Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka
Uwaga: część komentarzy w tej sekcji występuje jednocześnie w więcej niż jednej kategorii

Przedostatnie wiadomości
czyli "takie" daktikowe politykowanie

Kto miałby naprawić Rzeczpospolitą?

Czy Polska stoi nad przepaścią?
- Takie pytanie zadaję sobie obserwując wydarzenia polityczne ostatnich lat. Dopiero co zdobyta niepodległość i może już zostanie stracona, sprzedana... A jeśli nie stracona, to zredukowana do żałosnej atrapy. 

Bo czegośmy się "dorobili"?
- Ano mamy elity do cna zżarte prywatą, kolesiostwem, korupcją.
- Mamy rodzimy biznes, który w ciągu kilku lat z niczego (bo kto za komuny, miał w tym Kraju bodaj 1 milion uczciwie zarobionych dolarów?...) urósł w miliardowe fortuny (bo czy może mielibyśmy uwierzyć w tak absolutne cuda genialności gospodarczej?...).
- Sądy najbardziej opieszałe w Europie
- Społeczeństwo, które w przeważającej większości wszystkich biznesmenów i całą "elitę" polityczną wysłało by na Księżyc.
- Mafie urzędnicze, które (jak w sławnym przypadku Pana Kluski i jemu podobnych) wykorzystują swoje stanowiska w Państwie do wymuszania haraczy.
- Luksusy urzędników i uprzywilejowanego biznesu, kontrastujące z biedą milionów zwykłych obywateli. 

Czy jest nadzieja?
Może by się dało coś zrobić. Tylko KTO miałby się tym zająć?

Niestety, jak się tak zastanowić, to nie widać na horyzoncie nikogo, kto dawałby realne szansy na poprawę. W sejmie zasiadają osoby dobrze już znane ze swoich poprzednich "osiągnięć", lub grupy choć nowe, to zdobywające głowy jako populiści żerujący na ludzkich słabościach i braku rozeznania w rzeczywistych przyczynach sytuacji w Kraju. 
Aktualny system partyjny powoduje, że do władzy dostają się przede wszystkim dobrze zorganizowane grupy polityczne - grupy z jednej strony anonimowe, a z drugiej silnie powiązane wzajemnymi relacjami koleżeńskimi. I jest dość oczywiste, że w takiej sytuacji przede wszystkim zaczynają działać prawa rywalizacji społecznej, odpowiedzialność za efekt się rozmywa i naturalnym biegiem rzeczy większość jednostek z takiego towarzystwa przede wszystkim "wyszarpuje" coś dla siebie. 

Gdyby Bóg miał decydować o niszczeniu polskiego parlamentu i  rządu (jak to w Biblii groził w pewnej sytuacji), to czy znalazłby chociaż jednego uczciwego?

Ale problem polskiej nędzy moralnej jest głębszy. I nieraz się zastanawiam: 
Czy ja sam na miejscu polityków - złodziei i wspólników - złodziei zdobyłbym się na uczciwość?...
- Cóż, może bym i chciał być uczciwy, ale czy bym się nie ugiął pod presją "kolegów"? Obawiam się, że prędzej bym zrezygnował z udziału w całym tym towarzystwie, niż był w stanie cokolwiek naprawić. Dlatego nawet nie wiem czy mam tu prawo krytykować. A nawet uważam, że jestem WINNY!

Tak - jestem winny, mimo że mam niewielkie dochody i nie dopuszczam się korupcji. Jestem winny swoją 
- OBOJĘTNOŚCIĄ
- BRAKIEM WYMAGANIA UCZCIWOŚCI.
- NIE SPRZECIWIANIEM SIĘ (AKTYWNYM!) ZŁU.

Wiem, że nieraz podałem rękę i uśmiechałem się akceptująco w stosunku do osób, które powinny były usłyszeć gorzką prawdę o sobie. Powinny usłyszeć mój głos sprzeciwu. 
I dziś owi cwaniaczkowie, którzy choć nie przysporzyli nikomu nic dobrego, opływają w luksusy - w części słusznie uważają, że im się należy. Bo w końcu: kto protestował?
- Ja nie protestowałem. Więc teraz nie powinienem mieć pretensji...

