Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

Przedostatnie wiadomości 
różne komentarze polityczne
czyli "taka sobie" daktikowa pisanina

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka
Uwaga: część komentarzy w tej sekcji występuje jednocześnie w więcej niż jednej kategorii

Spis treści komentarzy polityczno - społecznych

Felieton o polskiej służbie zdrowia - czyli o zdrowiu na siłę 
Autostradą po kasę - komentarz o chciwości polskiego autostradowego biznesu
Niedoinformacyjna Rozpuda

Między poprawnością polityczną, a kwadraturą koła
 
Dołek logiki polskich żurnalistów  
Między bezrobociem, a "złą wolą" pracowników
Nie tylko o godzinnym szorowaniu zębów

Finansowanie znajomości...  
Jedyne prawo - zarobić!
  
Wybory do Sejmu 2005 
  
"Rynkowy" - czyli dla bogatych?...
  
Parada wokół d...

Dojenie kulturą
Meandry ekologii
Wyznania frajera
Czy warto jest mieć wysoki PKB?...
Na koniec roku - 15 lat transformacji
Wiek XXI - wiek obłudy
O Hitlerze, demokracji i niebezpieczeństwie strachu
Dlaczego nie jestem nacjonalistą...
Chwala_inspektorom
Kto miałby naprawić Rzeczpospolitą?
Parady homo, hetero, czy jak im tam...
O języku i "byciu w Europie"
O Polsce, złodziejstwie i prostych ludziach. 
O obrażalskich, (bez)prawiu, Internecie i ewolucji
Spam i polityka
Czy to jest złodziej, czy to jest
Od cwaniaka do prostaka
tworzenie świata bez wdzięczności
Polityczna poprawność, czyli kpiny z rozsądku i demokracji
Refleksja nad światowym biznesem i ludzką godnością
Za komuny było lepiej
Ruch Falun Gong
O demokracji

 

 

 

Felieton o polskiej służbie zdrowia - czyli o zdrowiu na siłę

Znowu doszła do mnie informacja o kolejnej podwyżce stawki zdrowotnej. Tak, wiem, że jest wielu chorych ludzi w tym kraju i wielka potrzeba pomocy im. Mamy przepełnione szpitale, kolejki do specjalistów i długi placówek opieki zdrowotnej. Wydaje się więc, że jedynym logicznym rozwiązaniem jest dołożenie nowych pieniędzy od tego systemu. Jednak czy na pewno?...

Od razu się zdradzę z moją tezą: jestem PRZECIWNY zwiększaniu obowiązkowej składki zdrowotnej. Z naprawdę WIELU powodów. Najważniejszy z nich nazywa się sprawiedliwość. Uważam, że niesprawiedliwe jest wymuszanie na ludziach finansowania owej niesprawnej machiny biurokratycznej (i całej masy patologii) jaką stanowi dzisiejsza służba zdrowia. Czuję, że Państwo Polskie postępuje wobec mnie nie fair nie dając mi w tym względzie wyboru.

Bo wcale nie przemawia do mnie tłumaczenie, że służba zdrowia ma za mało pieniędzy. Uważam, że jest WRĘCZ PRZECIWNIE. Najwyraźniej w tym systemie pieniędzy jest ZA DUŻO. Podam przykład z własnego doświadczenia:
   Jakieś 3 lata temu zdarzył mi się wypadek przy remoncie – nastąpiłem na gwóźdź i przebiłem sobie (na szczęście niegroźnie) stopę. Przypadek niespecjalnie skomplikowany i pewnie bym go całkiem zbagatelizował, gdyby nie świadomość, że stary brudny gwóźdź mógł być źródłem zakażenia poważną chorobą – tężcem. Więc uznałem, że czas skorzystać z usług naszej służby zdrowia i dać sobie zrobić zastrzyk przeciwtężcowy. W swojej naiwności wyobrażałem sobie to mniej więcej tak: pójdę do lekarza, on wysłuchawszy mojej sprawy wyciągnie strzykawkę, zrobi zastrzyk, a następnie ewentualnie policzy mi jakieś pieniądze do zapłacenia (gdyby owa usługa była jakaś ponadstandardowa). Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej skomplikowana...

Pierwszym etapem procedury jest – oczywiście – zapisywanie się. Telefonicznie – nawet nie próbuj, bo numer albo jest non stop zajęty, albo nikt nie podnosi słuchawki. Poszedłem więc osobiście do recepcji w przychodni. Okazało się, że numerków już nie ma. Polecono przyjść później, a że aktualnie był piątek, to termin znalazł się dopiero na poniedziałek. Po weekendzie, w poniedziałek, gdy przyszedłem do recepcji zapisano mnie w końcu na jakiś termin u doktora – za mniej więcej 3 godziny. Przyszedłem o wyznaczonym czasie, ale okazało się, że... mojego lekarza akurat nie ma, a (nie informując mnie – bo przecież mój czas tu się nie liczy) przepisano mnie na zupełnie inną godzinę do kogoś innego. Całe szczęście, że miałem wtedy wolny dzień, więc pofatygowałem się do przychodni po raz kolejny za następne 3 godziny. Przyszedłem, usiadłem, bo oczywiście – była kolejka – wszak ustalenie dokładnego godzinowego terminu wizyty nie wiąże się przecież z chęcią zaoszczędzenia mojego czasu, a tylko z procedurami wewnętrznymi przychodni i owa godzina nie zobowiązuje do szybkiego przyjęcia. Po jakimś czasie oczekiwania, doczekałem się spotkania z panią doktor. Wszedłem do gabinetu, usiadłem na zydelku i wyłuszczyłem jej sprawę. Pani doktor pokiwała głową (już cieszyłem się, że wreszcie sprawę mam załatwioną), ale... akurat weszła jej koleżanka z recepcji. Beż żenady, że oto w pokoju znajduje się pacjent, który czeka na zakończenie jego sprawy, zaczęła dyskutować z lekarzem na temat jej potrzeby zdobycia recepty dla przyjaciółki. Panie sobie gadały, gadały... z 15 minut i pani doktor wypisała koleżance plik recept, a gdy ta ostatnia wyszła, a pani doktor wreszcie zwróciła się do mnie. Miałem nadzieję, że w końcu wyjmie tę strzykawkę i ampułkę, a ja dostanę zastrzyk przeciwtężcowy. Nic bardziej mylnego. Dostałem, ale... skierowanie do chirurga. Bo pewnie coś tak skomplikowanego jak rutynowy zastrzyk, to robota dla chirurga - specjalisty. Chirurg przyjmuje w innej przychodni i, oczywiście, tego dnia już poszedł do domu. Dogadałem się w sprawie wizyty na kolejny termin. Następnego dnia podreptałem do rzeczonego chirurga, który przeczytał receptę poprzedniej pani doktor i, autorytatywnie, potwierdził diagnozę, że – faktycznie – trzeba zrobić mi zastrzyk przeciwtężcowy. Wypisał receptę, a następnie polecił, żebym kupił sobie ów zastrzyk w aptece i przyszedł z nim do... pielęgniarki, która przyjmuje na 3cim piętrze. Na szczęście nie musiałem się już od niej po raz kolejny zapisywać i po zakupie medykamentu, wdrapaniu się na 3 piętro i krótkim odczekaniu, tężcowa szczepionka została wstrzyknięta do mojego krwioobiegu. Ufff...

Jak z tego widać, nasz system opieki zdrowotnej sprawę zwykłego zastrzyku przeciwtężcowego rozbudował do bizantyjskiej machiny biurokratycznej. W sprawę zaangażowanych było kilka recepcjonistek, dwoje lekarzy i pielęgniarka (nie licząc aptekarzy). A przecież – gdyby to było normalnie – poszedłbym zwyczajnie do lekarza, który na takie okazje powinien mieć przygotowaną ampułkę (wiadomo, podobne przypadki są dość częste – choćby w szkole, na boisku, więc najsensowniej byłoby reagować szybko) i po 5 minutach powinien załatwić sprawę. Ale tak dobrze nie ma – w końcu stać nas. No nie?... Strach pomyśleć, jak rozbudują się procedury, gdy stawka zdrowotna wzrośnie...

Tak więc, jak wspomniałem na wstępie, jestem zdecydowanie przeciw wymuszaniu na mnie finansowania tak marnotrawnego systemu jak polska służba zdrowia. Najpierw należy usunąć istniejące idiotyzmy w nim działające. Dobrą zasadą byłoby, że składka zdrowotna składa się z dwóch składników przymusowego i dobrowolnego. Przy czym ten przymusowy powinien być naprawdę obliczony na podstawowe zastosowania – powinien działać tanio, ale możliwie jak najsprawniej. Wszyscy Ci, którzy chcieliby czegoś więcej musieliby dopłacić. Poza tym oczekuję, że jako pacjent - klient, będę przez lekarzy traktowany jako osoba pożądana i oczekiwana. No i nie lekceważona (np. bezpardonowym zajęciem się załatwianiem sprawy koleżanki). To, że opisana wyżej sytuacja się zdarzyła świadczy o tym, że dla naszej służby zdrowia pacjent najwyraźniej jest mało potrzebny - pewnie pieniądze dostaje się za coś innego niż obsługa chorych.

W dzisiejszym systemie wszyscy muszą przymusowo finansować:

Rozbudowane struktury biurokracji – znajoma osoba ostatnio będąca u lekarza tak podsumowała wizytę: wywiad i diagnoza – 3 minuty; wypełnianie wszystkich formularzy – 30 minut.
Superdrogie, a do nie zawsze efektywne, kuracje wylobbowanych przez firmy farmaceutyczne i oferujące sprzęt do szpitali.
Leczenie osób, które, mimo wiedzy na temat zagrożeń, ignorowały podstawowe zasady zdrowia i bezpieczeństwa, a dziś chyba powinni w większym stopniu ponosić konsekwencje swoich świadomych wyborów (nałogowi palacze, narkomani, osoby notorycznie ignorujące zalecenia higieny itp.).
Mechanizmy korupcyjne typu: refinansowanie specyfików na lewe recepty – jakiś czas temu prasa pisała o przypadku lekarza, który przepisywał dla emerytów – weteranów Viagrę (bez ich wiedzy), a następnie recepty sam realizował, by zarabiać na odsprzedaży leków. To, że cwaniacy - oszuści chcą łatwo zarobić, to mnie nie dziwi. Dziwi mnie tylko jedno: dlaczego w ogóle taki specyfik jak Viagra jest/był na liście leków refundowanych?...

Do tych wydatków należy doliczyć wszystko to co pewnie wylobbują różne grupy interesu: zapłodnienia in vitro, operacje kosmetyczne, środki antykoncepcyjne, czy inne leki/terapie, które nie służą bezpośredniemu ratowaniu życia, czy zdrowia, a jedynie podnoszeniu komfortu i sprawianiu przyjemności wybrańcom, którzy wiedzą jak z tego systemu coś dla siebie uszczknąć.

Do tego osoba pracująca ma często znikome szanse na dostanie się do lekarza w sensownym terminie. Typową sytuacją obecnie jest, że przychodnie okupują rzesze emerytów, dla których zajmowanie się własnym zdrowiem stanowi główną treść życia, a niemała część ich wizyt lekarskich służy bardziej potrzebie wyżalenia się i wzbudzenia zainteresowania, niż ma związek z prawdziwym, aktywnym leczeniem. Człowiek pracujący, który u szefa z trudem zyskuje zwolnienie na dzień czy dwa, wpuszczony w leniwą emerycką atmosferę „na wszystko jest czas” dostaje białej gorączki. I często rezygnuje w ogóle z wizyty, czy badania (sam w ten sposób reaguję), byle tylko nie przeżywać gehenny kontaktu ze „zdrowotną” biurokracją. Potem w mediach mamy użalanie się: jak się ci ludzie nie badają profilaktycznie, jako to przychodzą do lekarza w ostatniej chwili, jak są mało przezorni...
Tylko, że dla zaganianego, normalnie pracującego człowieka kontakt z polską służbą zdrowia jest taką gehenną, że często woli pogodzić się z perspektywą niewykrytej choroby, a nawet przedwczesnej śmierci, niż narażać na upokorzenia i przykrości kontaktu z instytucją spod znaku białych fartuchów.
No, chyba że ma się pieniądze na wizytę prywatną - co właściwie w przypadku choroby okazuje się koniecznością dla osób nie mających czasu w nadmiarze. Oczywiście rozumiem, że emeryt też pacjent i należy mu się opieka. Tym bardziej, że hipochondrycy to tylko część (mniejsza) ludzi starszych. Ale może warto by pomyśleć o jakiejś – choćby symbolicznej – odpłatności za wizyty u specjalistów, bądź w inny sposób ograniczyć wizyty u lekarzy, jeśli w rozsądnych warunkach można by zastąpić jakąś inną formą terapii, kontaktu z osobą, która nas wysłucha. Może warto by leczenie starszych osób, czy chorych przewlekle zorganizować w ramach odrębnej ścieżki medycznej.

Nie jest tajemnicą, że na zdrowie można wydać DOWOLNIE DUŻE pieniądze. Zawsze da się znaleźć ktoś, kogo by można, niezwykle drogimi zabiegami, jeszcze kilka tygodni dłużej utrzymać przy życiu. Można też (całkiem rozsądnie) przekonywać, że w ogóle powinniśmy ludzi leczyć wyłącznie najdroższymi medykamentami (czy jednocześnie najlepszymi, to już inna sprawa). Bo przecież one się ludziom „należą” (a co nie jestem wart, żeby mnie leczyć pigułką za 10 tys. zł?!!!). Można kupować najnowocześniejszy sprzęt do szpitali (który później często stoi nieużywany, bo biurokraci nie będą mogli się dogadać w sprawie finansowania kosztów jego użycia). Problem w tym, że owe PIENIĄDZE NIE SĄ ZNIKĄD. Pieniądze na leczenie, pochodzą (są przesunięte, wyrwane) m.in. z wydatków na żywność, na ochronę środowiska, na wypoczynek, na zdrowe ubranie. Można powiedzieć polskiemu społeczeństwu: powinniście się zaharowywać i rezygnować z wielu aspiracji życiowych, byle tylko lepiej się leczyć w przypadku choroby – oddajcie więc prawie wszystkie zarobione pieniądze na finansowanie służby zdrowia!

