Strona główna | FilozofiaLiryka | komentarze różne | GaleriaInformatyka |     | O Fizykon.orgu

Dział komentarzy i recenzji

Recenzje wydawnicze

Słowa kluczowe - Wiesław Babik

Filozofia (w) fizyce - Jarosław Kukowski

Epistemologia - Jan Woleński

Komentarze o szkole i edukacji

Komentarze związane z etyką i psychylogią

Komentarze polityczne 

Komentarze o mediach  

 

Filozofia
Dłuższe opracowanie

O pojęciu prawdy

Fundamentalizm i libertynizm

Mrzonki ateizmu

Opowiastki filozofujące

Krótkie myśli

Komentarze

O myśleniu twórczym

Liryka
Liryka fizyka

 

Droga życia

Przestrzeń

 

Blogi różne

Dlaczego wolne oprogramowanie...

Komentarze związane z etyką i psychologią

Komentarze o szkole i edukacji

 

Od Warszawiaka do Przyjezdnych - taki krótki esej

Od piszącego

Hotel Bristol, ul. Krakowskie Przedmieście (53383 bytes)
Hotel Bristol ul Krakowskie Przedmieście

Warto na początek się przedstawić - słowa te pisze rodowity Warszawiak. Urodziłem się w warszawskim szpitalu, przez zdecydowaną większość życia mieszkałem w centralnej części warszawskiej dzielnicy Praga, a aktualnie w dzielnicy Targówek. Pracowałem w miejscach w całej Warszawie i chyba nie tak źle znam to miasto. Moi rodzice częściowo wywodzili się ze wsi, a częściowo też z Warszawy, co z resztą dla mnie nie jest żadną wartościującą człowieka kwestią. I chyba nie czuję się "wyłącznie mieszczuchem", ale blisko mi do bycia "wsiokiem".  Wielokrotnie wyjeżdżałem na wieś, spędzałem tam wiele miesięcy wakacje, poznawałem ludzi, którzy od urodzenia pracowali na roli. Uprawą ziemi zajmowali się moi wujowie, wiele osób z bliskiej mi rodziny. Wspominam wiele godzin zabaw na wsi z moim wujecznym rodzeństwem. Wszystkich znanych ludzi ze wsi bardzo lubię i cenię. Cieszę się z moich pobytów na wsi i uważam je za dużą wartość. Nigdy też nie przyszło mi do głowy, aby fakt urodzenia się i mieszkania w Stolicy, miał mieć jakieś szczególne znaczenie dla oceniania swojej wartości. Przecież to gdzie się rodzimy, nie zależy od nas. Znaczenie ma to jak się zachowujemy, kim jesteśmy.

Jednak ludzie mają różne pomysły na swoje systemy wartości, więc po jakimś czasie, z pewnym zdziwieniem, zorientowałem się, że nie wszyscy traktują miejsca urodzenia i zamieszkania podobnie jak ja. Dla nich w dużym stopniu piszę ten tekst.

Wilanów - pałac (46298 bytes) 640 x 480 pix
Pałac w Wilanowie

 Powód napisania tego tekstu jest jednak jeszcze jeden. Ostatnio parę razy zdarzyło mi się spotkać ludzi, którzy przyjechali do Warszawy z prowincji. Później w Stolicy się osiedlili i jakoś żyją. Oni opowiadali mi później, że ciekawe jest jednak samo pierwsze zetknięcie się prowincjusza ze Stolicą. Podobno (sam tego uczucia nie znam, ale mi opowiadano) jest to szczególne wrażenie.

Tu od razu chcę zastrzec coś, co wydaje mi się prawdą w jakiś sposób hmmm... "obiektywną". Faktycznie, dzisiejsza Warszawa jest z wyglądu już naprawdę europejskim miastem. Przynajmniej w centrum. Są tu piękne wieżowce, jeździ dużo drogich samochodów. Gdy ktoś, przyzwyczajony do tradycyjnej wiejskiej zabudowy i wyglądu okolicy, wysiada w centrum tego miasta po raz pierwszy, może odnieść wrażenie, że jest w jakimś miejscu szczególnym, wyjątkowo ważnym. Czasem sam, jadąc przez te okolice z uznaniem patrzę na to, co zbudowano w „moim” mieście. Tylko co z tego miałoby dla naszego samopoczucia wynikać?