Więc już nie mam pretensji. Przynajmniej w jej pierwszej kolejności. Czas mi uderzyć się we własną pierś...

Ale chyba też na koniec dorzucę taką to co zawsze myślałem i myślę nadal:
Choćbyś cwaniaczku nakradł wszystkie dobra świata, choćbyś się obżarł kawiorem i frykasami po samo wierzch i choćbyś jeździł najdroższą limuzyną świata, to jednego nie zdobędziesz. Nie zdobędziesz rzeczy najcenniejszej - wszak niemożliwa kradzież prawdziwego CZŁOWIECZEŃSTWA
Ale co tu będę pisał - złodziej, który by nawet to i przeczytał, i tak nie zrozumie o co w tym zagadkowym słowie "człowieczeństwo" chodzi...

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 18 czerwca 2004

Parady homo, hetero, czy jak im tam...

Dzisiaj postanowiłem napisać dwa słowa (no... może dwa słowa składające się z kilkudziesięciu "podsłów") na temat chodliwego ostatnio tematu parad tolerancji. Widzę dyskusje w prasie, które choć bardzo żarliwe, to jednak chyba mało rzeczowe.

Pozwolę więc sobie przedstawić własną opinię w tej sprawie - Za, czy Przeciw?
W zasadzie najczęściej miewam takie poglądy, którymi prawie wszystkim się narażam - bo nie jestem ZGODNY z jedną grupą. Ludzie lubią jak ktoś się otwarcie przyznaje do ICH poglądów, gdy mają kolejnego "swojaka". A ja swojakiem nie jestem i nie chcę nim być. I dlatego nie jest zdecydowanie z tymi co są przeciw, ale na pewno też nie jestem "za". 

Może najpierw dlaczego nie jestem z przeciwnikami parad. Bo drażni mnie nieraz bałamutna argumentacja, która sprowadza się do stwierdzenia "niby mamy wolność i to jest dobrze, ale jak ktoś jest przeciwko MOIM poglądom, to już takiej wolności być nie powinno". A wg mnie - niestety - jak jest wolność, to jest również i cena tej wolności w rodzaju znoszenia od czasu do czasu jakichś nieprzyjemnych jej cech - np. wybryków określonej grupy - parady homoseksualistów, globalistów, pseudoekologów i innych. Tak już jest - wolność to wolność i dopóki ktoś nie zaczyna strzelać i wybijać szyb sklepowych, to powinien mieć prawo wyrażania swoich poglądów - nawet dla pozostałych ludzi nieprzyjemnych.

A teraz druga strona medalu. Zdecydowanie NIE jestem za tymi paradami. Czy dlatego, że nie lubię "homosiów"?
- Otóż nie - to co jeden pan z drugim panem, czy jedna pani z drugą panią robią w zaciszu swojej alkowy uważam za ich sprawę i jest mi to właściwie obojętne. Seks i odpowiedzialność za niego jest sprawą sumienia i uczuć każdego człowieka z osobna. Natomiast uważam, że wywlekanie upodobań seksualnych na forum publiczne uważam za NIESMACZNE! I to niesmaczne w wysokim stopniu!

Zaznaczam, że właściwie jest mi wszystko jedno jaką formę seksu ktoś miałby propagować swoją paradą tolerancji (czy paradą pod jakąkolwiek inną nazwą). Jeśli przyjdą wielbicie zoofilii - to też będzie niesmaczne, jest stanęła by parada fanatycznych zwolenników masturbacji - odwróciłbym się od niej z poczuciem zbliżającym się do odrazy. I nawet gdyby ktoś zorganizował "superlegalistyczną" (od strony kościelnej patrząc) paradę "tych co seks uprawiają tylko z poślubioną przed ołtarzem małżonką i tylko w dni płodne i oczywiście bez żadnych środków antykoncepcyjnych...", to ja uznałbym ją za niesmaczną. 
Bo OGÓLNIE afiszowanie się seksualnością uważam za niesmaczne.
I to by było na tyle.

