Przedostatnie wiadomości
|
||||||||||||||
|
Komentarze, felietony - archiwum |
||||||||||||||
Spis treści komentarzy polityczno - społecznychFelieton
o polskiej służbie zdrowia - czyli o zdrowiu na siłę Finansowanie
znajomości... Dojenie
kulturą
Felieton o polskiej służbie zdrowia - czyli o zdrowiu na siłęZnowu doszła do mnie informacja o kolejnej podwyżce stawki zdrowotnej. Tak, wiem, że jest wielu chorych ludzi w tym kraju i wielka potrzeba pomocy im. Mamy przepełnione szpitale, kolejki do specjalistów i długi placówek opieki zdrowotnej. Wydaje się więc, że jedynym logicznym rozwiązaniem jest dołożenie nowych pieniędzy od tego systemu. Jednak czy na pewno?... Od razu się zdradzę z moją tezą: jestem PRZECIWNY zwiększaniu obowiązkowej składki zdrowotnej. Z naprawdę WIELU powodów. Najważniejszy z nich nazywa się sprawiedliwość. Uważam, że niesprawiedliwe jest wymuszanie na ludziach finansowania owej niesprawnej machiny biurokratycznej (i całej masy patologii) jaką stanowi dzisiejsza służba zdrowia. Czuję, że Państwo Polskie postępuje wobec mnie nie fair nie dając mi w tym względzie wyboru. Bo wcale nie przemawia do mnie tłumaczenie,
że służba zdrowia ma za mało pieniędzy. Uważam, że jest WRĘCZ
PRZECIWNIE. Najwyraźniej w tym systemie pieniędzy jest ZA DUŻO. Podam
przykład z własnego doświadczenia: Pierwszym etapem procedury jest – oczywiście – zapisywanie się. Telefonicznie – nawet nie próbuj, bo numer albo jest non stop zajęty, albo nikt nie podnosi słuchawki. Poszedłem więc osobiście do recepcji w przychodni. Okazało się, że numerków już nie ma. Polecono przyjść później, a że aktualnie był piątek, to termin znalazł się dopiero na poniedziałek. Po weekendzie, w poniedziałek, gdy przyszedłem do recepcji zapisano mnie w końcu na jakiś termin u doktora – za mniej więcej 3 godziny. Przyszedłem o wyznaczonym czasie, ale okazało się, że... mojego lekarza akurat nie ma, a (nie informując mnie – bo przecież mój czas tu się nie liczy) przepisano mnie na zupełnie inną godzinę do kogoś innego. Całe szczęście, że miałem wtedy wolny dzień, więc pofatygowałem się do przychodni po raz kolejny za następne 3 godziny. Przyszedłem, usiadłem, bo oczywiście – była kolejka – wszak ustalenie dokładnego godzinowego terminu wizyty nie wiąże się przecież z chęcią zaoszczędzenia mojego czasu, a tylko z procedurami wewnętrznymi przychodni i owa godzina nie zobowiązuje do szybkiego przyjęcia. Po jakimś czasie oczekiwania, doczekałem się spotkania z panią doktor. Wszedłem do gabinetu, usiadłem na zydelku i wyłuszczyłem jej sprawę. Pani doktor pokiwała głową (już cieszyłem się, że wreszcie sprawę mam załatwioną), ale... akurat weszła jej koleżanka z recepcji. Beż żenady, że oto w pokoju znajduje się pacjent, który czeka na zakończenie jego sprawy, zaczęła dyskutować z lekarzem na temat jej potrzeby zdobycia recepty dla przyjaciółki. Panie sobie gadały, gadały... z 15 minut i pani doktor wypisała koleżance plik recept, a gdy ta ostatnia wyszła, a pani doktor wreszcie zwróciła się do mnie. Miałem nadzieję, że w końcu wyjmie tę strzykawkę i ampułkę, a ja dostanę zastrzyk przeciwtężcowy. Nic bardziej mylnego. Dostałem, ale... skierowanie do chirurga. Bo pewnie coś tak skomplikowanego jak rutynowy zastrzyk, to robota dla chirurga - specjalisty. Chirurg przyjmuje w innej przychodni i, oczywiście, tego dnia już poszedł do domu. Dogadałem się w sprawie wizyty na kolejny termin. Następnego dnia podreptałem do rzeczonego chirurga, który przeczytał receptę poprzedniej pani doktor i, autorytatywnie, potwierdził diagnozę, że – faktycznie – trzeba zrobić mi zastrzyk przeciwtężcowy. Wypisał receptę, a następnie polecił, żebym kupił sobie ów zastrzyk w aptece i przyszedł z nim do... pielęgniarki, która przyjmuje na 3cim piętrze. Na szczęście nie musiałem się już od niej po raz kolejny zapisywać i po zakupie medykamentu, wdrapaniu się na 3 piętro i krótkim odczekaniu, tężcowa szczepionka została wstrzyknięta do mojego krwioobiegu. Ufff... Jak z tego widać, nasz system opieki zdrowotnej sprawę zwykłego zastrzyku przeciwtężcowego rozbudował do bizantyjskiej machiny biurokratycznej. W sprawę zaangażowanych było kilka recepcjonistek, dwoje lekarzy i pielęgniarka (nie licząc aptekarzy). A przecież – gdyby to było normalnie – poszedłbym zwyczajnie do lekarza, który na takie okazje powinien mieć przygotowaną ampułkę (wiadomo, podobne przypadki są dość częste – choćby w szkole, na boisku, więc najsensowniej byłoby reagować szybko) i po 5 minutach powinien załatwić sprawę. Ale tak dobrze nie ma – w końcu stać nas. No nie?... Strach pomyśleć, jak rozbudują się procedury, gdy stawka zdrowotna wzrośnie... Tak więc, jak wspomniałem na wstępie, jestem zdecydowanie przeciw wymuszaniu na mnie finansowania tak marnotrawnego systemu jak polska służba zdrowia. Najpierw należy usunąć istniejące idiotyzmy w nim działające. Dobrą zasadą byłoby, że składka zdrowotna składa się z dwóch składników przymusowego i dobrowolnego. Przy czym ten przymusowy powinien być naprawdę obliczony na podstawowe zastosowania – powinien działać tanio, ale możliwie jak najsprawniej. Wszyscy Ci, którzy chcieliby czegoś więcej musieliby dopłacić. Poza tym oczekuję, że jako pacjent - klient, będę przez lekarzy traktowany jako osoba pożądana i oczekiwana. No i nie lekceważona (np. bezpardonowym zajęciem się załatwianiem sprawy koleżanki). To, że opisana wyżej sytuacja się zdarzyła świadczy o tym, że dla naszej służby zdrowia pacjent najwyraźniej jest mało potrzebny - pewnie pieniądze dostaje się za coś innego niż obsługa chorych. W dzisiejszym systemie wszyscy muszą przymusowo finansować:
Do tych wydatków należy doliczyć wszystko to co pewnie wylobbują różne grupy interesu: zapłodnienia in vitro, operacje kosmetyczne, środki antykoncepcyjne, czy inne leki/terapie, które nie służą bezpośredniemu ratowaniu życia, czy zdrowia, a jedynie podnoszeniu komfortu i sprawianiu przyjemności wybrańcom, którzy wiedzą jak z tego systemu coś dla siebie uszczknąć. Do tego osoba pracująca ma często znikome szanse na dostanie się
do lekarza w sensownym terminie. Typową sytuacją obecnie jest, że
przychodnie okupują rzesze emerytów, dla których zajmowanie się własnym
zdrowiem stanowi główną treść życia, a niemała część ich wizyt
lekarskich służy bardziej potrzebie wyżalenia się i wzbudzenia
zainteresowania, niż ma związek z prawdziwym, aktywnym leczeniem. Człowiek
pracujący, który u szefa z trudem zyskuje zwolnienie na dzień czy
dwa, wpuszczony w leniwą emerycką atmosferę „na wszystko jest
czas” dostaje białej gorączki. I często rezygnuje w ogóle z
wizyty, czy badania (sam w ten sposób reaguję), byle tylko nie przeżywać
gehenny kontaktu ze „zdrowotną” biurokracją. Potem w
mediach mamy użalanie się: jak się ci ludzie nie badają
profilaktycznie, jako to przychodzą do lekarza w ostatniej chwili, jak