 

Pałac Kultury i Nauki widziany od strony ogrodu Saskiego (27541 bytes)
Widok na Pałac Kultury i Nauki od strony Ogrodu Saskiego

Jeszcze niedawno pracowałem z kolegą, który opisywał ciekawie swoje pierwsze spotkanie z Warszawą. Gdy przyjechał na studia z rodzinnej prowincji, gdy spojrzał na ruch, gwar i bogactwo tego miasta, nagle doznał wrażenia, że oto właśnie trafił do tego „wielkiego świata”, że nagle coś ważnego stanęło przed nim otworem. Pewnie takie wrażenie można mieć. I fajnie, że takie wrażenia są. Tylko czy przekazują one stan obiektywny, czy bardzo osobiste wrażenia?...

Ale, zanim to przejdę do meritum, chciałem tu napisać – dla Warszawiaka oczywistych – ale dla przyjezdnych już niekoniecznie, prawd o naszej Stolicy.

Czym jest dzisiejsza Warszawa?

ulica Radzymińska (44599 bytes)
ulica Radzymińska Warszawa - Targówek

To naprawdę wielkie miasto. Moloch, w którym wraz z peryferiami mieszka około 2 mln. ludzi. Tyle ludności może liczyć całe województwo, czy nawet całe mniejsze państwo. Np. państwo członek UE – Cypr liczy ponad dwukrotnie mniej mieszkańców niż Warszawa. Łotwa jest państwem, którego ludność jest porównywalna liczebnie z polską stolicą i jej przyległościami. Fakt wielkości Warszawy dla przyjezdnych z małych miejscowości jest trudny do zrozumienia, niezwykły. Niezwykłe wydaje się też to, że tutaj prawie nikt nikogo nie zna!

Katedra Św Floriana warszawska Praga (33739 bytes)
Katedra św. Floriana na Pradze

Co mnie - Warszawiaka- nieraz dziwiło u osób z prowincji?

Zawsze mnie trochę śmieszyło oczekiwanie ludzi mniejszych miejscowości, którzy mając znajomego w Warszawie pytali mnie: Aaaa, jesteś z Warszawy? - To pewnie znasz Wojtka .... mieszkającego na ul. Żelaznej...
Ano nie znam. Na 99,9999% nie znam, tak jak ów pytający nie zna większości osób ze swojego województwa. Tutaj, na dość znacznym, ale jednak nie aż tak wielkim obszarze żyją setki tysięcy osób, którzy się nie znają. Dobrze, jeśli znają się najbliżsi sąsiedzi. Bo często jest tak, że mieszkaniec Warszawy nie miał okazji porozmawiać ani razu z człowiekiem, który zamieszkuje dwa piętra nad nim. Po prostu tu ludzie znacznie mniej rozmawiają, nawet jeśli blisko siebie mieszkają. Bo różnych ludzi jest tak bardzo wielu i nie sposób jest z nimi się zapoznawać. Większość po prostu przychodzi po prac do domu i zamyka się w swoich mieszkaniach, domach. Czasem wychodzą "na miasto", ale też jeśli nawet spotkają się w pubie, to grono osób, które tam spotykają jest mocno ograniczone w stosunku do ilości mieszkańców.
Opisywany fakt jest dobrze znany ludziom z dużych miast, ale dla mieszkańców wsi, czy małych miasteczek, bywa nowością często jest odbierany jako coś dziwnego.

Tak więc w Warszawie jest się w dużym stopniu anonimowym. Idzie się przez ulicę, na której zwykle miesiącami nie spotyka się nikogo znajomego. Nikogo wśród setek, albo tysięcy mijanych osób. Czasem oczywiście zdarzy się nieoczekiwane spotkanie kogoś z dawnych, czy też aktualnych lat. Ale zdarza się to rzeczywiście "czasem", bo w 99,999% przypadków mijamy osoby obce.