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 8 czerwca 2004

 

Ciągle niedopasowane reformy dla zdrowia

Nic tak nie pije, jak niedopasowane reformy. Z tymi reformami dla służby zdrowia, to już człowiek nie ma zdrowia.
Ja osobiście - prosty obywatel Rzeczypospolitej - czuję się przez Państwo oszukany. Państwo wymusza na swoich obywatelach mocą aparatu karno - skarbowego finansowanie całej rzeszy trutni, cwanych korporacji farmaceutycznych i innych darmozjadów. Obywatel bronić się nie ma jak - bo prawo stanowi, że jeśli zarabia, to składki na Fundusz Zdrowia płacić musi. 

W Polsce składka na ubezpieczenie zdrowotne (dla osób prowadzących działalność gospodarczą) wynosi ok. 150 zł. Podobną kwotę płacą średnio zatrudnieni na etat. To dużo pieniędzy. W niektórych rejonach kraju cała rodzina musi za to przeżyć przez dwa tygodnie. A co za tę kwotę dostajemy?
- Ja - prawie NIC!.
Tak - naprawdę prawie nic. Wcale nie oszukuję. I już sprawę wyjaśniam.

Otóż od czasu sławetnej reformy służby zdrowia ANI RAZU (!!!) nie skorzystałem z usług tej instytucji powodowany chorobą  - nie byłem u internisty, czy laryngologa, nie leżałem w szpitalu (za dentystę zapłaciłem z własnej kieszeni, a jedyny mój kontakt z państwową instytucją zdrowotną był spowodowany dodatkowymi badaniami).  Nie mam nawet wyrobionej  tzw. książeczki RUM i do lekarza się nie wybieram, tzn. będę się przed kontaktem z polską służbą zdrowia "bronił rękami i nogami". Jak się czuję gorzej to kupuję polopirynę w sklepie (nikt mi jej oczywiście nie refunduje w żadnym stopniu) i zwiększoną porcję cytryn na herbatę. Gdy patrzę na to jak jest wśród moich znajomych, to obserwuję, że wizyty u lekarzy są u nich rzadkością. Na co więc idą te pieniądze? Przecież za 150 zł miesięcznie można by prywatnie odbyć 2-3 wizyty lekarskie miesięcznie. A tu latami się płaci składki, choć pensje lekarzy i pielęgniarek są na tak niskim poziomie. To gdzie się lokuje te pieniądze?

Właściwie to nawet nie chce się domyślać, gdzie owe pieniądze lądują. W swoim czasie prasa opisywała przypadek lekarza, który zarabiał przepisując emerytom viagrę. Emeryci nic o tym nie wiedzieli, że na ich nazwisko jest przepisywany ten specyfik, a lekarz wykupywał go po obniżonej cenie (bo z dopłatą) i sprzedawał z zyskiem na wolnym rynku. To że lekarz taki proceder uprawiał - raczej mnie nie dziwi - stare przysłowie mówi, że "okazja czyni złodzieja". Jednak sporym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że viagra jest na liście leków refundowanych, podczas gdy wiele leków ratujących życie - nie. W takim razie zadaję sobie pytanie: ile jeszcze innych podobnych jak viagra "leków" wtajemniczone osoby kupują taniej za pieniądze wszystkich ubezpieczonych? 

A skoro to tak działa w tym przypadku, to spodziewam się najgorszego po innych aspektach finansowania naszej służby zdrowia. To, że wiele szpitali jest w istocie utrzymywanymi przez ogół prywatnymi gabinetami uprzywilejowanej kasty ordynatorsko - profesorskiej jest faktem opisywanym co jakiś czas w mediach. A kasta ta, jako bardzo opiniotwórcza, łącznie z silnym lobby producentów drogich leków i innych środków medycznych, skutecznie blokuje powstanie systemu ochrony zdrowia, w którym płacilibyśmy za to, z czego będziemy rzeczywiście korzystali. 

Lekarze zarabiają mało. Pielęgniarki też. Jednak ze statystyk wynika, że na podstawową opiekę lekarską idzie tylko kilka procent składki. To gdzie idzie reszta?