są mało przezorni... Nie jest tajemnicą, że na zdrowie można wydać DOWOLNIE DUŻE pieniądze. Zawsze da się znaleźć ktoś, kogo by można, niezwykle drogimi zabiegami, jeszcze kilka tygodni dłużej utrzymać przy życiu. Można też (całkiem rozsądnie) przekonywać, że w ogóle powinniśmy ludzi leczyć wyłącznie najdroższymi medykamentami (czy jednocześnie najlepszymi, to już inna sprawa). Bo przecież one się ludziom „należą” (a co nie jestem wart, żeby mnie leczyć pigułką za 10 tys. zł?!!!). Można kupować najnowocześniejszy sprzęt do szpitali (który później często stoi nieużywany, bo biurokraci nie będą mogli się dogadać w sprawie finansowania kosztów jego użycia). Problem w tym, że owe PIENIĄDZE NIE SĄ ZNIKĄD. Pieniądze na leczenie, pochodzą (są przesunięte, wyrwane) m.in. z wydatków na żywność, na ochronę środowiska, na wypoczynek, na zdrowe ubranie. Można powiedzieć polskiemu społeczeństwu: powinniście się zaharowywać i rezygnować z wielu aspiracji życiowych, byle tylko lepiej się leczyć w przypadku choroby – oddajcie więc prawie wszystkie zarobione pieniądze na finansowanie służby zdrowia! Oczywiście wszystko można. Można nie pójść do kina, ale kupić jakieś droższe leki, można zrezygnować z urlopu, a dzięki temu powstanie gdzieś może nowoczesny szpital, można nie wymienić rur, czy okien w domu, jeździć starym gratem, zamiast nowym samochodem, ale za to w razie wypadku sprawniej nas będą intubować... Tylko, jaki w tym sens? Czy aby na pewno leczenie się jest ważniejsze niż jakość reszty życia? W końcu jak (z powodu przesunięcia pieniędzy na lecznictwo) nie zadbamy o ochronę środowiska, to i tak przybędzie chorych. Jeśli, zmuszeni oszczędnościami związanymi z finansowaniem ochrony zdrowia, nie kupimy samochodu z lepszymi hamulcami, to jest duża szansa, że odbije się to na liczbie ofiar wypadków. Itp. Życie, gospodarka, to system naczyń połączonych, zwykle przeznaczając fundusze na jeden cel, osłabiamy inne. A z resztą – jeśli już ktoś bardzo chce zabezpieczyć się w dziedzinie ochrony zdrowia, to niech robi to na własny rachunek. Niech wykupuje dodatkowe ubezpieczenia, które dadzą mu prawo do luksusowej terapii po zachorowaniu, ale niech nie zmusza do tego innych. Dlaczego ktoś nam narzuca swoją wizję życia? Uważam, że powinienem mieć prawo wyboru między skupieniem się na ubezpieczaniu od zachorowania, a finansowaniem aktualnego życia – powinienem mieć prawo do wyboru, czy pieniądze przeznaczę na urlop, albo siłownię (też żeby chronić zdrowie), czy na koszty przyszłego leczenia. A jak potraktować osoby wkalkulowujące ryzyko swoich
niebezpiecznych zachowań w życie, powinny też jakoś ponosić
konsekwencje swoich wyborów. Czyli możemy postawić takie pytanie: Oczywiście - jakaś forma solidarności jest potrzebna. Jesteśmy ludźmi wśród ludzi i nie mamy prawa odwracać się od cudzego nieszczęścia. Również zawinionego. Jednak wszystko ma swoje granice. W końcu my też będziemy kiedyś starzy i będziemy potrzebowali pomocy medycznej. Ale śmierć i tak w końcu nas dopadnie. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że życie i zdrowie jest dla ludzi najwyższą wartością. Przeczy temu wiele zachowań - od świadomie kultywowanych niebezpiecznych zachowań, poprzez nałogi, obżeranie się, lekceważenie zasad higieny. Zdrowie staje się dla nas większą wartością, gdy zaczyna szwankować, ale zapewne większość z nas wolałaby żyć krócej ale wygodniej, pełniej, ciekawiej, niż co prawda bardzo higienicznie i zdrowo, a za to nudno i w nieustannym reżimie ochrony przez znanymi zagrożeniami. Tak już jest i chyba większość z nas to przyzna. Gdyby dzisiaj spytać kogoś z jakich swoich pasji i przyjemności chciałby zrezygnować, żeby się lepiej zabezpieczyć w przypadku choroby?, to jedni może by zrezygnowali z czegoś, a inni by powiedzieli: chcę teraz żyć pełnią życia, a nie ścibolić pieniądze na walkę z chorobami. I jak przyjdzie czas odejścia, to przyjmę to zgodnością - bez żebrania o jeszcze kilka tygodni życia za cenę kupowania dla mnie najdroższych specyfików podtrzymujących życie i zdrowie. I mają chyba prawo do takiego wyboru. Dlatego, zamiast wymuszania na wszystkich kosztownego finansowania naszej opieki zdrowotnej, uczciwiej byłoby oprzeć się na zróżnicowaniu zasad – chcesz mieć lepszą opiekę, to płać większą składkę, albo nie dostaniesz później kuracji droższej niż wskazuje określony limit. Jeśli ci jednak nie zależy na zabezpieczeniach, to też masz do tego prawo. I jednocześnie, jeśli się nadmiernie obżerasz i nie dbasz o zdrowy tryb życia, to też nie masz prawa żądać od innych dodatkowego finansowania skutków swojej lekkomyślności. Bo skoro jest wybór, to powinna być też jego konsekwencja. Oczywiście nie chodzi o jakąś przesadę. Jakieś minimum (także finansowanej obowiązkowo) ochrony zdrowia w cywilizowanym kraju jest koniecznością. I trzeba też częściowo dofinansować tych, którzy są wyjątkowo biedni, nieporadni. Ale niech to będzie rzeczywiście blisko minimum i niech system uświadamia ludzi na temat konsekwencji (także finansowych) ich życiowych wyborów. Jednak aktualnie nasz system opieki zdrowotnej jest wyjątkowo patologiczny – nie skłania do oszczędności, nie promuje zachowań prozdrowotnych, sprzyja korupcji. Najpierw trzeba go naprawić, a dopiero później myśleć o zwiększaniu składki. W aktualnym układzie zwiększone nakłady pójdą na finansowanie tych, i kolejnych, patologii. Michał Dyszyński - dodano do serwisu 6 lipca
2008
Autostradą po kasęKiszki się w człowieku skręcają, gdy czyta się komentarze na temat polskiego systemu budowy i finansowania autostrad. Ostatnio, gdy rząd próbuje znieść w Polsce winiety dla ciężarówek pojawiają się "obrońcy" polskich dróg i lamentują: jak to "rząd" nierozważnie rezygnuje z tych winiet, bo wtedy kuriozalnie wysokie ceny za przejazd autostradami wymuszane przez firmy nimi zarządzające wypłoszą kierowców. Zgroza? I to oczywiście tej sytuacji winien jest rząd, a nie zarządcy
autostrad... Co więc w takiej sytuacji rząd powinien zrobić?... Ktoś powie: przecież nikt tak nie napisał. Owszem nie napisał
wprost, ale zastanówmy się: I chyba do tego dążą nawoływania lobbystów autostradowych - żeby, co prawda może bez ogłaszania tego zbyt szeroko, zgodzić się na każde wygórowane żądania koncesjonariuszy - bo przecież skoro mamy autostrady, to już nie będziemy musieli wydawać na remonty innych dróg, a więc jeszcze te pieniądze z podatków można by "drapnąć". Czy polscy bogacze naprawdę są pozbawienie resztek przyzwoitości?...
Michał Dyszyński 12.03.2008
Niedoinformacyjna RozpudaOd jakiegoś czasu polskie media serwują nam kolejne informacja z frontu walki o dolinę Rozpudy. Z jednej strony barykady mamy gromadę ekologów i ludzi z całej Polski zatroskanych o dobro środowiska naturalnego; z drugiej mieszkańcy Augustowa, którzy mają już dość stad tirów jeżdżących przez środek ich miasta i przedstawicieli ministerstw środowiska i transportu optujących za budową autostrady przecinającej chroniony teren unikalnych torfowisk. Kto ma rację? - Ja nie wiem... I właśnie o tym chciałem napisać – tzn. nie o samym sporze (bo nie uważam, abym przy tym poziomie doinformowania miał prawo się wypowiadać), ale o rzetelności mediów w informowaniu. Bo niestety, choć docierają niby coraz to nowe wiadomości, to nie rozświetlają one stanu mojej świadomości w kluczowych sprawach. Bo właściwie, to sposób informowania o sprawie Rozpudy uważam za ewidentną kpiną z odbiorców wiadomości. Obserwuję w prasie i telewizji grupę ekologicznych aktywistów, ministrów, transparenty, dowiaduję się jak to w spór angażuje się UE i ludzie z całego kraju, tylko nie mogę się dowiedzieć nic na temat kwestii dla sprawy absolutnie kluczowych:
Odnoszę wrażenie, że media traktują swoich odbiorców jako gromadę bezmózgich sensatów szukających wyłącznie emocji. Że ludzi tak naprawdę nie obchodzi, czy lepsza jest jedna, czy druga opcja, ale jałowe emocjonalne rozterki w stylu: ci chcą tak, a tamci inaczej, ci znowu tak, ale ci inaczej... oj jak się mocują, oj jak się starają... a jak oni są zaangażowani, jak siedzą w tych namiotach i jak protestują. I te bagna i torfowiska, jakie wartościowe... a przyroda, jaki to bezcenny dar, ale ci mieszkańcy Augustowa, jaki oni tam mają problem, bo pod kołami tirów giną ich dzieci, oj jaki dramat, jaki dramat... Itd. Być może to ja jestem wyjątkiem w tym kraju, ale mam absolutnie dość skupiania się dramatach i emocjach (choć doceniam ich znaczenie), i chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o istocie sporu. Bo być może będzie jakieś referendum, od którego zależeć będzie dobro ludzi, dobro kraju, więc każdy powinien wiedzieć coś więcej o sprawie niż tylko, że ludzie się tym emocjonują. Być może nie chodzi tylko o protesty i demonstracje, ale najpierw o sensowne działania, mądre decyzje, które trzeba ze strony opinii publicznej monitorować... Ale kogo to obchodzi? Zamiast tego w kolejnych aktach informacyjnego
spektaklu pewnie znowu "dowiem się" rzeczy oczywistych -
że ekologom jest zimno, mieszkańcom smrodliwie od spalin, a ktoś tam
protestuje, przeciwko czemuś tam i się bardzo przy tym zaangażował.