W Warszawie przy pierwszym zapoznaniu, a nawet i większości normalnych znajomości, nikt się nie pyta o to „czyj” jesteś, czyli z jakiej jesteś rodziny. Znajomych miewa się różnych, każdy z nich ma jakąś rodzinę, ale szansa, że się ją spotka nie jest duża. Więc nie ma powodu pytać. Nooo, chyba że znajomość jest na naprawdę zażyłej stopie – np. zamierzamy się z kimś pobrać, związać bardzo mocno. Wtedy faktycznie, warto jest zapoznać rodzinę ukochanej, czy ukochanego. Ale to jest sytuacja wyjątkowa. Często ludzie w pracy, sąsiadujący ze sobą "biurko w biurko" przez wiele lat nie mają pojęcia skąd ktoś pochodzi, albo jaka jest ich rodzina. W pracy się pracuje, gada o wielu sprawach, ale zwykle nikt się nie dopytuje o rodziną. W końcu każdy jakaś tam ma. Oczywiście są i tacy, którzy już pierwszego dnia w nowej pracy muszą opowiedzieć wszystkim historię swojego życia. Ale to wyjątki. Większość osób czasem coś o sobie powie, a czasem nie. I też jest dobrze...

Wiocha przyjechała i musi wsiąść...

Choć zżymam się na nadętych Warszawiaków (choć także innych "wielkomieszczan" - Krakusów, Poznaniaków, Wrocławian), którzy wynoszą się nad innych z powodu tego, że urodzili, się czy mieszkają w dużym mieście. Uważam taką postawę za małostkową, za objaw bycia zakompleksionym. Choć także... Czasem...
Choć w wyjątkowych sytuacjach zdarza mi się obserwować zachowania ludzkie na tyle dziwaczne, a do tego mało kulturalne i sympatyczne, że nagle ciśnie się na usta coś w stylu "najwyraźniej wiocha przyjechała!". Jaka to sytuacja?

- Dla mnie dość typowym zachowaniem wskazującym na kontakt z "kmiotkiem w wielkim mieście" (proszę w tym sformułowaniu owego "kmiotka" potraktować nie jako po prostu mieszkańca wsi, których wszystkich szanuję na równi z mieszkańcem Radomia, Warszawy, Paryża, czy Nowego Jorku, ale faktycznie pejoratywne określenie NIEKTÓRYCH (!) szczególnie nieobytych w zasadach kultury) jest wsiadanie do środków komunikacji miejskiej - autobusu, tramwaju, wagonu metra.

Jaka jest tu poprawna reguła i kulturalne zachowanie w tej sytuacji - czyli wsiadanie do i opuszczanie pojazdu?...
- Jeśli ktoś kulturalny zamierza wsiąść do pojazdu (szczególnie w godzinach szczytu), to nie pcha się od razu "na chama" przez drzwi, skoro się właśnie otworzyły! Zasadą jest najpierw przepuszczamy osoby wysiadające! Trzeba chwilkę odczekać, zrobić miejsce, aby wszyscy wysiadający bez nerwów i przepychania się mogli wyjść, a dzięki temu zostawić nam miejsce w środku. Wpychanie się na siłę, blokujące możliwość opuszczenia pojazdu przez wysiadających, to chyba najbardziej symptomatyczny objaw niewychowanego prowincjusza (a przynajmniej odbierany jako prowincjuszostwo). Przecież te osoby wysiadające i tak w końcu będą musiały jakoś wyjść! Czyli będą musiały się przepychać,  przez takich jak Pan... A co Panie/i Chamie/ko?... Chcesz Pan(i) zablokować wyjście swoim siłowym wejściem i zmusić osoby w środku, żeby wysiadły dopiero na tym przystanku, do którego Pan(i) jedziesz?...
Nie?... To po co się Pan(i) pchasz w najbardziej wąskie gardło przejścia i przedłużasz całą tę operację wymiany pasażerów wewnątrz i na zewnątrz pojazdu?... No po co? Cierpliwości brakuje? Kultury?...