Oczywiście wszystko można. Można nie pójść do kina, ale kupić jakieś droższe leki, można zrezygnować z urlopu, a dzięki temu powstanie gdzieś może nowoczesny szpital, można nie wymienić rur, czy okien w domu, jeździć starym gratem, zamiast nowym samochodem, ale za to w razie wypadku sprawniej nas będą intubować... Tylko, jaki w tym sens? Czy aby na pewno leczenie się jest ważniejsze niż jakość reszty życia? W końcu jak (z powodu przesunięcia pieniędzy na lecznictwo) nie zadbamy o ochronę środowiska, to i tak przybędzie chorych. Jeśli, zmuszeni oszczędnościami związanymi z finansowaniem ochrony zdrowia, nie kupimy samochodu z lepszymi hamulcami, to jest duża szansa, że odbije się to na liczbie ofiar wypadków. Itp. Życie, gospodarka, to system naczyń połączonych, zwykle przeznaczając fundusze na jeden cel, osłabiamy inne.

A z resztą – jeśli już ktoś bardzo chce zabezpieczyć się w dziedzinie ochrony zdrowia, to niech robi to na własny rachunek. Niech wykupuje dodatkowe ubezpieczenia, które dadzą mu prawo do luksusowej terapii po zachorowaniu, ale niech nie zmusza do tego innych. Dlaczego ktoś nam narzuca swoją wizję życia? Uważam, że powinienem mieć prawo wyboru między skupieniem się na ubezpieczaniu od zachorowania, a finansowaniem aktualnego życia – powinienem mieć prawo do wyboru, czy pieniądze przeznaczę na urlop, albo siłownię (też żeby chronić zdrowie), czy na koszty przyszłego leczenia.

A jak potraktować osoby wkalkulowujące ryzyko swoich niebezpiecznych zachowań w życie, powinny też jakoś ponosić konsekwencje swoich wyborów. Czyli możemy postawić takie pytanie:
Jeśli ktoś, świadomy zagrożenia, pali papierosy przez cały życie, to czy ma prawo żądać od innych rezygnacji z ich pieniędzy, jeśli on zachoruje i potrzeba mu teraz wyjątkowo drogiej terapii? Czy ma prawo żądać: jestem teraz chory, więc teraz wszyscy aktualnie pracujący zrezygnujcie (choćby częściowo) ze swoich pasji, przyjemności, bo musicie się dołożyć do mojego leczenia?
A osoby podejmujące inne ryzykowne zachowania? - Czy mają prawo żądać od reszty społeczeństwa składki na efekty ich własnych wyborów? Niby dlaczego? Dlaczego ktoś, kto żyje roztropnie ma ponosić koszty (choćby w postaci zwiększonej składki zdrowotnej) lekkomyślności innych?...

Oczywiście - jakaś forma solidarności jest potrzebna. Jesteśmy ludźmi wśród ludzi i nie mamy prawa odwracać się od cudzego nieszczęścia. Również zawinionego. Jednak wszystko ma swoje granice. W końcu my też będziemy kiedyś starzy i będziemy potrzebowali pomocy medycznej. Ale śmierć i tak w końcu nas dopadnie.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że życie i zdrowie jest dla ludzi najwyższą wartością. Przeczy temu wiele zachowań - od świadomie kultywowanych niebezpiecznych zachowań, poprzez nałogi, obżeranie się, lekceważenie zasad higieny. Zdrowie staje się dla nas większą wartością, gdy zaczyna szwankować, ale zapewne większość z nas wolałaby żyć krócej ale wygodniej, pełniej, ciekawiej, niż co prawda bardzo higienicznie i zdrowo, a za to nudno i w nieustannym reżimie ochrony przez znanymi zagrożeniami. Tak już jest i chyba większość z nas to przyzna. Gdyby dzisiaj spytać kogoś z jakich swoich pasji i przyjemności chciałby zrezygnować, żeby się lepiej zabezpieczyć w przypadku choroby?, to jedni może by zrezygnowali z czegoś, a inni by powiedzieli: chcę teraz żyć pełnią życia, a nie ścibolić pieniądze na walkę z chorobami. I jak przyjdzie czas odejścia, to przyjmę to zgodnością - bez żebrania o jeszcze kilka tygodni życia za cenę kupowania dla mnie najdroższych specyfików podtrzymujących życie i zdrowie. I mają chyba prawo do takiego wyboru.

Dlatego, zamiast wymuszania na wszystkich kosztownego finansowania naszej opieki zdrowotnej, uczciwiej byłoby oprzeć się na zróżnicowaniu zasad – chcesz mieć lepszą opiekę, to płać większą składkę, albo nie dostaniesz później kuracji droższej niż wskazuje określony limit. Jeśli ci jednak nie zależy na zabezpieczeniach, to też masz do tego prawo. I jednocześnie, jeśli się nadmiernie obżerasz i nie dbasz o zdrowy tryb życia, to też nie masz prawa żądać od innych dodatkowego finansowania skutków swojej lekkomyślności. Bo skoro jest wybór, to powinna być też jego konsekwencja.

Oczywiście nie chodzi o jakąś przesadę. Jakieś minimum (także finansowanej obowiązkowo) ochrony zdrowia w cywilizowanym kraju jest koniecznością. I trzeba też częściowo dofinansować tych, którzy są wyjątkowo biedni, nieporadni. Ale niech to będzie rzeczywiście blisko minimum i niech system uświadamia ludzi na temat konsekwencji (także finansowych) ich życiowych wyborów. Jednak aktualnie nasz system opieki zdrowotnej jest wyjątkowo patologiczny – nie skłania do oszczędności, nie promuje zachowań prozdrowotnych, sprzyja korupcji. Najpierw trzeba go naprawić, a dopiero później myśleć o zwiększaniu składki. W aktualnym układzie zwiększone nakłady pójdą na finansowanie tych, i kolejnych, patologii.

 Michał Dyszyński - dodano do serwisu 6 lipca 2008
zaktualizowano 11 lipca 2008

 

Autostradą po kasę

Kiszki się w człowieku skręcają, gdy czyta się komentarze na temat polskiego systemu budowy i finansowania autostrad. Ostatnio, gdy rząd próbuje znieść w Polsce winiety dla ciężarówek pojawiają się "obrońcy" polskich dróg i lamentują: jak to "rząd" nierozważnie rezygnuje z tych winiet, bo wtedy kuriozalnie wysokie ceny za przejazd autostradami wymuszane przez firmy nimi zarządzające wypłoszą kierowców. Zgroza?

I to oczywiście tej sytuacji winien jest rząd, a nie zarządcy autostrad...
Bo posiadacze autostrad przecież MUSZĄ (!) działać we własnym interesie, muszą (!) zarobić. I to dobrze zarobić, bo przecież kiedyś wyłożyli jakieś pieniądze! A skoro tak, to zarobki muszą być odpowiednio "godziwe". I rząd jest winny, że być może te kokosy nieco się ukrócą (w istocie minimalnie, bo dalej - jako monopoliści będą zarabiać nieprzyzwoicie dużo)...

Co więc w takiej sytuacji rząd powinien zrobić?...
- To wprost pewnie lobbystom autostradowym przez gardło nie przejdzie, ale pewnie najlepiej byłoby, żeby - skoro już z winiet na te kosmiczne opłaty za przejazd niewielkimi odcinkami autostrad nie starcza... opodatkować jakoś te przejazdy. Niech cały kraj się dołoży, żeby najbogatsi ludzie w kraju mogli zarobić jeszcze więcej... Niech dołożą wszyscy, którzy dzisiaj liczą każdą złotówkę - bo może nie starczy na podstawowe potrzeby, żeby liczniki milionów na kontach rekinów polskiej finansjery szybciej tykały, żeby zliczały kolejne przyrosty. Bo oni przecież muszą osiągnąć lepszy wyniki na liście Fortune500...

Ktoś powie: przecież nikt tak nie napisał. Owszem nie napisał wprost, ale zastanówmy się:
Co by można zrobić (jeśli owe opłaty, z resztą za naprawdę krótkie odcinki dróg, są już nieproporcjonalnie wysokie), żeby pieniądze z winiet pokryły wymagania firm zarządzających autostradami?
Opłaty winietowe są wyszacowane na normalnym europejskim poziomie (i w innych krajach takie pieniądze finansują autostrady bez problemu), więc samych tych opłat ruszyć nie można bez narażenia się na protest regulatorów unijnych. No więc skąd te pieniądze wziąć?
Raczej nie widać innych rozwiązań, tylko finansowanie z budżetu, czyli z podatków...

I chyba do tego dążą nawoływania lobbystów autostradowych - żeby, co prawda może bez ogłaszania tego zbyt szeroko, zgodzić się na każde wygórowane żądania koncesjonariuszy - bo przecież skoro mamy autostrady, to już nie będziemy musieli wydawać na remonty innych dróg, a więc jeszcze te pieniądze z podatków można by "drapnąć".

Czy polscy bogacze naprawdę są pozbawienie resztek przyzwoitości?...
- Obawiam się, że faktycznie nawet tych resztek niestety już nie posiadają. Chęć zarobienia, bycia pierwszym w osiąganiu pomnażaniu fortun, przysłania dużej części z nich fakt podstawowy, że oprócz kont bankowych przede wszystkim liczy się nasze człowieczeństwo, to kim jesteśmy naprawdę, czyli ile ofiarowaliśmy innym ludziom a nie tylko to, ile pieniędzy udało nam się wyssać z otoczenia. Pieniędzy, których i tak nie będziemy w stanie wykorzystać. W tym kraju dla jakiejś części osób nie liczy się kompletnie nic poza ZAROBIĆ, ZAROBIĆ!!, ZAROBIIĆ!!!!! JESZCZE WIĘCEJ ZAROBIIIIIIIIIIIIĆ!!!!!!
Brrrr... Co za ludzie...

 

 Michał Dyszyński 12.03.2008

 

Niedoinformacyjna Rozpuda

Od jakiegoś czasu polskie media serwują nam kolejne informacja z frontu walki o dolinę Rozpudy. Z jednej strony barykady mamy gromadę ekologów i ludzi z całej Polski zatroskanych o dobro środowiska naturalnego; z drugiej mieszkańcy Augustowa, którzy mają już dość stad tirów jeżdżących przez środek ich miasta i przedstawicieli ministerstw środowiska i transportu optujących za budową autostrady przecinającej chroniony teren unikalnych torfowisk. Kto ma rację?

- Ja nie wiem...
I niestety, pewnie szybko się nie dowiem :(.

I właśnie o tym chciałem napisać – tzn. nie o samym sporze (bo nie uważam, abym przy tym poziomie doinformowania miał prawo się wypowiadać), ale o rzetelności mediów w informowaniu. Bo niestety, choć docierają niby coraz to nowe wiadomości, to nie rozświetlają one stanu mojej świadomości w kluczowych sprawach. Bo właściwie, to sposób informowania o sprawie Rozpudy uważam za ewidentną kpiną z odbiorców wiadomości. Obserwuję w prasie i telewizji grupę ekologicznych aktywistów, ministrów, transparenty, dowiaduję się jak to w spór angażuje się UE i ludzie z całego kraju, tylko nie mogę się dowiedzieć nic na temat kwestii dla sprawy absolutnie kluczowych:

Czy rzeczywiście nie da się tej drogi inaczej poprowadzić?
– Jeśli się da, to jakie inne zagrożenia wystąpią w tym przypadku?
Jakie wygląd porównanie szacowanych kosztów alternatywnej lokalizacji?
Kto miałby je ponieść?...
Jakie inne ważkie argumenty mają obie strony? (oczywiście poza samym faktem, że jedni nie chcą tam drogi z powodu torfowiska, a inni chcą szybkiej budowy obwodnicy z powodu tirów niszczących ich miasto). Np. ile czasu trwałoby opracowanie nowej trasy, jakie są koszty ewentualnych odszkodowań (choćby w zarysie – duże, czy małe) itd....

Odnoszę wrażenie, że media traktują swoich odbiorców jako gromadę bezmózgich sensatów szukających wyłącznie emocji. Że ludzi tak naprawdę nie obchodzi, czy lepsza jest jedna, czy druga opcja, ale jałowe emocjonalne rozterki w stylu: ci chcą tak, a tamci inaczej, ci znowu tak, ale ci inaczej... oj jak się mocują, oj jak się starają... a jak oni są zaangażowani, jak siedzą w tych namiotach i jak protestują. I te bagna i torfowiska, jakie wartościowe... a przyroda, jaki to bezcenny dar, ale ci mieszkańcy Augustowa, jaki oni tam mają problem, bo pod kołami tirów giną ich dzieci, oj jaki dramat, jaki dramat... Itd.

Być może to ja jestem wyjątkiem w tym kraju, ale mam absolutnie dość skupiania się dramatach i emocjach (choć doceniam ich znaczenie), i chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o istocie sporu. Bo być może będzie jakieś referendum, od którego zależeć będzie dobro ludzi, dobro kraju, więc każdy powinien wiedzieć coś więcej o sprawie niż tylko, że ludzie się tym emocjonują. Być może nie chodzi tylko o protesty i demonstracje, ale najpierw o sensowne działania, mądre decyzje, które trzeba ze strony opinii publicznej monitorować...

Ale kogo to obchodzi? Zamiast tego w kolejnych aktach informacyjnego spektaklu pewnie znowu "dowiem się" rzeczy oczywistych -  że ekologom jest zimno, mieszkańcom smrodliwie od spalin, a ktoś tam protestuje, przeciwko czemuś tam i się bardzo przy tym zaangażował. Dostanę następną papkę pseudoinformacji - żer dla jałowych emocji. 
Może faktycznie z tym domaganiem się konkretów jestem dziwakiem?...

Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 26 lutego 2007

 

 


Między poprawnością polityczną, a kwadraturą koła

Kwadratura koła jest chyba najbardziej znanym przykładem problemów nierozwiązywalnych. Na tyle ciekawym, że historycznie niezwykle bogatym w przykłady. Przez setki lat matematycy całego świata próbowali metodami prostych przekształceń (wyłącznie z użyciem cyrkla i linijki) skonstruować kwadrat o polu dokładnie równym polu koła o zadanym promieniu. Dopiero w roku 1882 matematyk Lindemann udowodnił, że próby te są syzyfowe - postawione zadanie nie da się rozwiązać w skończonej liczbie kroków.

Ale nie o matematyce tu będzie. Wbrew pozorom.... Tylko o polityce. Więc przechodzę do rzeczy.
Refleksję moją wywołała wiadomość zaprezentowana nam przez serwis Interii (a pewnie inne serwisy też ją zamieściły): http://fakty.interia.pl/swiat/news?inf=722284. Jak można w niej przeczytać we Francji odrodził się antysemityzm. Na nowo. Po tylu latach edukacji w duchu poszanowania innych kultur i religii. A wszystko pewnie byłoby "dobrze" gdyby antysemityzm po prostu zaprezentowali "tradycyjni" Francuzi. Wtedy dałoby się ich po prostu potępić, napiętnować, zmieszać z błotem, albo co tam jeszcze... 
Niestety (dla zwolenników politycznej poprawności), antysemityzm francuski odrodził się w pokoleniu... "braci" emigrantów muzułmanów!