Dostanę następną papkę pseudoinformacji - żer dla jałowych emocji. Michał Dyszyński
Między poprawnością polityczną, a kwadraturą kołaKwadratura koła jest chyba najbardziej znanym przykładem problemów nierozwiązywalnych. Na tyle ciekawym, że historycznie niezwykle bogatym w przykłady. Przez setki lat matematycy całego świata próbowali metodami prostych przekształceń (wyłącznie z użyciem cyrkla i linijki) skonstruować kwadrat o polu dokładnie równym polu koła o zadanym promieniu. Dopiero w roku 1882 matematyk Lindemann udowodnił, że próby te są syzyfowe - postawione zadanie nie da się rozwiązać w skończonej liczbie kroków. Ale nie o matematyce tu będzie. Wbrew pozorom.... Tylko o polityce.
Więc przechodzę do rzeczy. I tu poprawność polityczna ma prawdziwą zagwozdkę. Bo przecież z jednej strony od dawna głosi, że wszystkie kultury, religie, narody są sobie równe. Że nie ma gorszych lepszych i że trzeba "zrozumieć" wszelkie trudne do zaakceptowania zachowania - czy to muzułmańskich fanatyków, czy kręgi żydowskich publicystów domagających się nieustannego, troskliwego zainteresowania opinii publicznej swoim narodem. Tak samo dobrzy i warci "zrozumienia" i wysłuchania są grupki pseudoekologicznych oszołomów, jak bandy wyrostków podpalające samochody. Oni wszyscy "nie się przecież niczemu winni", bo winni są zwykli obywatele, którzy co dzień pracują w milionach firm, a do tego nie kradną, nie podpalają i nie domagają się szczególnego zainteresowania - słowem: są obrzydliwie normalni (normalność jest winą ewidentną, nie podlegającą dyskusji). I tu nagle, na owych normalnych trudno teraz zrzucić winę na
antysemityzm. Bo Żyda zabija inna mniejszość - muzułmańscy
imigranci. Cóż wyznawca poprawności politycznej może począć z
takim fantem? Ja obstawiam (ekstrapolując absurd myślenia zwolenników politpoprawności), że jednak winni "okażą się" znowu zwykli Francuzi - czyli albo francuski system szkolnictwa, może też jakieś tam inne władze. Bo przecież nie spowodowały jakiejś czarodziejskiej przemiany w umysłach, za pomocą jakiejś genialnej argumentacji nie dotarły do mózgów młodych awanturników, od dziecka wychowywanych w tradycji plemiennej i narodowej nienawiści. Bo przecież (wg politpoprawnej ideologii) wszystko jest jednakowo dobre - kultura jawnie głosząca nienawiść i zemstę, czy też tyranię facetów, wobec "ich" kobiet. Ale to taka kultura i nie wolno krytykować. A "po mojemu" jest po prostu tak: Michał Dyszyński dodano do serwisu 2 9 lutego 2006
Dołek logiki polskich żurnalistówJakiś czas temu przeczytałem dość interesującą relację z badań socjologicznych poświęconych stosunkowi polskiego społeczeństwa do demokracji. Artykuł został zamieszczony na pierwszej strony „Gazety Wyborczej” i nosi tytuł „Polska demokracja w dołku”. Pozwolę sobie zacytować pierwsze 2 zdania z tego artykułu: Ponad połowa Polaków - 52 proc. - twierdzi, że rządy niedemokratyczne mogą być niekiedy lepsze niż demokracja. To najbardziej nieprzychylny wynik od początku lat 90. Teraz pozwolę sobie na komentarz. I wbrew pozorom, będzie nie na temat demokracji, a na temat sensu słów i stosunku do ewidentnych słów i faktów. Bo spójrzmy na sprawę logicznie: jak w zgodzie z realiami można odpowiedzieć na pytanie postawione w sposób następujący: czy rządy niedemokratyczne mogą być niekiedy lepsze niż demokracja? Moim zdaniem już prosta analiza sensu tego pytania raczej nie pozostawia wielu wątpliwości. W końcu wyrażenia „mogą być” i „niekiedy” sugerują zwrócenie uwagi na samą potencjalną możliwość sytuacji - np. w której zmanipulowany przez populistów tłum wybiera ewidentnie gorsze rozwiązanie, niż rozsądny człowiek nadużywający w pewnym momencie władzy dla ratowania wyższych wartości. Przykłady tego rodzaju historia zna. I to dość liczne. Oto przykłady ilustrujące mój typ rozumowania: 1. Gdyby przed (jak najbardziej demokratycznym!) dojściem Hitlera do władzy, jakaś siła polityczna powstrzymała na kilka lat (do czasu uspokojenia ogólnego rozgoryczenia niemieckiego społeczeństwa) procedury demokratyczne i uniemożliwiła wybór tego superzbrodniarza na wodza Rzeszy Niemieckiej, to miliony osób poległych w czasie III wojny światowej, być może dożyłoby spokojnej starości. Chyba nie ma tu dużych wątpliwości, że demokratyczny wybór wodza faszystowskich Niemiec, był gorszy niż wstrzymanie demokracji na kilka lat, do momentu, aż się sytuacja wyjaśni. 2. Jeśli, przy dzisiejszych wzburzonych nastrojach w kolejnych krajach islamskich, dojdzie do wyboru na najwyższe stanowiska władzy kolejnych ukierunkowanych na terror fundamentalistów, to szybko możemy się obudzić w świecie zdominowanym przez wodzów - ekstremistów szantażujących państwa demokratyczne arsenałami swojej broni biologicznej, chemicznej, a może i atomowej. I pewnie przyjdzie nam wtedy wzdychać do rządów co prawda niedemokratycznych, ale za to nieco bardziej rozsądnych. W końcu demokracja jest w dużym stopniu kształtowana przez populistów i ulicę, a nie rozsądek elity intelektualnej. 3. Dla socjologów oczywiste jest, że popularność osób wybieranych do władz zależy w dużym stopniu od siły medialnej, możliwości kupienia sobie wizerunku, zdobycia pozytywnej popularności. W końcu nie na darmo wydawane są miliony dolarów na kampanie wyborcze. A przy odpowiednio dużych środkach możliwe jest wykreowanie na zbawcę narodu dowolnej ludzkiej kreatury, lub miernoty podatnej na manipulację gangsterów politycznych. Jeśli dodamy do tego niedorozwój niezależnej prasy i postępujące zaburzenie świadomości społeczeństw, to łatwo można wyobrazić sobie sytuację, w której wybrane demokratycznie władze zgromadzą „śmietankę” typów spod ciemnej gwiazdy. 4. Jeśli dzisiaj w kraju typu Pakistan (posiadającemu broń jądrową) uda się demokratycznie dojść do władzy fundamentalistom (a jest to całkiem prawdopodobne z racji popularności ruchów islamistycznych w tym kraju), to być może w wyniku ich działań cały świat da się wciągnąć w zawieruchę o niewyobrażalnych konsekwencjach. Więc może w takiej sytuacji lepiej byłoby ratować się brakiem demokracji, niż zdawać się na wybór rozgrzanej emocjami, i kazaniami islamskich duchownych, ulicy. Dla autora tych słów jest OCZYWISTE, że w wielu sytuacjach rządy demokratyczne okażą się mniej skuteczne, wydolne, uczciwe, niż władza autorytarna. W końcu wiele zależy od tego w jakich warunkach ta demokracja funkcjonuje, jak mądrzy i odporni na manipulację są wyborcy. W szczególności w warunkach wojny trudno jest sobie wyobrazić demokratyczne debaty i procedury i wtedy brak demokracji jest po prostu lepszy. Jednak jednocześnie! Tak więc na pytanie, czy „niekiedy” jest „możliwe”, że brak demokracji będzie lepszy niż legalne wybory, śmiało odpowiadam – owszem tak. Odpowiadam w ten sposób, mimo że jestem zdecydowanym zwolennikiem demokratycznej formy rządów. Ciekawe jest natomiast wyciąganie wniosków przez grono dziennikarskie. Oto ludzie, którzy w ogóle ośmielają się widzieć jakieś niedostatki demokracji, którzy nie mają ślepej wiary, że każda możliwa jej forma, jest lepsza od każdego możliwego stanu rządów – tacy ludzie traktowani są od razu jako przeciwnicy. A może nie są wcale przeciwnikami demokracji (jak np. autor tych słów), ale po prostu w zgodzie z rozsądkiem odpowiadają na