Niestety, doświadczenie pokazuje, że w ten właśnie sposób wiele osób robi - wciska się na siłę w drzwi, nie przepuszczając wysiadających. Czy pierwszy raz mają kontakt z masową komunikacją w mieście?... Nikt ich nie wychowywał, nie uczył podstawowych zasad rozsądku i kultury bycia?...
Na tak to wygląda. I taka myśl właśnie ("wiocha przyjechała, co pierwszy raz w życiu wsiada do autobusu!") sama wciska się do głowy, gdy próbujesz w Warszawie, Krakowie, czy innym mieście obsługującym komunikację zbiorową, wyjść z pojazdu, a na przeciw Ciebie, jakiś prostak wpycha się w sekundę po otwarciu drzwi. Ta myśl jakoś sama do głowy się ciśnie. Bez względu na ogólne przekonania co równości wszystkich bez względu na ich miejsce zamieszkania i pracy.  Bo kultura i rozsądek kontaktów w miejscach, gdzie czasem jest tłok, więcej ludzi tak dość wyraźnie sugeruje, czy dana osoba miała kontakt z podobnymi sytuacjami i pewną kulturę w tym zakresie zna, czy działa wg zasady "ja zawsze pierwszy(a)".

Pewnie dałoby się znaleźć jeszcze z jeden, czy dwa inne przykłady mało kulturalnych zachowań, które jakoś sugerują ludziom wokoło, że mają kontakt z kimś nieobytym w normalnym miejskim życiu. I pewnie nawet niesprawiedliwe jest przypisywanie tych zachowań wyłącznie przyjezdnym. Bo niejeden taki "chamowaty kmiotek" z zachowania, to w rzeczywistości rodowity Warszawiak, Krakowiak, czy Wrocławiak. Tak więc proszę nie odbierać owych sformułowań, jako ogłoszenia jakiejś niepodważalnej prawdy, a głos w stylu "tak to trochę wygląda".

 

Tu prawie nikt nie pyta skąd jesteś, ani tego nie widzi

Ale przejdźmy do głównego celu tego artykułu - do ludzi, którzy przybyli do wielkiego miasta i są normalni, kulturalni. Ostatnio przeczytałem, że osoby z prowincji przyjeżdżające do Warszawy mają wrażenie, że wszyscy wokół widzą ich odmienności, ich „prowincjonalność”. To kompletnie mylne wrażenie! (pod warunkiem, że ktoś się nie wpycha na siłę do autobusu przed wysiadających... ;) ) Prawda jest taka, że – niestety (a może "stety") – mało to kogo obchodzi skąd jest osoba, którą widzimy na ulicy, czy nawet w tym samym biurze. Tutaj jest bardzo wielu przyjezdnych, dojeżdżających, napływowych. To czy pochodzisz z sandomierskiej wsi, czy z małego miasteczka na Mazurach, dla większości osób stanowi drobny szczegół. No, chyba żeby ktoś ubrał się w pasiak łowicki, czy jakąś starożytną sukmanę, to pewnie by zwrócił na siebie uwagę. Jednak normalnie ubrana dziewczyna, czy chłopak nie zdradza nikomu miejsca pochodzenia. A nawet gdyby jakoś tam zdradziła, to nie będzie to miało większego znaczenia.

cerkiew przy zkrzyżowani al. Solidarności i ul. Targowej (12774 bytes) 360x480 pix
Cerkiew przy skrzyżowaniu ul Targowej i al. Solidarności

Czy bycia warszawiakiem trzeba się jakoś uczyć? - Chyba niespecjalnie. Wyjątkiem byłyby osoby wychowywane w rzeczywiście nietypowych, odizolowanych warunkach. Jednak nie ma jakichś bardzo szczególnych znamion „warszawskości” - tzn. przynajmniej ja, prawie 50 letni Warszawiak, czegoś takiego nie znam. Z resztą, nawet jeśli ktoś się wyróżnia w jakiś sposób, to najczęściej nie wiadomo z czego to wyróżnianie się wynika - czy oto stoi przed nami nieco prowincjonalny w manierach rodowity Warszawiak (zdarzają się tacy), czy prawdziwy przyjezdny. Jeśli już nawet jakieś takie różnice znajdziemy, to większość z nich da się szybko zniwelować za pomocą obserwacji zachowań większości ludzi w od dawna poruszających się w miejskim otoczeniu.

Czy widać więc prowincjonalność?
- Zapewne jakaś szczególnie wyrazista gwara osób napływowych byłaby rozpoznawalna. Pewnie też jakieś mocno lokalne zachowania. Jednak jeśli mówisz w sposób zbliżony do tego znanego z telewizji, czy radia, to zapewne nikt nie rozpozna, czy jesteś ze stolicy, małego miasta, czy innej dużej metropolii. 
Sposób ubierania się. Oczywiście może się zdarzyć, ze ktoś przyjeżdża z rejonów, gdzie styl ubierania się jest szczególny. Wtedy pewnie to będzie widać po nim. Ale wystarczy pójść do sklepu, kupić jakieś normalne ubrania, podobne do tych, jakie mają zwykli ludzie na ulicy i już nikt kogoś po ubiorze nie rozpozna. To tylko chwila nieuwagi ;) i już wtapiamy się w tłum.