I tu poprawność polityczna ma prawdziwą zagwozdkę. Bo przecież z jednej strony od dawna głosi, że wszystkie kultury, religie, narody są sobie równe. Że nie ma gorszych lepszych i że trzeba "zrozumieć" wszelkie trudne do zaakceptowania zachowania - czy to muzułmańskich fanatyków, czy kręgi żydowskich publicystów domagających się nieustannego, troskliwego zainteresowania opinii publicznej swoim narodem. Tak samo dobrzy i warci "zrozumienia" i wysłuchania są grupki pseudoekologicznych oszołomów, jak bandy wyrostków podpalające samochody. Oni wszyscy "nie się przecież niczemu winni", bo winni są zwykli obywatele, którzy co dzień pracują w milionach firm, a do tego nie kradną, nie podpalają i nie domagają się szczególnego zainteresowania - słowem: są obrzydliwie normalni (normalność jest winą ewidentną, nie podlegającą dyskusji).

I tu nagle, na owych normalnych trudno teraz zrzucić winę na antysemityzm. Bo Żyda zabija inna mniejszość - muzułmańscy imigranci. Cóż wyznawca poprawności politycznej może począć z takim fantem?
- Skoro Żydzi na pewno nie są niczemu winni (mają na stałe zabukowane miejsce narodu uciskanego); ale imigranci też przecież są mniejszością - niezrozumianą przez otoczenie (uciskaną) grupą. Tutaj winy być też nie może. Ale jeden człowiek zginął, a pewnie niedługo zginą kolejni. Nikogo nie można tu obarczyć winą, a trudno też w nieskończoność akceptować zabójstw, tłumacząc to odmiennością kulturową. Jednym słowem - kwadratura koła.

Ja obstawiam (ekstrapolując absurd myślenia zwolenników politpoprawności), że jednak winni "okażą się" znowu zwykli Francuzi - czyli albo francuski system szkolnictwa, może też jakieś tam inne władze. Bo przecież nie spowodowały jakiejś czarodziejskiej przemiany w umysłach, za pomocą jakiejś genialnej argumentacji nie dotarły do mózgów młodych awanturników, od dziecka wychowywanych w tradycji plemiennej i narodowej nienawiści. Bo przecież (wg politpoprawnej ideologii) wszystko jest jednakowo dobre - kultura jawnie głosząca nienawiść i zemstę, czy też tyranię facetów, wobec "ich" kobiet. Ale to taka kultura i nie wolno krytykować. 

A "po mojemu" jest po prostu tak:
Nie da się w nieskończoność picować faktów, że pewne kultury są po prostu ZŁE. BARBARZYŃSKIE. WREDNE. OKRUTNE. Po prostu są. I nie są tak samo dobre jak inne, dopóki jawnie popierają przemoc. Tak po prostu. Niektóre kultury, tradycje ŹLE WYCHOWUJĄ. I pewnie trudno będzie ludziom wychowanym w tych kulturach wytłumaczyć fakt, że przemoc nie powinna być podstawową metodą funkcjonowania w społeczności. 
A nie będzie łatwe wytłumaczyć tym złym kulturom, że jest jednak są ZŁE. Po prostu są złe, bo propagują przemoc w imię ... (właściwie obojętne w jakie imię).  Niestety, nie wszystko w życiu jest łatwe. Ale trzeba kiedyś postawić sprawę jasno - to, że ktoś nam się nie podoba z powodu jego religii, czy czegoś tam innego nie uprawnia do zabicia owej osoby. Takie są zasady cywilizacji europejskiej. Tak ustalono już wiele wieków temu i większość ludzi jednak to akceptuje. A kto nie akceptuje, ten postępuje ŹLE. Nie jakoś tam "dobrze inaczej", czy też ogólnie ma rację, ale coś "źle zrozumiał". Powinien wiedzieć, że został uznany za bandziora. Nawet jeśli był w swojej agresji zaangażowany, pełen poświęcenia, zgodny z tradycją, czy co tam jeszcze.  Ale były bandziorem i czekają go zwykłe konsekwencje faktu zabicia innej osoby - czyli kara przewidziana w kodeksie. 

Michał Dyszyński dodano do serwisu 2 9 lutego 2006

 

Dołek logiki polskich żurnalistów

Jakiś czas temu przeczytałem dość interesującą relację z badań socjologicznych poświęconych stosunkowi polskiego społeczeństwa do demokracji. Artykuł został zamieszczony na pierwszej strony „Gazety Wyborczej” i nosi tytuł „Polska demokracja w dołku”. Pozwolę sobie zacytować pierwsze 2 zdania z tego artykułu: Ponad połowa Polaków - 52 proc. - twierdzi, że rządy niedemokratyczne mogą być niekiedy lepsze niż demokracja. To najbardziej nieprzychylny wynik od początku lat 90.

Teraz pozwolę sobie na komentarz. I wbrew pozorom, będzie nie na temat demokracji, a na temat sensu słów i stosunku do ewidentnych słów i faktów. Bo spójrzmy na sprawę logicznie: jak w zgodzie z realiami można odpowiedzieć na pytanie postawione w sposób następujący: czy rządy niedemokratyczne mogą być niekiedy lepsze niż demokracja?

Moim zdaniem już prosta analiza sensu tego pytania raczej nie pozostawia wielu wątpliwości. W końcu wyrażenia „mogą być” i „niekiedy” sugerują zwrócenie uwagi na samą potencjalną możliwość sytuacji - np.  w której zmanipulowany przez populistów tłum wybiera ewidentnie gorsze rozwiązanie, niż rozsądny człowiek nadużywający w pewnym momencie władzy dla ratowania wyższych wartości. Przykłady tego rodzaju historia zna. I to dość liczne.

Oto przykłady ilustrujące mój typ rozumowania:

1.     Gdyby przed (jak najbardziej demokratycznym!) dojściem Hitlera do władzy, jakaś siła polityczna powstrzymała na kilka lat (do czasu uspokojenia ogólnego rozgoryczenia niemieckiego społeczeństwa) procedury demokratyczne i uniemożliwiła wybór tego superzbrodniarza na wodza Rzeszy Niemieckiej, to miliony osób poległych w czasie III wojny światowej, być może dożyłoby spokojnej starości. Chyba nie ma tu dużych wątpliwości, że demokratyczny wybór wodza faszystowskich Niemiec, był gorszy niż wstrzymanie demokracji na kilka lat, do momentu, aż się sytuacja wyjaśni.

2.     Jeśli, przy dzisiejszych wzburzonych nastrojach w kolejnych krajach islamskich, dojdzie do wyboru na najwyższe stanowiska władzy kolejnych ukierunkowanych na terror fundamentalistów, to szybko możemy się obudzić w świecie zdominowanym przez wodzów - ekstremistów szantażujących państwa demokratyczne arsenałami swojej broni biologicznej, chemicznej, a może i atomowej. I pewnie przyjdzie nam wtedy wzdychać do rządów co prawda niedemokratycznych, ale za to nieco bardziej rozsądnych. W końcu demokracja jest w dużym stopniu kształtowana przez populistów i ulicę, a nie rozsądek elity intelektualnej.

3.     Dla socjologów oczywiste jest, że popularność osób wybieranych do władz zależy w dużym stopniu od siły medialnej, możliwości kupienia sobie wizerunku, zdobycia pozytywnej popularności. W końcu nie na darmo wydawane są miliony dolarów na kampanie wyborcze. A przy odpowiednio dużych środkach możliwe jest wykreowanie na zbawcę narodu dowolnej ludzkiej kreatury, lub miernoty podatnej na manipulację gangsterów politycznych. Jeśli dodamy do tego niedorozwój niezależnej prasy i postępujące zaburzenie świadomości społeczeństw, to łatwo można wyobrazić sobie sytuację, w której wybrane demokratycznie władze zgromadzą „śmietankę” typów spod ciemnej gwiazdy.

4.     Jeśli dzisiaj w kraju typu Pakistan (posiadającemu broń jądrową) uda się demokratycznie dojść do władzy fundamentalistom (a jest to całkiem prawdopodobne z racji popularności ruchów islamistycznych w tym kraju), to być może w wyniku ich działań cały świat da się wciągnąć w zawieruchę o niewyobrażalnych konsekwencjach. Więc może w takiej sytuacji lepiej byłoby ratować się brakiem demokracji, niż zdawać się na wybór rozgrzanej emocjami, i kazaniami islamskich duchownych, ulicy.

Dla autora tych słów jest OCZYWISTE, że w wielu sytuacjach rządy demokratyczne okażą się mniej skuteczne, wydolne, uczciwe, niż władza autorytarna. W końcu wiele zależy od tego w jakich warunkach ta demokracja funkcjonuje, jak mądrzy i odporni na manipulację są wyborcy. W szczególności w warunkach wojny trudno jest sobie wyobrazić demokratyczne debaty i procedury i wtedy brak demokracji jest po prostu lepszy.

Jednak jednocześnie!
- Mimo, że zdaję sobie sprawę z niedostatków demokracji, nie chciałbym zmiany tej metody wyłaniania władzy na inną – na np. pucze wojskowe, czy zamachy stanu. Bo w zdecydowanej większości przypadków (ale jednak nie we wszystkich przypadkach!) demokracja okazuje się być jednak lepsza.

Tak więc na pytanie, czy „niekiedy” jest „możliwe”, że brak demokracji będzie lepszy niż legalne wybory, śmiało odpowiadam – owszem tak. Odpowiadam w ten sposób, mimo że jestem zdecydowanym zwolennikiem demokratycznej formy rządów.

Ciekawe jest natomiast wyciąganie wniosków przez grono dziennikarskie. Oto ludzie, którzy w ogóle ośmielają się widzieć jakieś niedostatki demokracji, którzy nie mają ślepej wiary, że każda możliwa jej forma, jest lepsza od każdego możliwego stanu rządów – tacy ludzie traktowani są od razu jako przeciwnicy. A może nie są wcale przeciwnikami demokracji (jak np. autor tych słów), ale po prostu w zgodzie z rozsądkiem odpowiadają na pytania zawarte w ankiecie?...

Nasuwa mi się tu jeszcze jedna, nieco głębsza refleksja. Związana jest ona ze spostrzeżeniem, jak nielogicznie może działać ludzki umysł. Bo faktycznie wielu ludzi (nie wiem czy nie większość) uważa, że na czyjeś oszustwo, reakcją rozsądną jest... oszustwo w przeciwną stronę. Nie trzymanie się prawdy, nie wyjaśnienie bezstronne, ale właśnie przegięcie w przeciwnym kierunku. W powszechnej świadomości oszustwo zyskuje swoją nobilitację, jeśli tylko ktoś skrzywił prawdę „odwrotnie”. Czyli – na zarzut chamstwa (załóżmy, że niesłuszny), mamy skłonność do mówienia, o tej osobie jako o wzorze grzeczności. I odwrotnie, jeśli kogoś zbytnio chwalą, to często reakcją jest argumentacja wysuwająca przesadzone oskarżenia. Inaczej mówiąc – staramy się „wyrównywać poziom” oceny poprzez przegięcia o przeciwstawnej wartości.

I niestety, często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dajemy się wtedy wmanewrowywać w głoszenie poglądów, których w rzeczywistości nie wyznajemy.  A później sami gubimy się w tym gdzie jest prawda, a gdzie jej nadinterpretacja.

Podobną tendencją jest powszechne przekonanie, że oszukiwanie jest poprawne, jeśli jego źródłem jest jakaś forma lojalności. W typowej świadomości „dobry” rodzic powinien myśleć i mówić o swoim dziecku, jak o najwspanialszym i najmądrzejszym. Jeśli jest realistą i widzi z równą ostrością zarówno zalety, jak i wady swego potomstwa, to pewnie swego dziecka „nie kocha”. Sytuacja jest jeszcze bardziej wyraźna w przypadku stosunku do własnego narodu. Tutaj np. samo powiedzenie, że Polacy też dokonywali złych czynów (co jest historyczną oczywistością, bo w każdym narodzie są jasne i ciemne karty historii) szybko spotka się z zarzutem „kalania własnego gniazda”, czy wręcz „zdrady narodu”. Ogólnie, kręgi „patriotyczne” zwykle nie chcą słuchać przyznaniu się jakiejkolwiek (!) złej strony ich narodu.

Ja osobiście uważam tego rodzaju postawę intelektualną za szkodliwą. Za grzech względem własnego umysłu, formę głupoty, niedojrzałości. Bo po dokonaniu takich wielu lojalnościowych skrzywień postrzegania świata, pogubimy się w tym co jest prawdą, a co jej deformacją. I grozi nam, że zaczniemy podejmować decyzje nieadekwatne do rzeczywistości. A w konsekwencji zwykle zaszkodzimy sami sobie.

Podam może bardzo prosty, ale przez to wymowny przykład. Ktoś, kto w imię solidarności, czy poczucia lojalności chce uznawać swojego kolegę za niepokonanego mistrza walk ulicznych, łatwo może przecenić jego możliwości i wmanewrować w niebezpieczną sytuację. Potem okaże się, że znacznie silniejszy przeciwnik „dołoży” naszemu idolowi. A może dołożyć tak skutecznie, że ten już się nie podniesie...

Dlatego chyba bezpieczniejszą postawą niż oszukiwanie siebie i innych w imię lojalności, jest pokorne uznanie prawdy, a kwestie uznania, wiary w czyjąś wartość można przenieść na inny poziom – poziom naszego wyboru i akceptacji POMIMO WAD. Mówiąc inaczej – można kochać swój kraj, POMIMO tego, że miał on ciemne karty historii. Można akceptować trud i starania ulubionego sportowca POMIMO, że aktualnie nie odnosi on sukcesów. Można kochać własne dziecko, POMIMO tego, że zachowuje się źle, że sprawia nam kłopoty. I wcale nie trzeba do tej miłości robić sobie samemu „wodę z mózgu”.

Szkoda tylko, że nasi dziennikarze traktują całe społeczeństwo tak, jakby w imię lojalności, czy politycznej poprawności, powinno zakłamywać oczywiste prawdy.

Michał Dyszyński dodano do serwisu 9 lutego 2006

 

Między bezrobociem, a "złą wolą" pracowników

Dość ciekawe informacje na temat rynku pracy przekazują ostatnio media 
( np. http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060202/ekonomia/ekonomia_a_3.html ). Co z nich wynika?
- Ano zaskakujący wniosek, że w Polsce - kraju o najwyższej w UE stopie bezrobocia, brakuje wielu wykwalifikowanych pracowników. Paradoks?...