pytania zawarte w ankiecie?... Nasuwa mi się tu jeszcze jedna, nieco głębsza refleksja. Związana jest ona ze spostrzeżeniem, jak nielogicznie może działać ludzki umysł. Bo faktycznie wielu ludzi (nie wiem czy nie większość) uważa, że na czyjeś oszustwo, reakcją rozsądną jest... oszustwo w przeciwną stronę. Nie trzymanie się prawdy, nie wyjaśnienie bezstronne, ale właśnie przegięcie w przeciwnym kierunku. W powszechnej świadomości oszustwo zyskuje swoją nobilitację, jeśli tylko ktoś skrzywił prawdę „odwrotnie”. Czyli – na zarzut chamstwa (załóżmy, że niesłuszny), mamy skłonność do mówienia, o tej osobie jako o wzorze grzeczności. I odwrotnie, jeśli kogoś zbytnio chwalą, to często reakcją jest argumentacja wysuwająca przesadzone oskarżenia. Inaczej mówiąc – staramy się „wyrównywać poziom” oceny poprzez przegięcia o przeciwstawnej wartości. I niestety, często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dajemy się wtedy wmanewrowywać w głoszenie poglądów, których w rzeczywistości nie wyznajemy. A później sami gubimy się w tym gdzie jest prawda, a gdzie jej nadinterpretacja. Podobną tendencją jest powszechne przekonanie, że oszukiwanie jest poprawne, jeśli jego źródłem jest jakaś forma lojalności. W typowej świadomości „dobry” rodzic powinien myśleć i mówić o swoim dziecku, jak o najwspanialszym i najmądrzejszym. Jeśli jest realistą i widzi z równą ostrością zarówno zalety, jak i wady swego potomstwa, to pewnie swego dziecka „nie kocha”. Sytuacja jest jeszcze bardziej wyraźna w przypadku stosunku do własnego narodu. Tutaj np. samo powiedzenie, że Polacy też dokonywali złych czynów (co jest historyczną oczywistością, bo w każdym narodzie są jasne i ciemne karty historii) szybko spotka się z zarzutem „kalania własnego gniazda”, czy wręcz „zdrady narodu”. Ogólnie, kręgi „patriotyczne” zwykle nie chcą słuchać przyznaniu się jakiejkolwiek (!) złej strony ich narodu. Ja osobiście uważam tego rodzaju postawę intelektualną za szkodliwą. Za grzech względem własnego umysłu, formę głupoty, niedojrzałości. Bo po dokonaniu takich wielu lojalnościowych skrzywień postrzegania świata, pogubimy się w tym co jest prawdą, a co jej deformacją. I grozi nam, że zaczniemy podejmować decyzje nieadekwatne do rzeczywistości. A w konsekwencji zwykle zaszkodzimy sami sobie. Podam może bardzo prosty, ale przez to wymowny przykład. Ktoś, kto w imię solidarności, czy poczucia lojalności chce uznawać swojego kolegę za niepokonanego mistrza walk ulicznych, łatwo może przecenić jego możliwości i wmanewrować w niebezpieczną sytuację. Potem okaże się, że znacznie silniejszy przeciwnik „dołoży” naszemu idolowi. A może dołożyć tak skutecznie, że ten już się nie podniesie... Dlatego chyba bezpieczniejszą postawą niż oszukiwanie siebie i innych w imię lojalności, jest pokorne uznanie prawdy, a kwestie uznania, wiary w czyjąś wartość można przenieść na inny poziom – poziom naszego wyboru i akceptacji POMIMO WAD. Mówiąc inaczej – można kochać swój kraj, POMIMO tego, że miał on ciemne karty historii. Można akceptować trud i starania ulubionego sportowca POMIMO, że aktualnie nie odnosi on sukcesów. Można kochać własne dziecko, POMIMO tego, że zachowuje się źle, że sprawia nam kłopoty. I wcale nie trzeba do tej miłości robić sobie samemu „wodę z mózgu”. Szkoda tylko, że nasi dziennikarze traktują całe społeczeństwo tak, jakby w imię lojalności, czy politycznej poprawności, powinno zakłamywać oczywiste prawdy. Michał Dyszyński dodano do serwisu 9 lutego 2006 Między bezrobociem, a "złą wolą" pracownikówDość ciekawe informacje na temat rynku pracy przekazują ostatnio
media W pewnym stopniu – tak. Ale skąd się wziął i jak go rozwikłać? Wiadomo, że w wielu fabrykach, zakładach, urzędach brakuje
wykwalifikowanych pracowników. I mimo ogłoszeń nowi się nie kwapią.
Dlaczego? Chociaż z drugiej strony... nie można do końca narzekać na mobilność zawodową rodaków. Polacy też mogą być mobilni. Wszak dowodzą tego wyjazdy do Anglii, czy Irlandii. Ale znowu, musi być spełniony ten podstawowy warunek, że po zatrudnieniu w nowym miejscu pracy, koszty nie zjedzą ponad 80% pensji. Ciekawa jest też inna refleksja. Oto po raz pierwszy od wielu lat okazuje się, że Polsce o niektórych pracowników też trzeba jednak choć trochę dbać - np. zatroszczyć się, czy ma gdzie mieszkać, ma możliwość dojazdu, czy jego pensja jest wystarczająca na to, aby mógł funkcjonować w tych warunkach. Bo oferowanie poborów, "nawet" o całe 200 zł większych od płacy ustawowej minimalnej, wcale nie musi dla bezrobotnego oznaczać korzyści w porównaniu do jego obecnej sytuacji, gdy dorywczo w swoim miejscu zamieszkania na czarno "wyciąga" 500 zł na rękę. A ma przy tym dużo wolnego czasu dla siebie. Wszak z pracą wiąże się cała masa kosztów (a także więcej obowiązków, czasem upokorzeń...) i dopiero od ich pokrycia zaczyna się realny zysk. Taka sytuacja to nowość na rynku pracy tak bardzo rozpieszczonym (patrząc z punktu widzenia pracodawców) przez wysokie bezrobocie. Może powoli pracodawcy zaczną myśleć i planować politykę kadrową bardziej perspektywicznie. Może przekonają się, że warto dbać o dobrych pracowników i że trzeba brać pod uwagę takie „głupie” czynniki jak atmosfera w wśród zatrudnionych, poczucie dowartościowania, zwykłe ludzkie poczucie godności. Oczywiście pełny obraz sytuacji na rynku pracy nie jest jednoznaczny i nie nie można pracodawców oskarżać globalnie o krótkowzroczność. Bo faktycznie w Polsce jest całkiem niemała grupa pracowników "lewusów", których prawdziwa praca nie interesuje, albo jeśli już ją wezmą, to tylko taką jakiej się kiedyś wyuczyli w szkole. Przekwalifikowania uważają za dyshonor. Ale tacy ludzie są pod każdą szerokością geograficzną i nie ma na to rady. Niestety, to też menedżerowie muszą wciąż pod uwagę - ludzie są, jacy są... Michał Dyszyński dodano do serwisu 2 lutego 2006
Nie tylko o godzinnym szorowaniu zębówKlika dni temu w programie telewizji TVN prowadzonym przez P. Ewę Drzyzgę pokazany był ciekawy przypadek matki ogarniętej obsesją czystości zębów jej dzieci. W efekcie jej przesadnej troski dzieci miały zęby czyszczone szczoteczką przez godzinę, a czyszczenia nie przerywano mimo, że na zębach pojawiały się rany. Sprawa poważna. I skłania do zadumy. Jednak ja nie zamierzam tu zajmować się przypadkami osób z zaburzeniami emocjonalnymi. Wszak specjaliści stwierdzili, że wspomniana matka nie powinna zajmować się dziećmi i odebrano jej prawa rodzicielskie. Mam za to refleksję na zupełnie inny temat. Bo inna ciekawa wiadomość dotarła do mnie dzisiaj - dowiedziałem się (http://biznes.interia.pl/news?inf=707120 i http://mojeinwestycje.interia.pl/news?inf=707005), że w Polsce mamy najniższą inflację w całej UE, ale jednocześnie najwyższe stopy procentowe. Od lat słyszę argumentację za utrzymywaniem wysokich stóp procentowym – zagrożenie inflacją. Rok w rok, miesiąc w miesiąc słyszymy obawy w stylu: inflacja może się odbić w przyszłym kwartale… Więc stopy procentowe muszą być wysokie, lub są pewne czynniki, które „grożą odbiciem inflacji w końcu roku”… Przyznam, że politykę polskiej Rady Polityki Pieniężnej z
zainteresowaniem obserwuję od lat. I trudno mi wytłumaczyć tak daleko
posuniętą troskę o inflację, jak to ma miejsce w tym przypadku.