Co się więc liczy, jeśli jesteś w Warszawie od niedawna i chcesz nie czuć się obco?
- Moim zdaniem po prostu warto zachowywać się naturalnie, trochę może obserwować zachowania większości. Z jednej strony nie przypominać namolnie wszystkim skąd się pochodzi (większości ludzi to po prostu nie obchodzi, a przypominanie tego zbyt często zostałoby właśnie uznane za dziwactwo, czy może objaw jakiegoś kompleksu). Z drugiej strony nie ma co się bać, że prawda o tym skąd się jest wyjdzie na jaw. W Stolicy mieszka bardzo wiele – znanych i nieznanych – ludzi nie będących rodowitymi Warszawiakami. Nawet aktualny premier pochodzi z Trójmiasta, a większość osób ze świecznika politycznego – posłów i senatorów – reprezentuje inne regiony Polski. I ci ludzie są dumni z tego, ze je reprezentują.

 

Mieszczuchy z kompleksami - też się zdarzają

Faktem jest też, że (chyba nieco częściej u kobiet) pewne osoby przywiązują jakąś wyjątkowo dużą wagę do niektórych elementów ubioru, czy zachowania. Próbuję wyśledzić jakieś elementy u innych osób, żeby później to wykorzystać. I jeśli trafimy na kogoś takiego, kogoś kto specjalnie "tropi" prowincjuszy, to można spotkać się ze zgryźliwą uwagą. Wiadomo, są ludzie  i ludziska, więc z zakompleksiałym Warszawiakiem też czasem przyjdzie się spotkać. Ale nie ma co dramatyzować, martwić czyjąś małostkową postawą. Faktycznie, wtedy trzeba jakoś uzbroić się w wyrozumiałość i cierpliwość wobec osoby, która próbuje leczyć swoje kompleksy za pomocą podkreślania, że ona jest "prawdziwa z wielkiego miasta", a ktoś inny już nie. Może się tak zdarzyć w pewnych środowiskach, gdzie panuje ponadzwyczajna rywalizacja, walka o wszelkie możliwe sposoby podkreślenia własnego znaczenia. Ale raczej nie zdarza się jakoś bardzo często. Ja przynajmniej czegoś takiego w swoim otoczeniu nie obserwowałem. Choć faktem jest, ze raczej niewiele mnie te sprawy obchodziły, więc nie nastawiałem na nie swojej spostrzegawczości.

Jak by nie była przyczyna głupich "drobnomieszczańskich" zachowań wynikających z kompleksów, obrona przed nimi najczęściej jest oczywista - nie przejmować się, zachować swoją godność, zlekceważyć głupie docinki. To jeśli się pojawiły, to świadczą tylko o głupocie tego, który je wypowiada.

 

Czy Warszawę da się (po)lubić?...

Ja myślę, że tak. Mieszkając w tym mieście przez prawie 50 lat, polubiłem je na swój sposób. Nie oznacza to jednak, że nigdy bym się nie przeprowadził w inne regiony Polski. Wcale nie uznałbym za jakiś problem, czy despekt zamieszkanie na wsi w górach, czy małym miasteczku w Wielkopolsce. Lubię Warszawę, ale nie czuję się od tego miasta uzależniony. Mam nadzieję, że większość przyjezdnych, którzy do Stolicy przyjadą, też nie będzie narzekać na swój nowy dom. To czy będzie komuś tu dobrze, czy źle, zależeć będzie raczej od osobistych cech, a nie miejsca urodzenia. Jedni swoje nowe miejsce życia - wielkie miasto - pokochali, inni ledwo tolerują. Jak to w życiu.

Michał Dyszyński    Warszawa 2 sierpnia 2011, zmienione 31 liipca 2012 i 21 listopada 2012.

Zamek_krolewski.JPG (45353 bytes)
Zamek Królewski w Warszawie przy pl. Zamkowym