W pewnym stopniu – tak. Ale skąd się wziął i jak go rozwikłać?
Jego rozwiązanie nie jest wcale takie trudne. Wystarczy trochę pomyśleć i policzyć za pomocą kalkulatora. A kluczem do rozwiązania jest, wg mnie,... płaca.

Wiadomo, że w wielu fabrykach, zakładach, urzędach brakuje wykwalifikowanych pracowników. I mimo ogłoszeń nowi się nie kwapią. Dlaczego?
Zapewne sytuacja jest taka, że miejscowi fachowcy już sobie znaleźli posadę i na razie nie zamierzają jej zmieniać. Teraz, aby znaleźć nowego pracownika, trzeba by go ściągnąć z dalszych rejonów. Ale przecież każdy dojeżdżający, czy przeprowadzający się pracownik też liczy nie tylko sam fakt zatrudnienia, ale związane z nim koszty i straty. I to nie tylko czysto finansowe, ale także np. ilość godzin wyrwanych w ciągu dnia na dojazdy, bilety, koszty przeprowadzki, rozłąka z bliskimi itd. Przy rosnących cenach mieszkań i drożejących połączeniach może się okazać, że mimo nominalnie mniejszej pensji, bardziej opłacalna jest praca blisko domu, niż teoretycznie nieco lepsza posada 200 km od niego. I dopóki relacja typowej płacy, do typowych kosztów utrzymania (opłata za mieszkanie, dojazd i życie na minimalnym poziomie) będzie taka, że po odliczeniu kosztów stałych na życie nie zostaje wiele, dopóty (krytykowana powszechnie) mobilność polskich pracowników będzie słaba. To jednak nie jest żadna "złośliwość", zła wola, głupota, czy "lenistwo" tych pracowników, ale właśnie rachunek ekonomiczny. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w krajach, w których typowa płaca wystarcza i na wynajęcie mieszkania w nowym miejscu i życie. Tam migracja jest po prostu ekonomicznie uzasadniona i możliwa. Bo np. w Warszawie, gdzie wynajęcie mieszkania dla rodziny oscyluje wokół kwoty 1000 zł (a skąd wziąć jeszcze pieniądz na inne rachunki, abonamenty itp.?...), mobilność pozostaje luksusem dla naprawdę wysokokwalifikowanych fachowców, jako że za średnią krajową (nieco ponad 1500 zł na rękę) nie da się wyżyć.

Chociaż z drugiej strony... nie można do końca narzekać na mobilność zawodową rodaków. Polacy też mogą być mobilni. Wszak dowodzą tego wyjazdy do Anglii, czy Irlandii. Ale znowu, musi być spełniony ten podstawowy warunek, że po zatrudnieniu w nowym miejscu pracy, koszty nie zjedzą ponad 80% pensji.

Ciekawa jest też inna refleksja. Oto po raz pierwszy od wielu lat okazuje się, że Polsce o niektórych pracowników też trzeba jednak choć trochę dbać - np. zatroszczyć się, czy ma gdzie mieszkać, ma możliwość dojazdu, czy jego pensja jest wystarczająca na to, aby mógł funkcjonować w tych warunkach. Bo oferowanie poborów, "nawet" o całe 200 zł większych od płacy ustawowej minimalnej, wcale nie musi dla bezrobotnego oznaczać korzyści w porównaniu do jego obecnej sytuacji, gdy dorywczo w swoim miejscu zamieszkania na czarno "wyciąga" 500 zł na rękę. A ma przy tym dużo wolnego czasu dla siebie. Wszak z pracą wiąże się cała masa kosztów (a także więcej obowiązków, czasem upokorzeń...) i dopiero od ich pokrycia zaczyna się realny zysk. Taka sytuacja to nowość na rynku pracy tak bardzo rozpieszczonym (patrząc z punktu widzenia pracodawców) przez wysokie bezrobocie. Może powoli pracodawcy zaczną myśleć i planować politykę kadrową bardziej perspektywicznie. Może przekonają się, że warto dbać o dobrych pracowników i że trzeba brać pod uwagę takie „głupie” czynniki jak atmosfera w wśród zatrudnionych, poczucie dowartościowania, zwykłe ludzkie poczucie godności.

Oczywiście pełny obraz sytuacji na rynku pracy nie jest jednoznaczny i nie nie można pracodawców oskarżać globalnie o krótkowzroczność. Bo faktycznie w Polsce jest całkiem niemała grupa pracowników "lewusów", których prawdziwa praca nie interesuje, albo jeśli już ją wezmą, to tylko taką jakiej się kiedyś wyuczyli w szkole. Przekwalifikowania uważają za dyshonor. Ale tacy ludzie są pod każdą szerokością geograficzną i nie ma na to rady. Niestety, to też menedżerowie muszą wciąż pod uwagę - ludzie są, jacy są...

Michał Dyszyński dodano do serwisu 2 lutego 2006

 

 

Nie tylko o godzinnym szorowaniu zębów

Klika dni temu w programie telewizji TVN prowadzonym przez P. Ewę Drzyzgę pokazany był ciekawy przypadek matki ogarniętej obsesją czystości zębów jej dzieci. W efekcie jej przesadnej troski dzieci miały zęby czyszczone szczoteczką przez godzinę, a czyszczenia nie przerywano mimo, że na zębach pojawiały się rany. Sprawa poważna. I skłania do zadumy. 

Jednak ja nie zamierzam tu zajmować się przypadkami osób z zaburzeniami emocjonalnymi. Wszak specjaliści stwierdzili, że wspomniana matka nie powinna zajmować się dziećmi i odebrano jej prawa rodzicielskie. Mam za to refleksję na zupełnie inny temat.

Bo inna ciekawa wiadomość dotarła do mnie dzisiaj - dowiedziałem się (http://biznes.interia.pl/news?inf=707120 i http://mojeinwestycje.interia.pl/news?inf=707005), że w Polsce mamy najniższą inflację w całej UE, ale jednocześnie najwyższe stopy procentowe. Od lat słyszę argumentację za utrzymywaniem wysokich stóp procentowym – zagrożenie inflacją. Rok w rok, miesiąc w miesiąc słyszymy obawy w stylu: inflacja może się odbić w przyszłym kwartale… Więc stopy procentowe muszą być wysokie, lub są pewne czynniki, które „grożą odbiciem inflacji w końcu roku”…

Przyznam, że politykę polskiej Rady Polityki Pieniężnej z zainteresowaniem obserwuję od lat. I trudno mi wytłumaczyć tak daleko posuniętą troskę o inflację, jak to ma miejsce w tym przypadku. „Fachowcy” z RPP na bodaj 5 czy 6 ostatnich lat we własny cel inflacyjny utrafili bodaj jeden raz. Sami sobie ustalają cel, sami ustalają "widełki", a potem sami w ów cel nie trafiąją. W zdecydowanej większości przypadków inflacja okazywała się znacznie niższa od oczekiwań – cel inflacyjny jest notorycznie przestrzeliwany. Tego zrozumieć nie potrafię. Kurczę! To ja - może nie wybitny ekonomista - ale taki mędrkujący gawędziarz i tak na zdrowy "chłopski" rozum, to przynajmniej sobie te widełki ustaliłbym wygodniejsze. I wtedy bym trafił. Gdy wiem, że jestem kiepski strzelec z pistoletu, to przynajmniej mogę podejść bliżej tarczy...
Jeśli dodać do tego znany fakt, że Polska ma najwyższą w Unii stopę bezrobocia (co większość banków centralnych wkalkulowuje w swoją politykę pieniężną), to waga czynników skrajnie wyróżniających polską Radę w kierunku „jastrzębim” jest absolutnie wyjątkowa. Można dodać do tego zalecenia Banku Światowego, czy niezależnych ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że dla tej stopy inflacji, stopy procentowe są zbyt wysokie. Ale to wszystko nic. I niewątpliwie pojawia się więc dość podstawowe pytanie: to co to za fachowców od lat trzymamy w owej Radzie?...
Sam ustalają sobie cel inflacyjny, sami prowadzą politykę i sami we własny cel utrafić nie potrafią? Jednocześnie jednak ignorują najbardziej fundamentalne dane przemawiające za obniżeniem stóp procentowych, czynniki które są wystarczające do zmiany polityki przez zdecydowaną większość innych, podobnych gremium decyzyjnych…

Warto tu odnotować, że jakakolwiek krytyka opisywanego RPP  wywołuje burzę w mediach na temat ograniczania autonomii banku centralnego i dążenie do powrotu hiperinflacji. Jakby świat miał się zawalić, gdyby np. polityka polskiego Banku była podobna do polityki banków w innych krajach o rozwiniętej gospodarce… Czy owa autonomia powinna być posunięta do absurdu, czy jest celem absolutnie nadrzędnym? Jakież to siły lobbują tak mocno za utrzymywaniem kuriozalnej polityki pieniężnej? Bo może tak „autonomiczna” Rada powinna ustalić stopy na 200% w skali roku. A może i 1000%... Czemu nie?... W końcu jak autonomia, to autonomia. Wszak argumenty w rodzaju, że inni tak bardzo nie „dbają” o inflację są dla Rady nieistotne.
Nie wiem, czy Pan Balcerowicz - guru polskiej ekonomii - człowiek, który firmuje swoim nazwiskiem "dokonania" RPP ma prywatne powody do dumy. Ale sam mam tu "pewne" wątpliwości. Bo wg mnie pozycja fachowca, który nie potrafi utrafić we własny cel, wg własnych kryteriów jest co najmniej wątpliwa. Ale pewnie za głupi jestem... i dlatego rozumiem na czym polega owa wyjątkowa fachowość. 
Ale może jednak Pan Balcerowicz jest dumny z umiejętności "wstrzeliwania" się swojej drużyny w cel - to w końcu też kwestia dalszych kryteriów oceny trafiania - bo ostatecznie, nawet jeśli ustalimy stałe kryterium widełek i celu, bo można jeszcze pomanewrować kryterium oceny ostatecznej - tzn. możemy uznać, że wynik 1 trafiony z 6 strzałów celowanych w szeroką tarczę jest wręcz doskonały! Przecież to ponad 10% wyniku. Super!..
  Może i tak, ale jeśli by wojsko tak strzelało, to jak najchętniej służyłbym armii... wroga.

Matce, z zaburzeniami psychicznymi, szorującej do przesady dzieciom zęby bardzo się nie dziwię – to w końcu choroba, obsesja, przypadek medyczny. Jednak przypuszczam, że poważni, szacowni członkowie Rady Polityki Pieniężnej chorzy nie są. I „szorowanie do krwi” z roku na rok polskiej inflacji, przypomina pasję o intensywności graniczącej z najczarniejszą obsesję. Dziwny kraj, ta Polska, dziwni ludzie; kraj wielce egzotyczny; kraj niebywałych kontrastów…

Michał Dyszyński dodano do serwisu 22 stycznia 2006

 

 

 

Finansowanie znajomości...

Przyznam, że od dłuższego raczej nie zachwycam się polskim biznesem, szczególnie tym "wielkim" biznesem. Niewątpliwie większość tekstów jakie piszę o dzisiejszej Polsce jest krytyczna wobec tego środowiska. Nie lubię lobbystycznych organizacji w rodzaju BCC, czy innych towarzystw biznesowo - finansowej adoracji. Ale przez długi czas nie bardzo wiedziałem jak sformułować źródło mojej niechęci do polskiego środowiska posiadaczy. Bo przecież z drugiej strony niezwykle cenię sobie wszelką przedsiębiorczość, chęć do działania, organizowania ludzi. Podziwiam tytanów pracy, którzy ze stoiska typu "szczęki", dorobili się sklepów w dobrych punktach miasta, czy z warsztatu doszli do całkiem "poważnej" fabryki. Uważam też, że dobrzy, uczciwi menedżerowie i odpowiedzialny biznes są Polsce bardzo potrzebni. Niestety, jest tu pewien problem. 
Bo jakoś tak mi "wyszło", że takie cechy jak uczciwość i odpowiedzialność to polskiej rzeczywistości gospodarczej - wielka rzadkość.

Skąd to przekonanie?
- Na początek dwa przykłady "zasłyszane". Mam znajomego dość bywałego w kręgach biznesowych. Człowiek ten sam może tuzem wielkiego biznesu nie jest - można by go określić raczej jako "wysokiej klasy specjalistę", jest jednak bywały w kręgach finansowych. I jest to ktoś raczej uczciwy, a już na pewno mało skłonny do zmyślania. Kiedyś zagadałem go w związku z bankructwem sławetnej Air Polonii; pożaliłem się, że oto bez skrupułów jakiś biznesmen po raz kolejny wyciąga dla siebie cudze pieniądze, jednym słowem robi "przekręt". No tak... - pokiwaliśmy smutnie głowami nad nieuczciwością polskiego biznesu. 
Ale po kilku chwilach zadumy, mój znajomy mówi mi, mniej więcej, tak: 
A wiesz co?... Gdy rozmawiam z moimi znajomymi z "większego" biznesu i jeśli sprawa dotyczy przekrętów, to nikt nie rozpacza nad upadkiem moralności, nieuczciwością, krzywdą okradanych itp.... W tamtych kręgach ocena takich wydarzeń jest zgoła inna - w rodzaju: ooo... popatrz! Nie udało mu się. Dobrze kombinował z tą zaprogramowaną upadłością firmy, ale ktoś go pierwszy wyrolował, albo mu się noga podwinęła. Miał facet pecha. Cóż trudno, tak też się zdarza...
I jak mój znajomy twierdzi, nie zna nikogo (!) z biznesmenów, kto w takiej sytuacji w ogóle podjąłby temat w stylu, że to nieuczciwe, że tak nie należy, że to niegodne. Skądże znowu! Wg zdecydowanej większości ludzi z tego środowiska (mam wielką nadzieję, że jednak nie wszystkich) - właśnie tak robić NALEŻY! Tyle, że czasami może się nie udać...