„Fachowcy” z RPP na bodaj 5 czy 6 ostatnich lat we własny
cel inflacyjny utrafili bodaj jeden raz. Sami sobie ustalają cel, sami
ustalają "widełki", a potem sami w ów cel nie trafiąją. W
zdecydowanej większości przypadków inflacja okazywała się znacznie
niższa od oczekiwań – cel inflacyjny jest notorycznie
przestrzeliwany. Tego zrozumieć nie potrafię. Kurczę! To ja - może
nie wybitny ekonomista - ale taki mędrkujący gawędziarz i tak na
zdrowy "chłopski" rozum, to przynajmniej sobie te widełki
ustaliłbym wygodniejsze. I wtedy bym trafił. Gdy wiem, że jestem
kiepski strzelec z pistoletu, to przynajmniej mogę podejść bliżej
tarczy... Warto tu odnotować, że jakakolwiek krytyka opisywanego RPP wywołuje
burzę w mediach na temat ograniczania autonomii banku centralnego i dążenie
do powrotu hiperinflacji. Jakby świat miał się zawalić, gdyby np.
polityka polskiego Banku była podobna do polityki banków w innych
krajach o rozwiniętej gospodarce… Czy owa autonomia powinna być
posunięta do absurdu, czy jest celem absolutnie nadrzędnym? Jakież to
siły lobbują tak mocno za utrzymywaniem kuriozalnej polityki pieniężnej?
Bo może tak „autonomiczna” Rada powinna ustalić stopy na
200% w skali roku. A może i 1000%... Czemu nie?... W końcu jak
autonomia, to autonomia. Wszak argumenty w rodzaju, że inni tak bardzo
nie „dbają” o inflację są dla Rady nieistotne. Matce, z zaburzeniami psychicznymi, szorującej do przesady dzieciom
zęby bardzo się nie dziwię – to w końcu choroba, obsesja,
przypadek medyczny. Jednak przypuszczam, że poważni, szacowni członkowie
Rady Polityki Pieniężnej chorzy nie są. I „szorowanie do
krwi” z roku na rok polskiej inflacji, przypomina pasję o
intensywności graniczącej z najczarniejszą obsesję. Dziwny kraj, ta
Polska, dziwni ludzie; kraj wielce egzotyczny; kraj niebywałych
kontrastów… Michał Dyszyński dodano do serwisu 22 stycznia 2006
Finansowanie znajomości...Przyznam, że od dłuższego raczej nie zachwycam się polskim
biznesem, szczególnie tym "wielkim" biznesem. Niewątpliwie
większość tekstów jakie piszę o dzisiejszej Polsce jest krytyczna
wobec tego środowiska. Nie lubię lobbystycznych organizacji w rodzaju
BCC, czy innych towarzystw biznesowo - finansowej adoracji. Ale przez długi
czas nie bardzo wiedziałem jak sformułować źródło mojej niechęci
do polskiego środowiska posiadaczy. Bo przecież z drugiej strony
niezwykle cenię sobie wszelką przedsiębiorczość, chęć do działania,
organizowania ludzi. Podziwiam tytanów pracy, którzy ze stoiska typu
"szczęki", dorobili się sklepów w dobrych punktach miasta,
czy z warsztatu doszli do całkiem "poważnej" fabryki. Uważam
też, że dobrzy, uczciwi menedżerowie i odpowiedzialny biznes są
Polsce bardzo potrzebni. Niestety, jest tu pewien problem. Skąd to przekonanie? Przykład nr 2. Mam innego znajomego. Branża budowlana. Wiadomo - w grę wchodzą wielkie inwestycje, przetargi. Mój znajomy twierdzi, że w Polsce do tej pory ŻADEN przetarg na dużą sumę nie był rozstrzygnięty uczciwie. Żaden. Od początku istnienia III RP! Oczywiście może się on mylić, jego informacje mogą być niepełne. Ale z drugiej strony - on w branży działa od lat. Widział niejedno. Przy wielu przetargach się pełnił ważne funkcje. I z jakiegoś powodu tak uważa tak - jak to wyżej napisałem. A nie jest to też osobnik, który lubi kokietować przesadnymi wypowiedziami. Też pracuje na stanowisku fachowca - osoby której płaci się za konkret w myśleniu i działaniu, a nie fantazje. I na ile go znam, to w owej sprawie mu wierzę. Tzn. nie mam oczywiście dowodów na nieuczciwość tego, czy innego kontraktu, więc nikogo imiennie nie zamierzam oskarżyć. Poza tym nie wykluczam, że jednak jakiś tam przetarg (może przypadkowo) został rozstrzygnięty uczciwie, bez łapówki. Ale w branży wszyscy doskonale wiedzą ile wynosi stawka za wygranie kontraktu (w swoim czasie nawet w prasie te niepisane stawki były publikowane). I ludzie tego rodzaju zasady (tzn. trzymanie się łapówkowego cennika) - szanują. Zasad uczciwości już nie. To nie w stylu. Taki świat. Tacy ludzie. Można dołożyć do tego doniesienia prasowe - afery: Orlen, PZU, niewyjaśniona sprawa z funduszami NFI, czy choćby taki fakt, że np. że ponad połowa firm nie płaci swoim pracownikom pensji. Sam pracowałem tu i ówdzie, i wnioski są dla mnie oczywiste - pracodawca, który płaci po prostu pensję - w terminie i w umówionej wysokości - to rzadkość i skarb dla pracownika. Dobrze jest, jeśli w ogóle zapłaci (choć np. w z wielomiesięcznym opóźnieniem). Takich spóźnialskich pracodawców (a najczęściej spóźnienie wcale nie wynika z braku pieniędzy na firmowym koncie) zaliczam jeszcze do kategorii "uczciwi". Ale bardzo wielu nie płaci wcale. A już na pewno rzadkością jest uczciwe płacenie np. za nadgodziny. W chrześcijańskiej tradycji jest pojęcie "grzechu wołającego o pomstę do nieba", czyli czynu wyjątkowo ohydnego. Jak ktoś trochę tej tradycji liznął (katechizm), to wie, że jednym z takich grzechów jest "niepłacenie pracownikom za wykonaną pracę". Wspomniane statystyki dowodzą, że około połowy polskiego biznesu ma moralność "wołającą o pomstę do nieba". Czy pomsta przyjdzie - nie wiem. Pewno mało kto w nią wierzy, ale nigdy nie wiadomo... Jeszcze inna opowieść dotyczy biznesmena, którego nazwisko
przewija się co jakiś czas w czołówkach gazet. Jego majątek liczony
jest w setki milionów złotych. Tenże biznesmen najął jedną z firm
do jakichś tam prac. Po ich zakończeniu oświadczył bezczelnie: Nie
zapłacę wam i już. Chcecie, to się prawujcie! Nie mam szacunku dla tuzów biznesu jeszcze z jednego powodu. Pisze
się o "fachowcach" od biznesu. Że należy im się
odpowiednia gratyfikacja finansowa za ich umiejętności. Tymczasem nie
słyszałem jakoś o tym, że w naszym Kraju dorobił się ktoś dzięki
produkcji oryginalnego urządzenia, dzięki patentowi, czy stworzeniu
wyjątkowej organizacji produkcji, dzięki nadzwyczajnemu wkładowi
intelektualnemu. Może takie przypadki gdzie są, ale są raczej nieczęste
i dobrze ukryte. Za to słyszy się dużo o tym, że majątki powstają
dzięki znajomościom, układom. W Polsce afera gospodarcza goni aferę.
