturalnych rówieśników, niż
traktowane z pogardą "kujony" spowodują przemianę łobuzów
w grzecznych uczniów.
I wygląda na to, że nic się nie da zrobić.
Chyba że....
- Chyba że właśnie ileś spraw sądowych względem władz gminnych
czy oświatowych o nie zapewnienie bezpieczeństwa godziwych
warunków nauki zmusi w końcu odpowiedzialne osoby do minimum rozsądku.
Gdy ktoś wreszcie będzie musiał zapłacić pieniądze, to może pomyśli
nad sposobami naprawy sytuacji. Innej szansy nie widzę...
Michał Dyszyński - dodano
do serwisu 5 sierpnia 2004
Dziś komentarz - esej niemal apolityczny. Za to z ulubionej przez
autora witryny działki - edukacji. Rzecz będzie o edukacji nowego
rodzaju - o naprawdę nowoczesnej edukacji.
Większość powie - nuda. Wszak szkoła (z męskiej perspektywy patrząc)
jest fajna tylko od strony spotkań kolegów z okazji piwnych wagarów i
erotycznie podbarwionych kontaktów z płcią bardziej sympatyczną...
Dla autora jednak edukacja jest ciekawa z wielu innych powodów, a
dodatkowo jest w tym jeszcze jeden aspekt - biznesowy. I to poważnie
biznesowy.
Więc do rzeczy.
Jakiś czas temu kupiłem książkę amerykańskich autorów pt.
"Rewolucja w uczeniu". Książka jest pisana w stylu silnie
amerykańskim i marketingowym (dla mnie właściwie aż za silnie) -
odnoszę wrażenie, że w tym tekście zatraca się granica między
stwierdzaniem faktu, a reklamą tych stwierdzeń - rzucają się w oczy
hasła pisane wielkimi literami na całej stronie, dominują mocne
oznajmujące zdania i proste recepty. Jak dla mnie - za proste. I chyba
za nachalne.
Z drugiej strony jednak - zdaję sobie sprawę, że taki jest ten
dzisiejszy świat - wymaga prostych zdań, wpadających w ucho sloganów.
Może tak będzie wyglądać mowa następnych pokoleń? Może
przyzwyczaimy się do czatowych skrótowców, wszechobecnych określeń
angielskojęzycznych w stylu "cool, "funny",
"trendy"?... Może?... Myślę, że wszystko ku temu zmierza.
Jednak ja wierzę jednocześnie, że życie wymusi różnorodność.
Wszak nie wszystko da się uprościć i ubrać czaderskie hasła. Wierzę
też, że również w świecie który nadchodzi, pojawią się style
edukacyjne w bardzo różnych wydaniach - reklamowo - hasłowym, czyli
uproszczonym - dla niezbyt zaawansowanego odbiorcy. Ale będzie także
styl wyważony, spokojny, gdzie każde słowo znaczy - to co znaczy,
czyli bez konieczności dowiązywania mu emocjonalnego ciężarka, czy
balonika z helem. Bo upraszczanie spraw, umieszczanie ich w silnie
emocjonalnym otoczeniu bardzo często zakłamuje istotę, bo pewnych
rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać "cool", bo są pewne
prawdy i mechanizmy, które muszą być przepracowane - żmudnie, ciężko,
z bólem głowy i karku. Ale pewnie też dlatego zawsze będzie elita
tych którzy więcej rozumieją, którzy widzą dziesięć poziomów
emocji, tam gdzie większość dostrzega zaledwie trzy.
I będzie też nowa edukacja z prawdziwego zdarzenia. O dwa poziomy
lepsza. Skuteczniejsza. To nie takie trudne. Gdy patrzę na możliwości
jakie wykorzystują dzisiejsze podręczniki, czy metody dydaktyczne, to
żal człowieka ściska... Widać całe wielkie obszary
niewykorzystanych możliwości. A przecież... wystarczy sięgnąć ręką.
W dobie komputerów i Internetu można nauczyć ludzi tego samego 2 - 3
razy szybciej. I lepiej. Państwa i organizacje, które to zrozumieją i
wprowadzą w życie wynikające stąd wnioski, będą miały ogromną
przewagę nad resztą świata.
Bo przyjrzyjmy się co tak naprawdę limituje lepszą jakość życia
i pracy - technologia? - ona sama to może połowa. A prędzej jedna
trzecia. W końcu z możliwości edytora Word przeciętny użytkownik
stosuje 5%, większość osób nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę
potrafi ich telefon komórkowy. A przecież tym co naprawdę ważne w
pracy biznesmena, czy fachowca z prawdziwego zdarzenie, to dostęp do rzetelnej
informacji, a do tego podanej w sposób maksymalnie przystępny.
Dla tych specjalistów, których godzina pracy kosztuje dziesiątki
dolarów, nie liczy się cena za informację (oczywiście mówimy o ogólnie
"rozsądnych" cenach), tylko czas w jakim ta informacja będzie
mogła "zapracować" i na ile będzie można na niej polegać.
Dlatego prorokuję (to jest dopiero to główne proroctwo na
dzisiaj):
Firmą nowych czasów, firmą nowego świata będzie...
WYSZUKIWARKA INTERNETOWA GOOGLE!!!
Nie tam żaden Microsoft, nie ten czy wielki "teleokom".
Już dziś, jak się czegoś nie wie, to się idzie poguglować, A
nadejdą czasy, gdy guglować będziemy po wszystko - gdzie kupić bułki,
w jakim mieście urodził się Napoleon i czy warto inwestować w
obligacje rządu Rodezji. Google zaś przestanie po prostu wyrzucać nam
nawał stron witryn internetowych o bardzo zróżnicowanej użyteczności,
lecz opracuje dla nas metody odpowiedzi na pytania. Po prostu - będzie
prawie tak jak z odpowiedzą fachowca. Choć może odpowiedzi na pewne
szczególne pytania będą, albo płatne, albo limitowane dla wybrańców.
Z resztą Google już został wybrany firmą roku. Tyle że mało kto
wie, że tak naprawdę jest to firma stulecia...
A wracając na koniec do zacytowanej wcześniej książki. Mimo
swojej przerysowanej maniery wypowiedzi, nie była ona głupia - też
wieszczy to samo co ja w tym eseju - początek nowej ery - ery wiedzy i
edukacji.
Dodane do serwisu 29 marca 2004
|