Przykład nr 2. Mam innego znajomego. Branża budowlana. Wiadomo - w grę wchodzą wielkie inwestycje, przetargi. Mój znajomy twierdzi, że w Polsce do tej pory ŻADEN przetarg na dużą sumę nie był rozstrzygnięty uczciwie. Żaden. Od początku istnienia III RP! Oczywiście może się on mylić, jego informacje mogą być niepełne. Ale z drugiej strony - on w branży działa od lat. Widział niejedno. Przy wielu przetargach się pełnił ważne funkcje. I z jakiegoś powodu tak uważa tak - jak to wyżej napisałem. A nie jest to też osobnik, który lubi kokietować przesadnymi wypowiedziami. Też pracuje na stanowisku fachowca - osoby której płaci się za konkret w myśleniu i działaniu, a nie fantazje. I na ile go znam, to w owej sprawie mu wierzę. Tzn. nie mam oczywiście dowodów na nieuczciwość tego, czy innego kontraktu, więc nikogo imiennie nie zamierzam oskarżyć. Poza tym nie wykluczam, że jednak jakiś tam przetarg (może przypadkowo) został rozstrzygnięty uczciwie, bez łapówki. Ale w branży wszyscy doskonale wiedzą ile wynosi stawka za wygranie kontraktu (w swoim czasie nawet w prasie te niepisane stawki były publikowane). I ludzie tego rodzaju zasady (tzn. trzymanie się łapówkowego cennika) - szanują. Zasad uczciwości już nie. To nie w stylu. Taki świat. Tacy ludzie. 

Można dołożyć do tego doniesienia prasowe - afery: Orlen, PZU, niewyjaśniona sprawa z funduszami NFI, czy choćby taki fakt, że np. że ponad połowa firm nie płaci swoim pracownikom pensji. Sam pracowałem tu i ówdzie, i wnioski są dla mnie oczywiste - pracodawca, który płaci po prostu pensję - w terminie i w umówionej wysokości - to rzadkość i skarb dla pracownika. Dobrze jest, jeśli w ogóle zapłaci (choć np. w z wielomiesięcznym opóźnieniem). Takich spóźnialskich pracodawców (a najczęściej spóźnienie wcale nie wynika z braku pieniędzy na firmowym koncie) zaliczam jeszcze do kategorii "uczciwi". Ale bardzo wielu nie płaci wcale. A już na pewno rzadkością jest uczciwe płacenie np. za nadgodziny.

W chrześcijańskiej tradycji jest pojęcie "grzechu wołającego o pomstę do nieba", czyli czynu wyjątkowo ohydnego. Jak ktoś trochę tej tradycji liznął (katechizm), to wie, że jednym z takich grzechów jest "niepłacenie pracownikom za wykonaną pracę". Wspomniane statystyki dowodzą, że około połowy polskiego biznesu ma moralność "wołającą o pomstę do nieba". Czy pomsta przyjdzie - nie wiem. Pewno mało kto w nią wierzy, ale nigdy nie wiadomo... 

Jeszcze inna opowieść dotyczy biznesmena, którego nazwisko przewija się co jakiś czas w czołówkach gazet. Jego majątek liczony jest w setki milionów złotych. Tenże biznesmen najął jedną z firm do jakichś tam prac. Po ich zakończeniu oświadczył bezczelnie: Nie zapłacę wam i już. Chcecie, to się prawujcie! 
- I tyle - prosto. Jak się wam opłaci walczyć ze mną w sądach, to może coś dostaniecie. W przeciwnym wypadku waszą robotę możecie potraktować jako prezent dla bogatego biznesmena, który sam jest w posiadaniu setek milionów dolarów, ale zapłacić uczciwie nie zamierza...

Nie mam szacunku dla tuzów biznesu jeszcze z jednego powodu. Pisze się o "fachowcach" od biznesu. Że należy im się odpowiednia gratyfikacja finansowa za ich umiejętności. Tymczasem nie słyszałem jakoś o tym, że w naszym Kraju dorobił się ktoś dzięki produkcji oryginalnego urządzenia, dzięki patentowi, czy stworzeniu wyjątkowej organizacji produkcji, dzięki nadzwyczajnemu wkładowi intelektualnemu. Może takie przypadki gdzie są, ale są raczej nieczęste i dobrze ukryte. Za to słyszy się dużo o tym, że majątki powstają dzięki znajomościom, układom. W Polsce afera gospodarcza goni aferę. I o ile w krajach rozwiniętych gospodarczo, czy finansowo banki wyszukują właśnie zdolnych ludzi, którzy mogą wprowadzić na rynek rewolucyjny produkt, małe firmy, które mają szansę wypłynąć bo są zdecydowanie lepsze niż konkurencja, o tyle w u nas zainteresowanie banków innowacyjnością jest prawie żadne. W Polsce liczą się pieniądze i znajomości. Bank pożyczy temu, który i tak dużo już pieniędzy ma. A jeszcze, jeśli ma pewne znajomości w samym banku i sferach polityków.
A to np., że ktoś jest geniuszem, że ma genialny pomysł, patent... Wiadomo, że nad Wisłą pieniędzy na tym nie zrobi. Niech sobie jedzie np. do USA, albo do innych krajów Europy - tam takie rzeczy przechodzą. Polskie banki nie bawią się w kreowanie innowacyjności, przedsiębiorczości, w wyszukiwanie dobrych celów dla kredytów. Jak do tej pory, wysokie zyski zapewnia bankowcom brak realnej konkurencji i obecność dochodowych obligacji rządowych, więc nie muszą się oni zbytnio starać o wyszukiwanie mniej znanych, czasem nieco ryzykownych, inwestycji. I nie będą szukać, bo w polskich bankach (podobno) nie ma fachowców, którzy byliby w stanie ocenić stopień ryzyka inwestycji, jej innowacyjności, czy możliwość zwrotu w przypadkach mniej standardowych. Póki co, instytucje finansowe mają zapewnione wysokie zyski, bez istotnego wkładu pracy, czy myśli. Można by powiedzieć, że banki mogą finansować tych, co i tak te finanse mają, lub mają znajomości, w sferach gdzie się pieniądze rozdaje "znajomym". Wiadomo, że jak ktoś ma "dojście" gdzieś tam "na górze", to w końcu kasę "zrobi" i to opłaca się finansować. Zaś finansowanie ludzi, którzy chcieliby coś osiągnąć np. własną ciężką pracą i umiejętnościami - jest zbyt ryzykowne. U nas się to "nie przyjmie". 

Przyznam, że cieszę się, że Platforma Obywatelska jednak w Polsce nie rządzi. Nie dlatego, że jej postulaty ogólnie nie są słuszne. Myślę, że bardzo wiele jest słusznych. Może nawet większość. Ale ludziom "Platformy" - nie wierzę. Nie wierzę politykom PO, którzy zasłynęli słynnym "układem warszawskim", czy popierali dość niejasne działania paru poprzednich rządów i nie wierzę, że w tym ugrupowaniu jest wystarczająco duża (lub silna) grupa ludzi, których stać na coś więcej niż tylko ciągnąć pieniądze do siebie, do siebie, do siebie (i jeszcze raz "do siebie"...). A uważam, że aby rządzić Polską, trzeba jednak umieć wznieść się ponad egoizm. Ci którzy ze skrajnego egoizmu wyrośli (a polski biznes w zdecydowanej większości ten warunek spełnia), którzy się najbardziej wzbogacili właśnie w czasach przekrętów, będą nieśli na sobie piętno mojej nieufności. Może niesłusznie, bo jakaś część z nich była i jest uczciwa. I może akurat ten konkretny człowiek, którego spotykam, jest uczciwy. Ale szansa, że trafiliśmy właśnie na niego, nie wydaje mi się wielka.

Michał Dyszyński dodano do serwisu 15 listopada 2005

 

 

Jedyne prawo - zarobić!

Mamy czas transformacji ustrojowej. Trudny to czas. Przy okazji ostatnich wyborów dość wyraźnie ujawnia się też wpływ owej transformacji na myślenie, na media. Dość łatwo nastąpiło utożsamienie interesu najbogatszych ludzi w Polsce z "interesem ekonomicznym", lub "myśleniem rynkowym". Gdy pisze się o uszczupleniu dochodów tych, którzy wydają góry pieniędzy na zbytek - na któryś z kolei luksusowy samochód, superwycieczkę na egzotyczne wyspy, kolejny dom z basenem, to jest to oczywiście nierynkowe, nawet "populistyczne". Jak zaczyna się wspominać o tym aby osoby żyjące w autentycznej nędzy choć trochę przybliżyły się do ludzkiego poziomu egzystencji, wtedy robi się to "nieekonomiczne". I ogólnie - każdy pieniądz dla bogatych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, staje się jakoś z natury ekonomiczny, a grosz dla biednych - populistyczny.

Dla wielu dziennikarzy tego rodzaju podejście stało się nie wnioskiem z rozumowania i z szerszych podstaw, ale założeniem - twierdzeniem słusznym "z istoty". Z takimi publicystami dyskusja nie ma sensu, bo w istocie dla nich (na szczęście nie dla wszystkich) biedni powinni pozostawać biednymi "z natury rzeczy", a bogatsi powinni jeszcze lepiej zarabiać. Dopiero wtedy będzie "ekonomicznie". 
Ja mam jednak nieco inne podejście do ekonomii. I chyba nie tylko ja.

Polscy dziennikarze nie są (średnio rzecz biorąc, bo przecież nie odnosi się to do każdego) zbyt sprawiedliwi. Podlizują się tym grupom, które się domagają, które są mocne - biznesmenom, związkowcom i różnym co "na górze" (chyba, że któremuś się noga podwinie, to wtedy jest publicystyczne "używanie"). Ewentualnie łapią pierwszą lepszą tanią sensację. Gdy była mowa o ustawie kominowej dominowały głosy o niedoli "fachowców" menedżerów, którzy nie mogą zarobić w państwowej firmie więcej niż kilkanaście tysięcy złotych. Fachowcy to często z przypadku, bo przecież wielu menedżerów w Spółkach Skarbu Państwa nie ma nawet wyższego ekonomicznego wykształcenia (nie mówiąc już o rzeczywistych sukcesach w menedżerskim fachu) i w ogóle są to bardzo często ludzie z nadania partyjnego. Z kolei np. za fachowcami ratującymi życie - lekarzami, pielęgniarkami, policjantami, czy strażakami (wielu ma nie tylko wyższe wykształcenie w swoim zawodzie, ale i ogromną, pełną sukcesów, praktykę) mało który z publicystów się ujmuje. Tutaj raczej słyszy się niezadowolenie, jeśli nie podoba im się pensja na poziomie trochę ponad tysiąc złotych. Tu fachowcy i tam fachowcy, a miara oceny zarobków - zupełnie inna.

Widać wyraźnie, że w Polsce i na świecie utworzyły się dwa światy - jeden pełen blichtru i bogactwa, w których lekką ręką za obiad w restauracji wydaje się roczne dochody biednej rodziny. I drugi - świat biedaków, lub ciężko pracujących średniaków, którzy za dzień swojej (niekiedy naprawdę ciężkiej) pracy dostają sumę, którą prezes dużej firmy "zarabia" w czasie minutowego oddawania moczu w toalecie (bo tak z przeliczenia stawki godzinowej obecności w miejscu pracy wychodzi). Dwa różne światy - czy tak być powinno?!!!

To jest podstawowe pytanie: Czy tak być powinno, że wskutek czy to układów, czy to może większej inteligencji (ale też często większej bezwzględności), wskutek lepszego startu w życie jeden człowiek będzie walczył o każdy kęs chleba dla siebie i swojej rodziny, a inny ma dowolną ilość zasobów na luksusy?... 
- Może jednak powinno?... Wszak żyjemy w świecie rywalizacji, w świecie brutalnych praw ewolucji, wedle których słabsi powinni odpaść. W ten sposób być może oczyszczają się geny?...

Piszący te słowa uważa że NIE. Bezwzględny biznesmen, cwaniak wyciągający kredyty z banków, oszust krzywdzący tysiące osób nie ma lepszych genów. Tylko tak się złożyło, że trafił na czasy, w których dobre prawa regulujące zasady współżycia między ludźmi przestały prawidłowo funkcjonować. I przewaga finansowa wielu dzisiejszych tuzów biznesu nie jest oznaką dobrze działającej ekonomii, ale objawem choroby toczącej nasze społeczeństwo i system prawny państwa. To jest tak jak z nowotworem - to że komórki nowotworowe zwyciężają w walce o zasoby organizmu z komórkami zdrowymi nie jest objawem ich ogólnej wyższości, ale świadectwem rozregulowania poprawnych mechanizmów immunologicznych. W dobrze funkcjonującym społeczeństwie prawo nieskrępowanego zarabiania uprzywilejowanych jednostek (w jakikolwiek sposób uprzywilejowanych) jest podrzędne wobec pewnych ogólniejszych reguł np. wynikających z faktu bycia człowiekiem, członkiem społeczności. Bo z ludzkiego punktu widzenia korzystniejsze jest to, że dzieci w biednej rodzinie będą miały podręczniki do szkoły, będą normalnie odżywione, a ich rodzice znajdą pracę o dochodach wystarczających na życie. I to jest ważniejsze niż kupienie sobie jeszcze nowszego modelu mercedesa przez uprzywilejowanego bogacza. Ten ostatni cel jest po prostu mniej istotny dla gatunku ludzkiego, dla żyjących członków ludzkiej wspólnoty, wreszcie z punktu widzenia ogólnej ilości cierpienia jakie jest na tym świecie. I w jakimś ogólniejszym sensie jest także bardziej "ekonomiczne". 
Nawet w prymitywnych społeczeństwach zwierzęcych dominacja i pazerność nie są nadrzędnym prawem. Stada wilków, małp, świstaków, czy kotów, w których jeden osobnik zabierze prawie wszystkie zasoby pozostałym nie mają szans na przetrwanie. Inne stado, w którym istnieje współpraca i wspomaganie jego członków z łatwością pokonuje w rywalizacji tamto stado, w którym panuje jeden (a nawet dwóch - trzech) opływający w dobra dominator i wygłodniała, słaba reszta. I faktycznie badacze znają mechanizmy, które stada zwierząt zabezpieczają przed nieopanowanym egoizmem jednostek. Zbyt pazerne, agresywne jednostki są przez stado eliminowane.

Jednak!!!
Stwierdzenie faktu, że kupienie sobie szóstego samochodu przez bezwzględnego biznesmena jest mniej ważne od tego, żeby biedne dziecko (nawet pijaka, czy nieudacznika) po prostu przeżyło następny rok, niekoniecznie musi prowadzić do kolejnych zachowań rewolucyjnych. Autor tego tekstu nie popiera rewolucji i nie popiera też agresywnych form wyrównywania szans między ludźmi. Wyrównywanie szans może zostać zrealizowane mądrzej, lub głupiej, sprawiedliwiej, lub nie. Przykładowo wyrównywanie szans za pomocą armii urzędników, którzy najpierw sami konsumując góry pieniędzy z podatków łaskawie wydzielą je temu, czy innemu biedakowi (niektórym niekoniecznie bardzo biednym biedakom się dostanie, tylko "zaprzyjaźnionym"), nie jest ani efektywna, ani rozsądna. Lepszy byłby stały "nacisk" ze strony przepisów podatkowych na to, aby władza finansowa wybrańców nie generowała tak wielkiej ilości ludzkiej krzywdy jak to jest np. aktualnie w Polsce. Jak? - Np.  właśnie poprzez progresję podatkową (którą w sumie uważam za sprawiedliwą), może częściowo przez dofinansowywanie pewnych usług mających wpływ na podstawowe funkcje życiowe ludzi. Oczywiście owo dofinansowania i progresja powinna być wyważona (!) rozsądnie - w szczególności aby nie okazało się, że bardziej opłaca się być nierobem i cwaniaczkiem - obibokiem, niż pracującym na własne utrzymanie.