I o ile w krajach rozwiniętych gospodarczo, czy finansowo banki
wyszukują właśnie zdolnych ludzi, którzy mogą wprowadzić na rynek
rewolucyjny produkt, małe firmy, które mają szansę wypłynąć bo są
zdecydowanie lepsze niż konkurencja, o tyle w u nas zainteresowanie
banków innowacyjnością jest prawie żadne. W Polsce liczą się pieniądze
i znajomości. Bank pożyczy temu, który i tak dużo już pieniędzy
ma. A jeszcze, jeśli ma pewne znajomości w samym banku i sferach
polityków. Przyznam, że cieszę się, że Platforma Obywatelska jednak w Polsce nie rządzi. Nie dlatego, że jej postulaty ogólnie nie są słuszne. Myślę, że bardzo wiele jest słusznych. Może nawet większość. Ale ludziom "Platformy" - nie wierzę. Nie wierzę politykom PO, którzy zasłynęli słynnym "układem warszawskim", czy popierali dość niejasne działania paru poprzednich rządów i nie wierzę, że w tym ugrupowaniu jest wystarczająco duża (lub silna) grupa ludzi, których stać na coś więcej niż tylko ciągnąć pieniądze do siebie, do siebie, do siebie (i jeszcze raz "do siebie"...). A uważam, że aby rządzić Polską, trzeba jednak umieć wznieść się ponad egoizm. Ci którzy ze skrajnego egoizmu wyrośli (a polski biznes w zdecydowanej większości ten warunek spełnia), którzy się najbardziej wzbogacili właśnie w czasach przekrętów, będą nieśli na sobie piętno mojej nieufności. Może niesłusznie, bo jakaś część z nich była i jest uczciwa. I może akurat ten konkretny człowiek, którego spotykam, jest uczciwy. Ale szansa, że trafiliśmy właśnie na niego, nie wydaje mi się wielka. Michał Dyszyński dodano do serwisu 15 listopada 2005
Jedyne prawo - zarobić!Mamy czas transformacji ustrojowej. Trudny to czas. Przy okazji ostatnich wyborów dość wyraźnie ujawnia się też wpływ owej transformacji na myślenie, na media. Dość łatwo nastąpiło utożsamienie interesu najbogatszych ludzi w Polsce z "interesem ekonomicznym", lub "myśleniem rynkowym". Gdy pisze się o uszczupleniu dochodów tych, którzy wydają góry pieniędzy na zbytek - na któryś z kolei luksusowy samochód, superwycieczkę na egzotyczne wyspy, kolejny dom z basenem, to jest to oczywiście nierynkowe, nawet "populistyczne". Jak zaczyna się wspominać o tym aby osoby żyjące w autentycznej nędzy choć trochę przybliżyły się do ludzkiego poziomu egzystencji, wtedy robi się to "nieekonomiczne". I ogólnie - każdy pieniądz dla bogatych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, staje się jakoś z natury ekonomiczny, a grosz dla biednych - populistyczny. Dla wielu dziennikarzy tego rodzaju podejście stało się nie
wnioskiem z rozumowania i z szerszych podstaw, ale założeniem -
twierdzeniem słusznym "z istoty". Z takimi publicystami
dyskusja nie ma sensu, bo w istocie dla nich (na szczęście nie dla
wszystkich) biedni powinni pozostawać biednymi "z natury
rzeczy", a bogatsi powinni jeszcze lepiej zarabiać. Dopiero wtedy
będzie "ekonomicznie". Polscy dziennikarze nie są (średnio rzecz biorąc, bo przecież nie odnosi się to do każdego) zbyt sprawiedliwi. Podlizują się tym grupom, które się domagają, które są mocne - biznesmenom, związkowcom i różnym co "na górze" (chyba, że któremuś się noga podwinie, to wtedy jest publicystyczne "używanie"). Ewentualnie łapią pierwszą lepszą tanią sensację. Gdy była mowa o ustawie kominowej dominowały głosy o niedoli "fachowców" menedżerów, którzy nie mogą zarobić w państwowej firmie więcej niż kilkanaście tysięcy złotych. Fachowcy to często z przypadku, bo przecież wielu menedżerów w Spółkach Skarbu Państwa nie ma nawet wyższego ekonomicznego wykształcenia (nie mówiąc już o rzeczywistych sukcesach w menedżerskim fachu) i w ogóle są to bardzo często ludzie z nadania partyjnego. Z kolei np. za fachowcami ratującymi życie - lekarzami, pielęgniarkami, policjantami, czy strażakami (wielu ma nie tylko wyższe wykształcenie w swoim zawodzie, ale i ogromną, pełną sukcesów, praktykę) mało który z publicystów się ujmuje. Tutaj raczej słyszy się niezadowolenie, jeśli nie podoba im się pensja na poziomie trochę ponad tysiąc złotych. Tu fachowcy i tam fachowcy, a miara oceny zarobków - zupełnie inna. Widać wyraźnie, że w Polsce i na świecie utworzyły się dwa światy - jeden pełen blichtru i bogactwa, w których lekką ręką za obiad w restauracji wydaje się roczne dochody biednej rodziny. I drugi - świat biedaków, lub ciężko pracujących średniaków, którzy za dzień swojej (niekiedy naprawdę ciężkiej) pracy dostają sumę, którą prezes dużej firmy "zarabia" w czasie minutowego oddawania moczu w toalecie (bo tak z przeliczenia stawki godzinowej obecności w miejscu pracy wychodzi). Dwa różne światy - czy tak być powinno?!!! To jest podstawowe pytanie: Czy tak być powinno, że wskutek czy to
układów, czy to może większej inteligencji (ale też często większej
bezwzględności), wskutek lepszego startu w życie jeden człowiek będzie
walczył o każdy kęs chleba dla siebie i swojej rodziny, a inny ma
dowolną ilość zasobów na luksusy?... Piszący te słowa uważa że NIE. Bezwzględny biznesmen, cwaniak
wyciągający kredyty z banków, oszust krzywdzący tysiące osób nie
ma lepszych genów. Tylko tak się złożyło, że trafił na czasy,
w których dobre prawa regulujące zasady współżycia między ludźmi
przestały prawidłowo funkcjonować. I przewaga finansowa wielu
dzisiejszych tuzów biznesu nie jest oznaką dobrze działającej
ekonomii, ale objawem choroby toczącej nasze społeczeństwo i system
prawny państwa. To jest tak jak z nowotworem - to że komórki
nowotworowe zwyciężają w walce o zasoby organizmu z komórkami
zdrowymi nie jest objawem ich ogólnej wyższości, ale świadectwem
rozregulowania poprawnych mechanizmów immunologicznych. W dobrze
funkcjonującym społeczeństwie prawo nieskrępowanego zarabiania
uprzywilejowanych jednostek (w jakikolwiek sposób uprzywilejowanych)
jest podrzędne wobec pewnych ogólniejszych reguł np. wynikających
z faktu bycia człowiekiem, członkiem społeczności. Bo z ludzkiego
punktu widzenia korzystniejsze jest to, że dzieci w biednej rodzinie będą
miały podręczniki do szkoły, będą normalnie odżywione, a ich
rodzice znajdą pracę o dochodach wystarczających na życie. I to jest
ważniejsze niż kupienie sobie jeszcze nowszego modelu mercedesa
przez uprzywilejowanego bogacza. Ten ostatni cel jest po prostu mniej
istotny dla gatunku ludzkiego, dla żyjących członków ludzkiej wspólnoty,
wreszcie z punktu widzenia ogólnej ilości cierpienia jakie jest na tym
świecie. I w jakimś ogólniejszym sensie jest także bardziej
"ekonomiczne". Jednak!!! Mamy w Polsce wiele afer gospodarczych. Kilka wyszło na jaw, większość
pozostaje nieupubliczniona, lub nie wykryta przez system prawny. Tak się
złożyło, że dobra materialne w Polsce dostały się w dużej części
w ręce osób złych. Po prostu, po ludzku "złych". W rozwiniętych społeczeństwach Zachodu sporo się ostatnimi laty
pisze o odpowiedzialnym biznesie. Również do Polski docierają
publikacje na ten temat. Są kursy organizowane przez osoby, którym
udawało się tworzyć biznes z "ludzką twarzą", biznes w którym
liczy się nie tylko pieniądz, ale także klienci - jako ludzie i
ludzie w firmie, czyli zatrudnieni pracownicy. Gdzie pieniądz nie jest
bogiem i jedynym celem, ale składnikiem szerszej całości. I część
firm w Polsce kieruje się zasadami odpowiedzialności w swej działalności
gospodarczej. Ilość takich firm rośnie. I w ogólnym rozrachunku
okazuje się to także "ekonomiczne". Na koniec autor artykułu pragnie się wytłumaczyć. Po co w ogóle
pisał ten artykuł? Michał Dyszyński dodano do serwisu 27 września 2005
Wybory! - znów przyjdzie nam wybrać kolejnych bohaterów afer finansowych...Zbliżają się kolejne wybory. Znowu rzesza Polaków pójdzie wybierać swoich reprezentantów do Parlamentu. W efekcie nastanie kolejna kadencja bohaterów afer i skandali finansowych. W większości z resztą będą to bohaterowie znani z poprzednich odcinków tego "serialu". Czy ten scenariusz wybierania małych ludzi do wielkich afer musi się powtarzać?... - Moim zdaniem - tak. Choć na szczęście nie zawsze w jednakowym natężeniu. Nieuczciwość może być większa, lub mniejsza, złodziei we władzach może być więcej, lub mniej. Ale jestem też przekonany, że szansa na całkowite uniknięcie afer w polityce jest mniejsza, niż wygrana w totolotka. A wynika to z kilku faktów:
Może wielu z Moich Rodaków poczuje się obrażonych dalszą opinią,
ale wg mnie aktualną Polskę trudno nazwać krajem o dużej uczciwości
jego obywateli. Może kiedyś bywało lepiej, albo może w przyszłości
będzie lepiej, ale teraz jest pod ww. względem źle. Jest wiele innych
krajów, w których zostawiony na ulicy rower będzie czekał na swojego
właściciela całymi tygodniami i nic mu się nie stanie. W Polsce
szybko ktoś się nim "zaopiekuje". Poza tym widzę na co dzień,
jak osoby - skądinąd wcale nie z marginesu, czy kręgów złodziejskich
- nie mają najmniejszych skrupułów kupowania okazyjnie towaru, który
ewidentnie pochodzi z kradzieży; jak na co dzień ludzie bez
zastanowienia i z łatwością się oszukują, jak powszechnie nie
dotrzymują obietnic, umów. Nawet głupia żeliwna kratka odpływowa
zamontowana przy, odwiedzanym przeze mnie ujęciu wody oligoceńskiej,
szybko została zabrana przez "przedsiębiorczego" złomiarza.
A banki - niegdyś synonim "pewności" - dziś stają z naciągaczami
w zawody o tanie cwaniactwo i prezentują takie metody manipulowania
klientów, jakie przystoją co najwyżej żulikowi z jarmarku. Wszystko,
żeby na naiwni się nie zorientowali (początkowo, bo przecież kiedyś
prawda i tak wyjdzie na jaw), że w rzeczywistości za usługę zapłacą
wielokrotnie więcej, niż to obiecuje reklama. A że takie podejście
"po prostu nie uchodzi", nie przychodzi do głowy białym kołnierzykom
z marmurowych budynków. Czy więc w ogóle warto iść do wyborów? ... Cóż - wszystko raczej w rękach Najwyższego. Bo na dobrą wolę ludzi, liczyć trudno. Choć czasem zdarzają się cuda. I jeszcze jedno na koniec. Kiedy w Polsce będzie lepiej? Jestem przekonany, że naprawdę złą tendencją dzisiejszych czasów jest coraz powszechniejsza akceptacja zachowań ewidentnie złych, okrutnych, powiązanych z krzywdą innych ludzi. Ileż to filmów powstało o życiu gangsterów (bo to takie ekscytujące...). Mamy gangsta-rap, gangsterskie w wymowie napisy na koszulkach, a także całe rzesze "artystów" kreujących się na ludzi powiązanych z kręgami przestępczymi. Mamy brukowy język w kręgach "elit". A uczciwość - dla wielu młodych, właśnie szukających swego miejsca w życiu - w tym kontekście wydaje się nudna, bezbarwna. I coraz więcej osób właśnie tak myśli - że być gangsterem to jest dopiero życie. A że wiele innych osób przy tym cierpi? - Tym przejmować się nie zamierzają. Uważam, że każda nasza osobista - mała, czy wielka - uczciwość w jakimś stopniu przyczynia się do poprawy życia w Polsce. I odwrotnie, każda nasza podłostka, kradzież, to nie tylko jednostkowa sprawa tego "incydentu", ale także ogólne tworzenie atmosfery złodziejskiego kraju. Na polityków - złodziei trzeba patrzeć krytycznie, ale zacząć naprawę trzeba również od siebie. I to nie tylko tym, że się nie kradnie, ale często również po prostu odwagą cywilną - poprzez słowną obronę uczciwości, nieobłudną krytykę złodziejstwa, może różnego rodzaju demonstracje sprzeciwu, wobec lekceważenia zasad, które przecież większość z nas wyznaje. Inaczej - na poprawę nie ma co liczyć... Michał Dyszyński dodano do
serwisu 7 września 2005
"Rynkowy" - czyli dla bogatych?...Od dłuższego czasu obserwuję w polskich
mediach dość konsekwentnie stosowaną tendencję. Chodzi mi o używanie
określeń "rynkowy", "ekonomiczny" itp. w kontekście
firmy, przepisów, pracy, płacy, zatrudnienia itp. Może posłużę się
przykładem ostatnio uchwalanych przez sejm ustaw. W odróżnieniu od tego, gdy mowa jest o płacy minimalnej, albo zarobkach osób, które ledwo "wiążą koniec z końcem", wtedy rzesza ekonomicznie "mądrych" zaczyna sobie przypominać o zmniejszonych zyskach firm, o konieczności ograniczania kosztów itp... Przykładem jest tu choćby dyskusja nad ostatnią ustawą, która ma spowodować podnoszenie płac minimalnej do standardów europejskich (nie w sensie wartości kwotowych, tylko w sensie relacji zarobków najniższych do średniej krajowej). Tutaj nasz czołowy ekonomiczny autorytet - Leszek Balcerowicz, szybko ujął się za "rynkiem" i "ekonomią". Bo firmy i ich menedżerowie na tym stracą. Gdy jednak chodzi o ograniczenie kosztów za pomocą redukcji najwyższych pensji, jakoś kwestie rynkowe bledną. Gdy mowa o poborach bankierów i innych osób o gigantycznych zarobkach, to jakoś o "rynku" mówi się w innym guście, że "nierynkowo" jest nie zapłacić kilkadziesiąt, czy kilkaset tysięcy złotych miesięcznie "wysokiej klasy specjaliście". Ale jednocześnie - dziwnym trafem specjalista chirurg, człowiek ratujący życie innym ludziom nie jest przez media dostrzegany jako kandydat do większych uposażeń. To w końcu tylko pracownik. Dopiero specjalista od finansów, w tej samej niedoinwestowanej służbie zdrowia, robi się godny większych pieniędzy. Podobna tendencja jest do zaobserwowania przy doniesieniach związanych z inflacją - jakiekolwiek zwiększenie zarobków biedaków jest tu "zagrożeniem". A te same pieniądze w rękach bogaczy już inflacji nie szkodzą (może to nawet jest i w jakimś stopniu prawda, wszak bogacz wyda swoje pieniądze na Kanarach, czy w Las Vegas, a nie Polsce)... Nie dziwię się prostym ludziom, że nie lubią słów "rynkowy", "reforma" itp. Oni nie są "aż tacy głupi" i widzą, że towarzystwa wzajemnej adoracji naszych elit, zawsze wykręcą je tak, aby biedak jeszcze bardziej dostał po krzyżu, a bogatemu przybyło. Nie dziwię, się choć nie popieram awersji do rynku. Bo sam jestem zwolennikiem mechanizmów rynkowych; jednak zastosowanych sprawiedliwie, a nie wybiórczo. Oznaczałoby to, że jeśli np. szukamy oszczędności na pensjach w przedsiębiorstwach, to naturalnym byłoby poszukiwanie ich tam, gdzie wydatki są największe - czyli w poborach tych, którzy mają większe środki finansowe, niż pozostała załoga licząca setki pracujących. To by było naprawdę RYNKOWE i EKONOMICZNIE UZASADNIONE. Ale w Polsce rynek ma swoje dwie twarze - przyjemną dla uprzywilejowanych i cwaniaków, a ponurą dla ubogich. Tymczasem gdyby polska rzeczywistość
ekonomiczna miała być sensowniejsza (a także efektywniejsza
gospodarczo), to może właśnie należałoby zwrócić się ku
standardom krajów rozwiniętych, gdzie podział dóbr jest równiejszy
niż w Polsce, gdzie relacja zarobków szefa firmy, do szeregowego
pracownika nie jest tak miażdżąca jak w Naszym Kraju. Bo jakoś
"dziwnie" w wielu krajach to działa. I jakoś dziwnie, że
mimo wspólnego europejskiego rynku, polski szeregowy pracownik musi w
swojej Ojczyźnie zarabiać 6 do 10 razy mniej niż pracownik angielski,
czy holenderski w swojej. A "dziwnym trafem" ten sam polski
pracownik, zatrudniony w Anglii, czy innym kraju "Starej
Europy", może na te pieniądze zapracować. I firma też wychodzi
na swoje. Dlaczego więc polskie firmy są mniej skuteczne niż
zachodnie?... A może nasi menedżerowie są zbyt mało fachowi (a więc
patrząc na relację wyników do zarobków - są przepłacani), bo mimo,
że płacą swoim pracownikom wielokrotnie mniej, to wielkich sukcesów
wciąż nie widać?... Oczywiście na pytanie jak pomóc polskiej gospodarce nie jest łatwo znaleźć odpowiedź. I być może nawet przeciwnicy ustawowego określania najniższej płacy mają sporo racji. Jednak faktem jest, że polska ekonomia toczy się na krzywych kołach, na kołach, które buksują i neutralizują efekt uczciwej pracy milionów ludzi. A niestety, wciąż trudno dopatrzyć się zarówno u polityków, jak i publicystów, rzetelnego i bezstronnego zastanowienia nad gospodarką jako mechanizmem, jako całością. Polska jest wciąż pogrążona w skrajnym egoizmie, w walce grup interesów, które wydzierają sobie zasoby bez oglądania się na dobro wspólne, na dobro Kraju szerzej pojęte, niż interes tej czy innej grupy zawodowej, czy towarzyskiej. Michał Dyszyński - dodano
do serwisu 13 lipca 2005
Parada wokół d...Znów opinia publiczna jest bombardowana informacjami na temat kolejnej parady homoseksualistów. Geje i lesbijki czują się dyskryminowani i pokrzywdzeni, więc wyrazili swój żal na ową "nietolerancję" w formie "Parady równości" odbytcej się w Warszawie. Ja - niżej podpisany - nie brałem udział
w tej paradzie (w kontrparadach również nie).
O małżeństwie słów kilkaW kontekście owej "Parady" chciałbym jeszcze dodać parę zdań na temat kwestii podnoszonych przez środowiska homoseksualne - a mianowicie dyskryminacji na polu możliwości zawierania małżeństw. Moim skromnym zdaniem owo stanowisko gejów i lesbijek jest wynikiem niezrozumienia istoty samej instytucji małżeństwa. O rodowodzie związków małżeńskichWbrew wielu powszechnym mniemaniom, instytucja małżeństwa wcale nie powstała dla samych małżonków i dla zadekretowania ich wzajemnego afektu. Małżeństwo swoją istotę i ważność zawdzięcza pojęciu rodu. W dawniejszych czasach ród (rodzina), pochodzenie człowieka miało znacznie większe znaczenie niż to jest aktualnie. Różne rody miały majątki, własne tradycje i silnie się wspierały obrębie tych wspólnot. I oczywiście różne rody ze sobą rywalizowały (np. na polu politycznym). Niekiedy przyjaźniły się. Niestety, owe przyjaźnie były zazwyczaj dość chwiejne, bo każdy (czasem nawet drobny) incydent pomiędzy dowolnymi członkami rodów łatwo przeradzał się w poważne (niekiedy ciągnące się latami) waśnie. To dość naturalne, bo plemienna natura ludzkich sympatii zwykle kazała opowiadać się za "swoim", a nie obcym i to najczęściej bez względu na sprawiedliwość. Tak więc rodowe walki były na porządku dziennym. Jednak rozsądni ludzie orientowali się,
że walki tego rodzaju nie niosą korzyści ani jednej, ani drugiej
stronie. Niestety przekonać o tym wszystkich osiłków i rozrabiaków z
obu rodów, pokonać instynkt natury nakazujący rywalizację i walkę
(wynikający z ewolucyjnego dziedzictwa człowieka), nie jest łatwo.