Mamy w Polsce wiele afer gospodarczych. Kilka wyszło na jaw, większość pozostaje nieupubliczniona, lub nie wykryta przez system prawny. Tak się złożyło, że dobra materialne w Polsce dostały się w dużej części w ręce osób złych. Po prostu, po ludzku "złych". 
Mam świadomość, że to określenie "zły człowiek" raczej nie pojawia się w mediach. Dziennikarze wolą pisać o tym, czy coś jest "zgodne z prawem", albo używają jeszcze innych określeń. Tymczasem w naszej ludzkiej świadomości istnieje pojęcie "złego człowieka" - człowieka, który jest skrajnym egoistą, żyje na koszt innych, krzywdzi ludzi w swoim bliższym i dalszym otoczeniu. Czasem ten człowiek może nawet pozostawać w zgodzie z istniejącym systemem prawnym. Często jest bogaty (bo jak poświęca się wyłącznie zaspokajaniu swoich egoistycznych pragnień, to w końcu swój cel osiąga). Być może nikt go o nic nie oskarży przed sądem. To jest kwestia jego sprytu, znajomości prawa i lawirowania w jego ramach. Co nie zmienia faktu, że wiele osób przez owego lawiranta cierpi. Mamy więc w Polsce wielu bardzo bogatych i bardzo złych ludzi. Ludzi którzy do swojego bogactwa doszli poprzez krzywdę rodaków. Tak wyszło, bo mechanizmy gospodarczo - polityczne, jaki uaktywniły się w ramach transformacji promowały koterie urzędniczo - przestępczo - biznesowe. Nagle, znikąd powstawały ogromne majątki, zaś wielomilionowej wartości fabryki z dnia na dzień stawały się własnością spółek o kapitale na poziomie kilku tysięcy złotych. To wszystko jest objawem tych chorych układów.
Na szczęście nie wszyscy bogaci są źli. Nie wszyscy kradną i są skrajnymi egoistami. W tych trudnych czasach przemian wiele osób wzbogaciło się własną, uczciwą pracą. Wiele osób zdobyło swój majątek bez przekrętów i krzywdzenia bliźnich. Takim biznesmenom należy się podziw i chwała. Bo to są nie tylko bogacze, ale także LUDZIE.

W rozwiniętych społeczeństwach Zachodu sporo się ostatnimi laty pisze o odpowiedzialnym biznesie. Również do Polski docierają publikacje na ten temat. Są kursy organizowane przez osoby, którym udawało się tworzyć biznes z "ludzką twarzą", biznes w którym liczy się nie tylko pieniądz, ale także klienci - jako ludzie i ludzie w firmie, czyli zatrudnieni pracownicy. Gdzie pieniądz nie jest bogiem i jedynym celem, ale składnikiem szerszej całości. I część firm w Polsce kieruje się zasadami odpowiedzialności w swej działalności gospodarczej. Ilość takich firm rośnie. I w ogólnym rozrachunku okazuje się to także "ekonomiczne".
Wiem, że z punktu widzenia rekinów, którzy swoje życie sprowadzili do jednego celu - zdobywanie pieniędzy - taka postawa wydaje się być głupotą. Oni nie zrozumieją po co być uczciwym, dobrym, skoro tu, czy tam nie dałoby się jeszcze więcej zarobić.
- Im się tego nie wytłumaczy, że można cieszyć się z tego, że się komuś pomogło, że niewielkim z naszego punktu widzenia kosztem uczyniliśmy coś, co wiele naprawiło w czyimś małym - wielkim życiu. Że to my sami stajemy się wielcy przez to, że coś dajemy innym. Oni nie zrozumieją satysfakcji z tego, że w naszym otoczeniu ludzie są szczęśliwsi, spokojniejsi, zdrowsi, że można się autentycznie radować z bezinteresownego tworzenia dobra. Oni tego nie zrozumieją, bo ich umysłowość cały czas będzie wewnętrznie lamentowała, że nie zarobili więcej, że nie wygrali w jakiejś rywalizacji, że nie pognębili innych. Bo to są biznesmeni z umysłowym i duchowym kalectwem - chorobliwi egoiści i chore komórki w organizmie społecznym. 

Na koniec autor artykułu pragnie się wytłumaczyć. Po co w ogóle pisał ten artykuł?
- Chyba głównie po to, aby złożyć hołd. Hołd tym, którzy w dobie powszechnego ignorowania dobra innych ludzi, w czasach wyszarpywania wszystkiego wyłącznie dla siebie, oparli się pokusie przewagi "mieć" nad "być". Hołd ludziom, którzy często mając władzę różnego rodzaju, np. będąc biznesmenami, właścicielami, pracodawcami pozostali przy tym LUDŹMI (właśnie w znaczeniu słowa pisanego wielkimi literami). Wielu z nich wolało się zapożyczyć i dołożyć z własnej kieszeni, niż nie zapłacić swoim pracownikom (bo przecież ręczyli SWOIM SŁOWEM, że będą płacić pensję), wielu straciło poważne sumy pieniędzy, bo nie poszło na nieuczciwy układ. I ludzie faktycznie - finansowo stracili. Ale obronili swoją uczciwość, swoje prawdziwe człowieczeństwo. Mogą śmiało spojrzeć w twarz sobie i innym ludziom.
A czy człowieczeństwo jest więcej warte niż pieniądze? 
- Na to pytanie każdy odpowiada tak, jak sam czuje wartość własnej osoby - każdy sprzedaje swoją uczciwość za tyle, na ile się ceni. Uczciwość niektórych jest nie do kupienia. Ich słowo jest SŁOWEM, na którym można polegać. Ich przyjaźń jest przyjaźnią o jakiej można marzyć. Bo taką też wartość ma ich człowieczeństwo. 
Inni każdego dnia sprzedają za pieniądze - swoje słowa, swoje przyjaźnie, swoje człowieczeństwo. Każdy z nich jest, tylko dodatkiem do otaczającej fortuny (bo tylko ona tu się liczy), ale jako ludzie - są NIKIM.

Michał Dyszyński dodano do serwisu 27 września 2005
zmodyfikowano 11 października 2005

 

 

 

Wybory! - znów przyjdzie nam wybrać kolejnych bohaterów afer finansowych...

Zbliżają się kolejne wybory. Znowu rzesza Polaków pójdzie wybierać swoich reprezentantów do Parlamentu. W efekcie nastanie kolejna kadencja bohaterów afer i skandali finansowych. W większości z resztą będą to bohaterowie znani z poprzednich odcinków tego "serialu". Czy ten scenariusz wybierania małych ludzi do wielkich afer musi się powtarzać?...

- Moim zdaniem - tak. Choć na szczęście nie zawsze w jednakowym natężeniu. Nieuczciwość może być większa, lub mniejsza, złodziei we władzach może być więcej, lub mniej. Ale jestem też przekonany, że szansa na całkowite uniknięcie afer w polityce jest mniejsza, niż wygrana w totolotka. 

A wynika to z kilku faktów:

  1. Pierwszym składnikiem negatywnej selekcji do polityki jest głupota wyborców. Przeciętny obywatel Naszego Kraju nie jest w stanie zorientować się, że ktoś obiecujący złote góry to cwaniaczek i oszust, a nie zbawca narodu. A sprawa nie jest łatwa, bo z kolei ktoś, kto mało obiecuje, zapewne zostanie rozpoznany jako miernota "bez pomysłu". Naturalne i psychologicznie uzasadnione wydaje się to, że w z dwóch podobnie prezentujących się kandydatów wybieramy chętniej tego, który "więcej zaoferował" - w konsekwencji wybierzemy raczej oszusta, niż osobę prawdomówną. Tak więc - żeby zostać wybranym - trzeba oszukiwać i tylko otwartą jest kwestia, do jakiego stopnia można się posunąć.
    Osoby doświadczone, wykształcone wybiorą co prawda lepszych kandydatów, ale ilu takich rozsądnych ludzi jest w skali kraju?...
  2. Drugim powodem "posiadania" złych polityków jest tak, że ogólnie polityka to kwestia wygórowanych ambicji, chęci wybicia i pokazania się przed ludźmi - zwykle prawie za wszelką cenę, a już na pewnie z małą odpowiedzialnością za słowo. A ludzie o wygórowanej ambicji zwykle więcej cenią sobie blichtr i pozory od rzetelności, uczciwości, pracy. Dlatego na puli osób, które będziemy wybierać zaciąży piętno negatywnej selekcji.
  3. Trzeci element to fakt, że już po (szczęśliwym...) wyborze na posła, człowiek (nawet początkowo kryształowo uczciwy) dostaje się w wir wielkiej władzy, wielkich decyzji i oczywiście...
    ...kolegów. W rezultacie - chce, czy nie chce - poseł staje się członkiem koterii, układów i układzików. A że masę naszych parlamentarzystów stanowić będą przede wszystkim posłuszni, namaszczeni przez partyjnych liderów, to szansa tych kilku osób na przebicie się z własną, mało akceptowaną uczciwością, jest znikoma. Raczej ten jeden czy kilku uczciwszych zostaną zakrzyczani przez pozostałą hałastrę.
  4. Ważnym elementem złej polityki w Polsce, jest fakt, że ogólnie w Naszym Kraju uczciwość nie doczekała się wystarczająco dobrej "prasy", czy nawet obiegowego prawdziwego szacunku. Typowa opinia osobę bezkompromisowo uczciwą umieszcza raczej w gronie straceńców - nieudaczników, niż "ludzi sukcesu". A kto by wybierał nieudacznika do władz?...
    Dlatego też poseł nawet specjalnie nie czuje się pod pręgierzem opinii żądającej uczciwości. Jeśli noga mu się w polityce podwinie, to raczej nie z powodu rzeczywistych przewinień, ale z powodu narażenia się komuś ważniejszemu z politycznej branży. W końcu na każdego jakiś "hak" się w końcu znajdzie, a mając prasę po swojej stronie, nawet bardzo uczciwego posła, czy senatora można wykreować na osobę źle postrzeganą przez ogół społeczeństwa. W efekcie, osoby których nieuczciwość wyszła na światło dzienne, nie czują się raczej jako złe, tylko jako "pechowcy", których wredny los (albo po prostu błąd w wyborze protektora) wytypował do odstawki. 

Może wielu z Moich Rodaków poczuje się obrażonych dalszą opinią, ale wg mnie aktualną Polskę trudno nazwać krajem o dużej uczciwości jego obywateli. Może kiedyś bywało lepiej, albo może w przyszłości będzie lepiej, ale teraz jest pod ww. względem źle. Jest wiele innych krajów, w których zostawiony na ulicy rower będzie czekał na swojego właściciela całymi tygodniami i nic mu się nie stanie. W Polsce szybko ktoś się nim "zaopiekuje". Poza tym widzę na co dzień, jak osoby - skądinąd wcale nie z marginesu, czy kręgów złodziejskich - nie mają najmniejszych skrupułów kupowania okazyjnie towaru, który ewidentnie pochodzi z kradzieży; jak na co dzień ludzie bez zastanowienia i z łatwością się oszukują, jak powszechnie nie dotrzymują obietnic, umów. Nawet głupia żeliwna kratka odpływowa zamontowana przy, odwiedzanym przeze mnie ujęciu wody oligoceńskiej, szybko została zabrana przez "przedsiębiorczego" złomiarza. A banki - niegdyś synonim "pewności" - dziś stają z naciągaczami w zawody o tanie cwaniactwo i prezentują takie metody manipulowania klientów, jakie przystoją co najwyżej żulikowi z jarmarku. Wszystko, żeby na naiwni się nie zorientowali (początkowo, bo przecież kiedyś prawda i tak wyjdzie na jaw), że w rzeczywistości za usługę zapłacą wielokrotnie więcej, niż to obiecuje reklama. A że takie podejście "po prostu nie uchodzi", nie przychodzi do głowy białym kołnierzykom z marmurowych budynków.
Wiem, że w innych krajach też nie jest pod tymi względami idealnie. Ale jest wyraźnie lepiej. Dlatego, choć wiem, że bardzo wielu Polaków jest naprawdę (często heroicznie) uczciwych, to w tej dziedzinie średnią mamy na niskim poziomie.
Wniosek ogólniejszy jest, że w takiej ogólnej atmosferze nie ma społecznej presji na uczciwość. Również na uczciwość wśród polityków. 

Czy więc w ogóle warto iść do wyborów?
- Akurat ja sam raczej pojawię się w lokalu wyborczym. Pójdę tam z myślą, że nie wybieram żadnego "swojego" reprezentanta (bo żadnemu ze znanych mi ugrupowań politycznych nie udało się przekroczyć mojego osobistego progu minimum zaufania), ale że oto wybieram "możliwie najlepszego z bardzo, bardzo kiepskich". A czy jakość życia publicznego w Polsce się poprawi?

... Cóż - wszystko raczej w rękach Najwyższego. Bo na dobrą wolę ludzi, liczyć trudno. Choć czasem zdarzają się cuda.

I jeszcze jedno na koniec. Kiedy w Polsce będzie lepiej?
- Ja mam na to dość prostą odpowiedź: kiedy uczciwość stanie się naprawdę szanowaną wartością. I to przez wszystkich (!) - tak wielkich, jak i maluczkich. Kiedy wykryta kradzież, albo nieuczciwość będzie nie tylko problemem z racji grożącej kary (bo tej cwaniacy dość często unikają), ale (może nawet przede wszystkim) powodem do wstydu. Bo dzisiaj złodzieje w władzach, gdy kradną, wcale nie czują się gorsi. Oni wiedzą, że pozostała milcząca większość postępowałaby podobnie. I wierzą, że to ich w jakimś stopniu usprawiedliwia. Myślę, że my Polacy sami - swoim przyzwoleniem na powszechną nieuczciwość - "hodujemy" sobie aferzystów i gangsterów w polityce. Uważam, że nawet bardzo zdemoralizowany gangster, jeśli zewsząd czułby spojrzenia pełne powszechnego potępienia (a nie zazdrości, czy czasem nawet uznania, jak to dość często bywa)  - to taki gangster pięć razy zastanowiłby się przed kolejną popełnianą krzywdą. A polityk, który nie mógłby się przed kolegami bezkarnie chwalić (przed kolegami dość swobodnie, choć przed prokuratorem, albo kamerą telewizyjną raczej się nie pochwali) ze swojej "obrotności", też z wielu przekrętów by zrezygnował. Tylko dlatego, że bałby się wstydu. Bo wstyd nie jest cechą wynikającą wyłącznie z charakteru konkretnych osób, jednostek. To kwestia społeczna. Ten sam uczeń w jednej grupie rówieśników będzie się przykładnie uczył (bo koledzy też się uczą i tak wypada), a w innej będzie zgrywał luzaka, imprezowicza. Tak samo jest z każdym z nas - znacznie łatwiej kradnie się czując przyzwolenie, lub akceptację złodziejskiego środowiska, niż w otoczeniu ludzi uczciwych. 