Zwykła perswazja najczęściej nie odnosi tu skutku. Rozwiązaniem
stawało się małżeństwo między członkami (najlepiej "głowami")
rodów. Jeśli było hucznie zawarte, jeśli wszyscy wiedzieli, że oto
teraz połączy się w potomkach "krew" obu rodów, to taka
sytuacja stanowiła barierę przeciwko walkom, gdyż teraz, zamiast dwóch,
mieliśmy już jeden ród, a instynkt walki przenosił cel swojego działania
poza połączone rody. Fakt, że "krew" obu rodów łączyła
się w potomstwie małżonków, stanowił gwarant tego, że zawarty pomiędzy
rodami sojusz będzie trwały (w domyśle "na wieki"), co
stanowiło dodatkową barierę dla próbujących jeszcze sobie "w
starym stylu" powalczyć. W ten sposób funkcjonowały nie tylko rody (rodziny), ale całe królestwa, gdzie małżeństwa były układane z góry i zawierane zgodnie z wymogami polityki. Zaś kwestia uczuć pomiędzy kandydatami na małżonków była drugorzędna. Stawką były znacznie większe sprawy. Tu dochodzimy do podstawowej kwestii wyznaczającej istotę małżeństwa - połączenie krwi (dzisiaj powiedzielibyśmy genów) obu rodów. W swojej tradycyjnej istocie małżeństwo nie jest publicznym zadeklarowaniem afektu pomiędzy dwoma osobami (choć dziś tak się najczęściej uważa). Jest ono deklaracją połączenia krwi dwóch różnych rodów oraz wspólnego działania dla zapewnienia bytu i bezpieczeństwa potomstwu. Ewolucja i degradacja małżeństwaWraz z rozpadem tradycyjnych rodowych więzi (kto dziś zna dokładnie drzewo genealogiczne swojej rodziny?...) następowała powolna modyfikacja postrzegania sensu małżeństwa. Ludzie wiążą się dziś głównie z powodu uczuć; kwestia rodziny w szerszym sensie schodzi na dalszy plan. Dzisiaj dzieci już nie pytają się już rodziców o pozwolenie ślub (a przecież kiedyś taka sytuacja była niemal nie do pomyślenia), sam akt zawarcia związku często jest bardzo skromny, bez rozgłaszania. Małżeństwo stało się więc niemal sprawą "prywatną". A w ogóle potrzeba zawierania małżeństw... ogólnie zanika (co ma również związek z rosnącą rezerwą wobec instytucji ją firmujących - Państwa, czy Kościoła). Bo jeśli małżeństwo miałoby być tak
bardzo prywatne, to po co go zawierać? Gwoździem do trumny instytucji małżeństwa
będą (jeśli prawo na to pozwoli) związki homoseksualne. W przypadku
takiego "małżeństwa" już zupełnie nie ma mowy o rodach i
"łączeniu krwi", a jedynie o publicznym zadeklarowaniu
afektu między dwoma osobami. Afektu i faktu uprawiania seksu. Nie przekonują mnie argumenty za związkami
homoseksualnymi podnoszące kwestie prawne - w rodzaju praw
dziedziczenia, czy reprezentowania drugiej osoby przed instytucjami. Po
pierwsze - nawet w zwykłym, heteroseksualnym małżeństwie wielu spraw
nie da się załatwić bez upoważnienia małżonka. Tak więc podobne
upoważnienie może sobie zrobić para gejowska. Dziedziczenie może załatwić
testament. I pewnie wiele innych spraw można rozwiązać na drodze
odpowiednich deklaracji. Być może środowiskom homoseksualnym uda się wywalczyć jakąś formę legalizacji ich związków. I może będą mieli swoje upragnione "małżeństwa". Jednak przypuszczam, będzie to pyrrusowe zwycięstwo. Bo w ostatecznym rozrachunku doprowadzi to zapewne do takiej degradacji samej instytucji związku małżeńskiego, że słowo "małżeństwo" zatraci zupełnie swój pierwotny sens, magię i wartość emocjonalną. I po co wtedy to wszystko?...
Jeszcze o paradzie równościDla mnie parada organizowana pod hasłem
jakiejkolwiek seksualności jest przyznaniem się do braku taktu i
kultury. I nie ma znaczenia, czy będzie to związane z seksem gejów,
lesbijek, stosunkiem uprawianym w czwartek czy w niedzielę. Tak samo
niesmaczna byłaby parada "równości" byłby marsz propagujący
seks na jeźdźca, seks w samochodzie ciężarowym, albo na karuzeli,
czy związek intymny z owczarkiem alzackim. Niesmaczna byłaby wg mnie również
parada osób deklarujących swoją wstrzemięźliwość seksualną, albo
fakt nie uprawiania seksu przed ślubem kościelnym. O tych sprawach się
nie mówi (jeśli już to w dyskretnie, "męskim gronie" i po
kilku głębszych...). Nie mówi się, bo to nie wypada! Michał Dyszyński - dodano
do serwisu 11 czerwca 2005
Dojenie kulturąOd czasów gdy w naszym Nadwiślańskim Kraju pieniądz zyskał na znaczeniu, rozwijają się rozmaite inicjatywy służące pozyskaniu tegoż pieniądza za wszelką cenę. Niekoniecznie na sposób uczciwy. Może najpierw tytułem wyjaśnienia: jaki
sposób zdobywania pieniędzy uważam za uczciwy? Cóż proponują ustawodawcy? Każdy by chciał być dofinansowanym. To
wygodne, bo wtedy - bez względu na to co się zrobi i jak się zrobi -
pieniądze się znajdą. Słusznych (i wartych dofinansowania) inicjatyw
są setki - od zupek dla ubogich, dożywianie dzieci w szkołach,
poprzez wspomożenie oświaty, łożenie na sport masowy, schroniska dla
bezdomnych, opiekę nad bezpańskimi zwierzętami, pomoc ludziom w
podeszłym wieku, ochronę krajobrazu, czy zabytków architektury (jak
ktoś chce, to tę listę jestem gotów naprędce rozszerzyć dwu,
trzykrotnie, ale na razie chyba starczy). Właściwie to każda potrzeba
mogłaby zostać dofinansowana i z założenia - wydaje się to słuszne.
I niestety - wszystkiego się nie da ograniczonymi pieniędzmi
dofinansować. Tego samego można się spodziewać po podatku "na kinematografię". Owszem - jacyś znani i uprzywilejowani, zasiadający w "szacownych" komisjach pieniądze swoje wezmą, i pewnie nawet jacyś filmowcy pewnie nieco więcej filmów wyprodukują, a następnie w jakimś magazynie filmy te będą składowane. Może nawet co któryś tam film z owych dofinansowanych okaże się udany (dzisiaj - bez dofinansowania - też co któryś taki jest). Problem w tym, że cały ten mechanizm jest nieuczciwy. Jest nieuczciwy, bo wymusza na ludziach płacenie za coś czego nie zamawiali i nie wybierali. Uczciwą metodą sprzedaży jest zaoferowanie czegoś klientowi i zdanie się na jego wybór, a nie wymuszanie płacenia bez względu na to, co mamy do zaoferowania. Kilka tygodni temu miałem okazję wysłuchać
w publicznym radiu dość emocjonalnie prowadzoną audycję w stylu:
"jak to potrzebna jest ta ustawa i owo dofinansowanie", jakaż
to "słuszna" inicjatywa. Padały różne argumenty: A tak w ogóle, to może lepiej byłoby
inaczej zagospodarowywać sam abonament TV? - Np. część z niego
"rzucić" w formie przetargu na wolny rynek?... Przypuszczam,
że teatr telewizji zrealizowany przez TVN, czy innego prywatnego nadawcę
będzie wcale nie gorszy od tego "publicznego"... Ostatnio niewiele w Polsce pojawia się
dobrych filmów rodzimej produkcji. Poza tym, jak wynika ze statystyk,
nie zarabiają one na siebie. Kilka - kilkanaście tysięcy widzów oglądających
polski film, to norma. A są takie dzieła, które nawet nie są w
stanie zgromadzić tysiąca widzów! We wszystkich kinach razem! Znaczy
to z grubsza tyle, że filmy te obejrzeli aktorzy i ich rodziny, plus
jeszcze nieco znajomych i naprawdę nieliczni widzowie, niezaangażowani
w produkcję. I można ich zgromadzić na 3 seansach kinowych. Ktoś pewni wyciągnie argument: |