Jestem przekonany, że naprawdę złą tendencją dzisiejszych czasów jest coraz powszechniejsza akceptacja zachowań ewidentnie złych, okrutnych, powiązanych z krzywdą innych ludzi. Ileż to filmów powstało o życiu gangsterów (bo to takie ekscytujące...). Mamy gangsta-rap, gangsterskie w wymowie napisy na koszulkach, a także całe rzesze "artystów" kreujących się na ludzi powiązanych z kręgami przestępczymi. Mamy brukowy język w kręgach "elit". A uczciwość - dla wielu młodych, właśnie szukających swego miejsca w życiu - w tym kontekście wydaje się nudna, bezbarwna. I coraz więcej osób właśnie tak myśli - że być gangsterem to jest dopiero życie. A że wiele innych osób przy tym cierpi? - Tym przejmować się nie zamierzają.

Uważam, że każda nasza osobista - mała, czy wielka - uczciwość w jakimś stopniu przyczynia się do poprawy życia w Polsce. I odwrotnie, każda nasza podłostka, kradzież, to nie tylko jednostkowa sprawa tego "incydentu", ale także ogólne tworzenie atmosfery złodziejskiego kraju. Na polityków - złodziei trzeba patrzeć krytycznie, ale zacząć naprawę trzeba również od siebie. I to nie tylko tym, że się nie kradnie, ale często również po prostu odwagą cywilną - poprzez słowną obronę uczciwości, nieobłudną krytykę złodziejstwa, może różnego rodzaju demonstracje sprzeciwu, wobec lekceważenia zasad, które przecież większość z nas wyznaje. Inaczej - na poprawę nie ma co liczyć... 

Michał Dyszyński dodano do serwisu 7 września 2005
zmodyfikowano i uzupełniono 15 i 21 września 2005

 

 

 

"Rynkowy" - czyli dla bogatych?...

Od dłuższego czasu obserwuję w polskich mediach dość konsekwentnie stosowaną tendencję. Chodzi mi o używanie określeń "rynkowy", "ekonomiczny" itp. w kontekście firmy, przepisów, pracy, płacy, zatrudnienia itp. Może posłużę się przykładem ostatnio uchwalanych przez sejm ustaw. 
Weźmy pod uwagę zniesioną ostatnio sławetną ustawę "kominową". Większość komentatorów prasowych, "ekonomistów" i "autorytetów" bardzo krytykowała tę ustawę, jako nierynkową, niesprawiedliwą wobec "fachowców wysokiej klasy", którzy nie mogą "godnie" zarabiać. Fakt, że (nominowani przecież przez polityków) członkowie rad nadzorczych w państwowych firmach i inni menedżerowie w tych przedsiębiorstwach nie mogą otrzymywać dziesiątki razy więcej niż typowy pracownik firmy, był powszechnie komentowany jako "nierynkowy" niezgodny z prawami ekonomii itp. 
Bo w końcu jak to jest, żeby wysoki urzędnik w firmie państwowej nie mógł sobie kupić samochodu z jednej pensji?... Granda!...
A pytanie, czy "ekonomicznym" i uzasadnionym rynkowo jest utrzymywanie w państwowych przedsiębiorstwach gromady wysokoopłacanych trutni, spotykających się dwa trzy razy na miesiąc w celu umówienia "strategii przedsiębiorstwa", nie stanęło w prasowych komentarzach. Nie pytał się też nikt o to, czy finanse przedsiębiorstwa to wytrzymają.

W odróżnieniu od tego, gdy mowa jest o płacy minimalnej, albo zarobkach osób, które ledwo "wiążą koniec z końcem", wtedy rzesza ekonomicznie "mądrych" zaczyna sobie przypominać o zmniejszonych zyskach firm, o konieczności ograniczania kosztów itp... Przykładem jest tu choćby dyskusja nad ostatnią ustawą, która ma spowodować podnoszenie płac minimalnej do standardów europejskich (nie w sensie wartości kwotowych, tylko w sensie relacji zarobków najniższych do średniej krajowej). Tutaj nasz czołowy ekonomiczny autorytet - Leszek Balcerowicz, szybko ujął się za "rynkiem" i "ekonomią". Bo firmy i ich menedżerowie na tym stracą. Gdy jednak chodzi o ograniczenie kosztów za pomocą redukcji najwyższych pensji, jakoś kwestie rynkowe bledną. Gdy mowa o poborach bankierów i innych osób o gigantycznych zarobkach, to jakoś o "rynku" mówi się w innym guście, że "nierynkowo" jest nie zapłacić kilkadziesiąt, czy kilkaset tysięcy złotych miesięcznie "wysokiej klasy specjaliście". Ale jednocześnie -  dziwnym trafem specjalista chirurg, człowiek ratujący życie innym ludziom nie jest przez media dostrzegany jako kandydat do większych uposażeń. To w końcu tylko pracownik. Dopiero specjalista od finansów, w tej samej niedoinwestowanej służbie zdrowia, robi się godny większych pieniędzy.

Podobna tendencja jest do zaobserwowania przy doniesieniach związanych z inflacją - jakiekolwiek zwiększenie zarobków biedaków jest tu "zagrożeniem". A te same pieniądze w rękach bogaczy już inflacji nie szkodzą (może to nawet jest i w jakimś stopniu prawda, wszak bogacz wyda swoje pieniądze na Kanarach, czy w Las Vegas, a nie Polsce)...

Nie dziwię się prostym ludziom, że nie lubią słów "rynkowy", "reforma" itp. Oni nie są "aż tacy głupi" i widzą, że towarzystwa wzajemnej adoracji naszych elit, zawsze wykręcą je tak, aby biedak jeszcze bardziej dostał po krzyżu, a bogatemu przybyło. Nie dziwię, się choć nie popieram awersji do rynku. Bo sam jestem zwolennikiem mechanizmów rynkowych; jednak zastosowanych sprawiedliwie, a nie wybiórczo. Oznaczałoby to, że jeśli np. szukamy oszczędności na pensjach w przedsiębiorstwach, to naturalnym byłoby poszukiwanie ich tam, gdzie wydatki są największe - czyli w poborach tych, którzy mają większe środki finansowe, niż pozostała załoga licząca setki pracujących. To by było naprawdę RYNKOWE i EKONOMICZNIE UZASADNIONE. Ale w Polsce rynek ma swoje dwie twarze - przyjemną dla uprzywilejowanych i cwaniaków, a ponurą dla ubogich. 

Tymczasem gdyby polska rzeczywistość ekonomiczna miała być sensowniejsza (a także efektywniejsza gospodarczo), to może właśnie należałoby zwrócić się ku standardom krajów rozwiniętych, gdzie podział dóbr jest równiejszy niż w Polsce, gdzie relacja zarobków szefa firmy, do szeregowego pracownika nie jest tak miażdżąca jak w Naszym Kraju. Bo jakoś "dziwnie" w wielu krajach to działa. I jakoś dziwnie, że mimo wspólnego europejskiego rynku, polski szeregowy pracownik musi w swojej Ojczyźnie zarabiać 6 do 10 razy mniej niż pracownik angielski, czy holenderski w swojej. A "dziwnym trafem" ten sam polski pracownik, zatrudniony w Anglii, czy innym kraju "Starej Europy", może na te pieniądze zapracować. I firma też wychodzi na swoje. Dlaczego więc polskie firmy są mniej skuteczne niż zachodnie?... A może nasi menedżerowie są zbyt mało fachowi (a więc patrząc na relację wyników do zarobków - są przepłacani), bo mimo, że płacą swoim pracownikom wielokrotnie mniej, to wielkich sukcesów wciąż nie widać?...
Wiele wskazuje na to, że niesprawiedliwość w zarobkach jaką mamy w Polsce wcale nie służy ekonomii. W istocie niszczy ona prawidłowe związki gospodarcze - mamy słaby rynek (niski popyt wewnętrzny), bo procent pieniędzy dostępnych dla zwykłych ludzi w stosunku do PKB jest wyraźnie niższy niż w innych krajach. Mamy niespotykanie wysoki popyt na dobra luksusowe (w porównaniu do innych krajów), napędzany przez niewielką grupę superbogaczy, a jednocześnie rynek dóbr powszechnego użytku jest w stagnacji. To nie służy rynkowi. Poza tym coraz to kolejne grupy niedowartościowanych finansowo (ale dobrze wykształconych) pracowników "wyciekają" z Polski do bogatszych krajów - Anglii, Szwecji, Irlandii. Tam gdzie zostawia się im więcej wypracowanych środków. 
Całe wielkie regiony Polski są pogrążone w gospodarczym marazmie, pieniądze krążą w gospodarce bardzo nierówno - wielkie przepływy występują między gigantami finansowymi, przy silnym ograniczeniu dopływu środków do obszarów dyskryminowanych. Polską gospodarkę można porównać do ciężko chorego organizmu, w którym pewne tkanki są w stanie martwicy, podczas gdy niektóre obszary aż duszą się od środków. Ale typowe głosy mediów wciąż faworyzują pogłębianie się niesprawiedliwych podziałów, a nie ich likwidowanie.

Oczywiście na pytanie jak pomóc polskiej gospodarce nie jest łatwo znaleźć odpowiedź. I być może nawet przeciwnicy ustawowego określania najniższej płacy mają sporo racji. Jednak faktem jest, że polska ekonomia toczy się na krzywych kołach, na kołach, które buksują i neutralizują efekt uczciwej pracy milionów ludzi. A niestety, wciąż trudno dopatrzyć się zarówno u polityków, jak i publicystów, rzetelnego i bezstronnego zastanowienia nad gospodarką jako mechanizmem, jako całością. 

Polska jest wciąż pogrążona w skrajnym egoizmie, w walce grup interesów, które wydzierają sobie zasoby bez oglądania się na dobro wspólne, na dobro Kraju szerzej pojęte, niż interes tej czy innej grupy zawodowej, czy towarzyskiej. 

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 13 lipca 2005
zmodyfikowano 5 października 2005

  

 

 

 

Parada wokół d...

Znów opinia publiczna jest bombardowana informacjami na temat kolejnej parady homoseksualistów. Geje i lesbijki czują się dyskryminowani i pokrzywdzeni, więc wyrazili swój żal na ową "nietolerancję" w formie "Parady równości" odbytcej się w Warszawie.

Ja - niżej podpisany - nie brałem udział w tej paradzie (w kontrparadach również nie). 
Wynika to z faktu, że takie obnoszenie się z własną seksualnością, jaką prezentują jej uczestnicy uważam z w wysokich stopniu niesmaczne i obrzydliwe. I to wcale nie dlatego, że są gejami, czy lesbijkami, ale dlatego że o pewnych sprawach się nie trąbi na ulicach. Po tego rodzaju zachowaniu rozpoznaje się przysłowiowego dworusa, czy fornala, że będzie o genitaliach wygadywał co drugie słowo (rechocząc przy tym obleśnie), ale nie osobę "na poziomie". Bo tzw. dobre wychowanie wiązało się z milczeniem o pewnych (nazywanych "intymnymi", czyli nie do wyciągania na forum publiczne) sprawach. Homoseksualiści z parady równości te zasady dobrego wychowania ignorują (być może ich nie znają...). Mam nadzieję, że nie są to wszyscy homoseksualiści i że istnieją jakieś ich grupy, którym nie jest obce poczucie taktu i kultury. Ale w tym Kraju owa parada z powodu d... jest zdecydowanie poniżej tradycyjnie rozumianej kultury.

 

O małżeństwie słów kilka

W kontekście owej "Parady" chciałbym jeszcze dodać parę zdań na temat kwestii podnoszonych przez środowiska homoseksualne - a mianowicie dyskryminacji na polu możliwości zawierania małżeństw. Moim skromnym zdaniem owo stanowisko gejów i lesbijek jest wynikiem niezrozumienia istoty samej instytucji małżeństwa. 

O rodowodzie związków małżeńskich

Wbrew wielu powszechnym mniemaniom, instytucja małżeństwa wcale nie powstała dla samych małżonków i dla zadekretowania ich wzajemnego afektu. Małżeństwo swoją istotę i ważność zawdzięcza pojęciu rodu

W dawniejszych czasach ród (rodzina), pochodzenie człowieka miało znacznie większe znaczenie niż to jest aktualnie. Różne rody miały majątki, własne tradycje i silnie się wspierały obrębie tych wspólnot. I oczywiście różne rody ze sobą rywalizowały (np. na polu politycznym). Niekiedy przyjaźniły się. Niestety, owe przyjaźnie były zazwyczaj dość chwiejne, bo każdy (czasem nawet drobny) incydent pomiędzy dowolnymi członkami rodów łatwo przeradzał się w poważne (niekiedy ciągnące się latami) waśnie. To dość naturalne, bo  plemienna natura ludzkich sympatii zwykle kazała opowiadać się za "swoim", a nie obcym i to najczęściej bez względu na sprawiedliwość. Tak więc rodowe walki były na porządku dziennym. 

Jednak rozsądni ludzie orientowali się, że walki tego rodzaju nie niosą korzyści ani jednej, ani drugiej stronie. Niestety przekonać o tym wszystkich osiłków i rozrabiaków z obu rodów, pokonać instynkt natury nakazujący rywalizację i walkę (wynikający z ewolucyjnego dziedzictwa człowieka), nie jest łatwo. Zwykła perswazja najczęściej nie odnosi tu skutku. Rozwiązaniem stawało się małżeństwo między członkami (najlepiej "głowami") rodów. Jeśli było hucznie zawarte, jeśli wszyscy wiedzieli, że oto teraz połączy się w potomkach "krew" obu rodów, to taka sytuacja stanowiła barierę przeciwko walkom, gdyż teraz, zamiast dwóch, mieliśmy już jeden ród, a instynkt walki przenosił cel swojego działania poza połączone rody. Fakt, że "krew" obu rodów łączyła się w potomstwie małżonków, stanowił gwarant tego, że zawarty pomiędzy rodami sojusz będzie trwały (w domyśle "na wieki"), co stanowiło dodatkową barierę dla próbujących jeszcze sobie "w starym stylu" powalczyć. 
Jednocześnie łatwo jest tu zrozumieć silne zwracanie uwagi na wierność małżonków - przecież fakt połączenia krwi stanowił podstawę spójności między rodami, a więc podstawę bytu i pokoju wielu ludzi. 

W ten sposób funkcjonowały nie tylko rody (rodziny), ale całe królestwa, gdzie małżeństwa były układane z góry i zawierane zgodnie z wymogami polityki. Zaś kwestia uczuć pomiędzy kandydatami na małżonków była drugorzędna. Stawką były znacznie większe sprawy. Tu dochodzimy do podstawowej kwestii wyznaczającej istotę małżeństwa - połączenie krwi (dzisiaj powiedzielibyśmy genów) obu rodów. W swojej tradycyjnej istocie małżeństwo  nie jest publicznym zadeklarowaniem afektu pomiędzy dwoma osobami (choć dziś tak się najczęściej uważa). Jest ono deklaracją połączenia krwi dwóch różnych rodów oraz wspólnego działania dla zapewnienia bytu i bezpieczeństwa potomstwu. 

Ewolucja i degradacja małżeństwa

Wraz z rozpadem tradycyjnych rodowych więzi (kto dziś zna dokładnie drzewo genealogiczne swojej rodziny?...) następowała powolna modyfikacja postrzegania sensu małżeństwa. Ludzie wiążą się dziś głównie z powodu uczuć; kwestia rodziny w szerszym sensie schodzi na dalszy plan. Dzisiaj dzieci już nie pytają się już rodziców o pozwolenie ślub (a przecież kiedyś taka sytuacja była niemal nie do pomyślenia), sam akt zawarcia związku często jest bardzo skromny, bez rozgłaszania. Małżeństwo stało się więc niemal sprawą "prywatną". A w ogóle potrzeba zawierania małżeństw... ogólnie zanika (co ma również związek z rosnącą rezerwą wobec instytucji ją firmujących - Państwa, czy Kościoła).

Bo jeśli małżeństwo miałoby być tak bardzo prywatne, to po co go zawierać?
Przecież, jeśli żadne rody się nie łączą w wyniku tego aktu, jeśli nie ma to istotnego wpływu na życiu wielu osób, to równie dobrze można sobie prywatnie we dwójkę przyrzec wzajemną troskę i wierność... A po co jeszcze tu urzędnik, czy ksiądz? Po co huczne wesela? 
I tak dzisiaj bardzo wiele par funkcjonuje, a tolerancja ze strony otoczenia sankcjonuje życie par "na kocią łapę". Bo w rzeczywistości, wraz z utraceniem rodowego charakteru związku małżeńskiego, sens samej instytucji staje się wątpliwy. 

Gwoździem do trumny instytucji małżeństwa będą (jeśli prawo na to pozwoli) związki homoseksualne. W przypadku takiego "małżeństwa" już zupełnie nie ma mowy o rodach i "łączeniu krwi", a jedynie o publicznym zadeklarowaniu afektu między dwoma osobami. Afektu i faktu uprawiania seksu. 
Ale pójdźmy dalej tym tropem - jeśli więc za zasadę uprawniającą do zawarcia związku małżeńskiego uznamy fakt silnych uczuć i seksu, to logiczne staje się zawarcie związku z wibratorem, albo zoofila z jego ulubioną owieczką. A może nawet zbieracza - hobbysty z kolekcją ulubionych znaczków pocztowych (bo on przeglądając swoje zbiory doznaje "ekstazy"). Czy to byłoby "małżeństwo"?
- To oczywiście kwestia definicji, ale skoro lewicowe siły będą w stanie rozszerzyć definicję małżeństwa tak, aby odnosiła się ona do związku osób tej samej płci, to właściwie dlaczego by tu nie dojść aż do takiego rozumienia?...
Ale w takim razie to już w ogóle nie będzie małżeństwo w jego majestacie społecznego znaczenia, ważności wobec wielu innych osób, rodzin. Będzie pustym gestem, zapisaniem przez urzędnika, że gdzieś Obywatel X czuje afekt seksualny do Obywatela Y (z wzajemnością). Tylko kogo to obchodzi?...

Nie przekonują mnie argumenty za związkami homoseksualnymi podnoszące kwestie prawne - w rodzaju praw dziedziczenia, czy reprezentowania drugiej osoby przed instytucjami. Po pierwsze - nawet w zwykłym, heteroseksualnym małżeństwie wielu spraw nie da się załatwić bez upoważnienia małżonka. Tak więc podobne upoważnienie może sobie zrobić para gejowska. Dziedziczenie może załatwić testament. I pewnie wiele innych spraw można rozwiązać na drodze odpowiednich deklaracji. 
A tak na marginesie potrzeby legalizowania związków, dla korzyści prawnych - ostatnio coraz więcej ludzi w Polsce właśnie rozwodzi się z powodu istniejących przepisów (znana jest sprawa zdobywania w ten sposób uprawnień do zasiłków na dzieci). 

Być może środowiskom homoseksualnym uda się wywalczyć jakąś formę legalizacji ich związków. I może będą mieli swoje upragnione "małżeństwa". Jednak przypuszczam, będzie to pyrrusowe zwycięstwo. Bo w ostatecznym rozrachunku doprowadzi to zapewne do takiej degradacji samej instytucji związku małżeńskiego, że słowo "małżeństwo" zatraci zupełnie swój pierwotny sens, magię i wartość emocjonalną. I po co wtedy to wszystko?...

 

Jeszcze o paradzie równości

Dla mnie parada organizowana pod hasłem jakiejkolwiek seksualności jest przyznaniem się do braku taktu i kultury. I nie ma znaczenia, czy będzie to związane z seksem gejów, lesbijek, stosunkiem uprawianym w czwartek czy w niedzielę. Tak samo niesmaczna byłaby parada "równości" byłby marsz propagujący seks na jeźdźca, seks w samochodzie ciężarowym, albo na karuzeli, czy związek intymny z owczarkiem alzackim. Niesmaczna byłaby wg mnie również parada osób deklarujących swoją wstrzemięźliwość seksualną, albo fakt nie uprawiania seksu przed ślubem kościelnym. O tych sprawach się nie mówi (jeśli już to w dyskretnie, "męskim gronie" i po kilku głębszych...). Nie mówi się, bo to nie wypada! 
Ale, jak widać, kultura i tak swoją drogą, a jak się ktoś uprze, to może urządzić paradę z powodu d... 

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 11 czerwca 2005
zmodyfikowano 16 czerwca 2005

 


Dojenie kulturą

Od czasów gdy w naszym Nadwiślańskim Kraju pieniądz zyskał na znaczeniu, rozwijają się rozmaite inicjatywy służące pozyskaniu tegoż pieniądza za wszelką cenę. Niekoniecznie na sposób uczciwy. 

Może najpierw tytułem wyjaśnienia: jaki sposób zdobywania pieniędzy uważam za uczciwy?
- Taki, w którym osoba płacąca komuś robi to dobrowolnie (również np. bez zbyt nachalnego nacisku słownego) i dostaje za wydane pieniądze wartościowy produkt. Produkt ten jest wartościowy wtedy, gdy (przynajmniej z grubsza) odpowiada potrzebom i oczekiwaniom płacącego. 
Tyle o zasadzie uczciwości. Teraz będą konkrety - czyli uwagi na temat nowych pomysłów dodatkowego opodatkowania firm medialnych w celu wsparcia produkcji filmów w Polsce.  

Cóż proponują ustawodawcy?
- Podatek (2%, może 1,5%) od przychodów operatorów kablowych i stacji komercyjnych przeznaczony na produkcję filmową w Polsce. Niby cel słuszny... Jednak..
Ja widzę sprawę w sposób nieco bardziej złożony. 

Każdy by chciał być dofinansowanym. To wygodne, bo wtedy - bez względu na to co się zrobi i jak się zrobi - pieniądze się znajdą. Słusznych (i wartych dofinansowania) inicjatyw są setki - od zupek dla ubogich, dożywianie dzieci w szkołach, poprzez wspomożenie oświaty, łożenie na sport masowy, schroniska dla bezdomnych, opiekę nad bezpańskimi zwierzętami, pomoc ludziom w podeszłym wieku, ochronę krajobrazu, czy zabytków architektury (jak ktoś chce, to tę listę jestem gotów naprędce rozszerzyć dwu, trzykrotnie, ale na razie chyba starczy). Właściwie to każda potrzeba mogłaby zostać dofinansowana i z założenia - wydaje się to słuszne. I niestety - wszystkiego się nie da ograniczonymi pieniędzmi dofinansować.
Problem drugi jest tu taki, że tworzenie biurokratycznej czapy nad owymi potrzebami bardzo rzadko rzeczywiście pomaga sprawie. Bo później głównymi beneficjentami tej formy finansowania okazują się niekoniecznie ci, którzy sprawę pchają naprzód, ale skorumpowani urzędnicy.

Tego samego można się spodziewać po podatku "na kinematografię". Owszem - jacyś znani i uprzywilejowani, zasiadający w "szacownych" komisjach pieniądze swoje wezmą, i pewnie nawet jacyś filmowcy pewnie nieco więcej filmów wyprodukują, a następnie w jakimś magazynie filmy te będą składowane. Może nawet co któryś tam film z owych dofinansowanych okaże się udany (dzisiaj - bez dofinansowania - też co któryś taki jest). Problem w tym, że cały ten mechanizm jest nieuczciwy. Jest nieuczciwy, bo wymusza na ludziach płacenie za coś czego nie zamawiali i nie wybierali. Uczciwą metodą sprzedaży jest zaoferowanie czegoś klientowi i zdanie się na jego wybór, a nie wymuszanie płacenia bez względu na to, co mamy do zaoferowania. 

Kilka tygodni temu miałem okazję wysłuchać w publicznym radiu dość emocjonalnie prowadzoną audycję w stylu: "jak to potrzebna jest ta ustawa i owo dofinansowanie", jakaż to "słuszna" inicjatywa. Padały różne argumenty: 
- Np. że we Francji dofinansowanie ich produkcji jest znacznie większe. Przykro mi, ale dla mnie to jest żaden argument, bo 99% francuskich filmów uważam, za nieoglądalne (oczywiście jest ten 1% wyjątków). Ich jakość artystyczna oscyluje wokół poziomu kiepskiego reality show. Jeśli Francuzi mają za dużo pieniędzy i chcą pakować w tego rodzaju produkcję, to ich sprawa, jednak  powielanie tego modelu w Polsce absolutnie nie jest pożądane. 
- Mówiono, że te 2% to tak niewiele. Ale wg mnie to i tak o wiele za dużo. Bo zapłacenie nawet 1 gr za coś nieefektywnego i niechcianego jest zwykłym marnowaniem pieniędzy. 
- Że kablówki i nadawcy prywatni zobowiązali się do popierania twórczości, a nie wywiązują się z tego.
Ja jestem po stronie nadawców. Wszak są pod naciskiem uprzywilejowanego konkurenta - telewizji publicznej, która dysponując gigantycznym dofinansowaniem z abonamentu psuje im rynek reklam (skoro ma abonament, to dlaczego puszcza reklamy?...). Poza tym lepiej byłoby ew. ustawą zmusić tych nadawców do samodzielnego tworzenia filmów, niż realizować to poprzez kolejny twór biurokratyczny.

A tak w ogóle, to może lepiej byłoby inaczej zagospodarowywać sam abonament TV?  - Np. część z niego "rzucić" w formie przetargu na wolny rynek?... Przypuszczam, że teatr telewizji zrealizowany przez TVN, czy innego prywatnego nadawcę będzie wcale nie gorszy od tego "publicznego"...
- Że się będzie wspierać młodych twórców... A ja w to niezbyt wierzę. Nie wierzę, że młodzi, niezależni twórcy będą rzeczywiście wspierani. Raczej spodziewam się, że zarobią na tym starzy wyjadacze, zasiadający w komisjach i gremiach. Może paru młodym, tym posłuszniejszym i bardziej upartym, też może nieco skapnie, ale tylko pod warunkiem, że będą mieli dobre "układy" ze starą gwardią trzymającą kasę.

Ostatnio niewiele w Polsce pojawia się dobrych filmów rodzimej produkcji. Poza tym, jak wynika ze statystyk, nie zarabiają one na siebie. Kilka - kilkanaście tysięcy widzów oglądających polski film, to norma. A są takie dzieła, które nawet nie są w stanie zgromadzić tysiąca widzów! We wszystkich kinach razem! Znaczy to z grubsza tyle, że filmy te obejrzeli aktorzy i ich rodziny, plus jeszcze nieco znajomych i naprawdę nieliczni widzowie, niezaangażowani w produkcję. I można ich zgromadzić na 3 seansach kinowych.
Ktoś powie: źle z tą kulturą. Ludzie nie dbają o swój rozwój duchowy i intelektualny. Pewnie ma tu sporo racji. Ale to wcale nie oznacza, że wyciągając od nich pieniądze na nowy urząd, poprawimy stan owej świadomości. I dodatkowo wcale to nie oznacza, że należy zapełniać archiwa polskiej filmoteki większą ilością filmów, ze które widzowie nie mają ochoty płacić, ani ich oglądać! Bo prawidłowy wniosek jest taki - jeśli ludzie nie chcą oglądać, to nie należy tych filmów produkować! 

Ktoś pewni wyciągnie argument:
A co mają w takiej sytuacji robić aktorzy? Wykształcili się, a nie mają zatrudnienia...
- Pewnie zmienić zawód. Tak jak musiały to zrobić miliony osób w nowej polskiej rzeczywistości. Inni mogli (ślusarze, stolarze itp.), to filmowcom, też pewnie się uda. Z resztą, może nawet da się zarobić w reklamie, albo w podobnych branżach.
Jestem zdecydowanie przeciwny przymusowemu finansowaniu produkcji filmów w Polsce. Te nieliczne powstałe dobre filmy i tak się sprzedadzą i dodatkowego finansowania nie potrzebują. Jestem przeciwny wspieraniu filmowych stowarzyszeń wzajemnej adoracji. Każda złotówka wydana na ten cel wydaje mi się o jedną złotówkę za dużo. Produkcja filmów powinna być finansowana z biletów do kin i sprzedaży kopii w formie DVD, czy kaset VHS. Tylko w ten sposób zapewniona zostanie możliwość wyboru towaru, a w konsekw