Powiem szczerze - już nie wierzę w żadne reformy. Jedyną szansą, aby wreszcie nasze pieniądze wpłacane na "ochronę zdrowia" przestały być pożywką dla trutni, to system obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych po prostu ZLIKWIDOWAĆ. Niech każdy płaci za swoje leczenie sam (ew. ubezpiecza się prywatnie). W krótkim czasie okazałoby się, co jest ludziom potrzebne, a co było opłacane na zasadzie wymuszonego finansowania uprzywilejowanych. Ktoś powie - a jakby zdarzyła się wizyta w szpitalu? - czy też bym chciał za to zapłacić? Tak się składa, że już parę razy zetknąłem się z polskimi szpitalami. Widziałem nawet cennik opłat dla osób nieubezpieczonych. Przyjmuję. Za 5 tys. zł przypuszczam, że byłbym w stanie opłacić około tygodnia wizyty w szpitalu. A taka kwota ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków była niedawno darmowo dołączana do biletu miesięcznego w Warszawie. Więc zafundowałbym sobie bilet miesięczne za kilkadziesiąt złotych, miałbym i komunikację i zabezpieczenie szpitalne. A nawet jeżeli by się okazało, że to była wyjątkowa promocja, to gotów jestem zdeponować określoną sumę w banku (na przewidywany koszt leczenia) i chciałbym, aby potem nie pobierano ode mnie składek na...
...właściwie ciągle nie wiem na co...

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 23 maja 2004

O języku i "byciu w Europie"

Przyznam, że nie lubię określenia "weszliśmy do Europy". Pachnie mi manipulacją. Raczej powiedziałbym, że po prostu wstąpiliśmy do największej europejskiej organizacji polityczno - gospodarczej, czyli Unii Europejskiej. Jednak Europa to nie ta jedna organizacja i nie tylko polityka z gospodarką. 

Z drugiej strony faktem jest, że język jakim się posługujemy, jest z zasady dość nieprecyzyjny i przykładów na dość mylące stosowanie określeń można znaleźć sporo. Podobny los spotkał przecież np. termin "Amerykanin" - w końcu Ameryki mamy dwie - Północną i Południową, a w samej Północnej, obok USA jest jeszcze Kanada i Meksyk. A nie sądzę, aby ktoś spotkał się z sytuacją, gdy Meksykanina nazwano "Amerykaninem", albo samochód z Argentyny, czy Brazylii określono jako "amerykański". Dla mnie - dydaktyka - te niuanse słowne mają szczególnie duże znaczenie. W końcu fakt, że spora grupa ludzi jakieś słowo rozumie inaczej niż większość, powoduje, że przy tłumaczeniu zjawisk lepiej jest użyć terminu bardziej jednoznacznego. W przeciwnym wypadku, robi się z tego wiele nieporozumień. 

Z drugiej strony, bez takich "sztuczek" z nazywaniem nie byłoby demagogii - w końcu określenie "wchodzimy do Europy" nie wymyślił nikt inny, tylko euroentuzjaści, próbujący przeforsować tezę, że albo Unia Europejska, albo ... - właściwie prawie niebyt, co jest oczywiście dużą przesadą.  I nie chodzi tu o to, żebym był jakimś eurosceptykiem - ogólnie cieszę się, że znika wiele barier w kontaktach między narodami naszego kontynentu, jednak nie lubię czuć się manipulowanym przez nadużywanie określeń, wmuszanych mi przez osoby forsujące swoją wizję spraw. Poza tym wciąż jeszcze pamiętam komunistyczne manipulacje językiem - z takimi określeniami jak "demokracja socjalistyczna" (za komuny krążył taki dowcip: czym się różni "demokracja" od "demokracji socjalistycznej" - tym czym krzesło, od krzesła elektrycznego ;)  ), "demokracja ludowa" (w istocie władza jednej partii - komunistycznej), "władza  ludu" (wyjaśnienie - patrz punkt poprzedni). Tak więc osobiście wolę, kiedy językowe określenia nie są nadużywane przez politykę.

Ale odchodząc od tematu, myślę że wiele osób wciąż się zastanawia: 
Jak to teraz będzie dalej na naszym "wstąpieniu"?
Niestety, nie ma na to mądrych. 
- Są zagrożenia, są nadzieje. Wg mnie największym zagrożeniem jest z jednej strony niebezpieczeństwo zawładnięcia władzy w całym organizmie europejskim przez jeden silny ośrodek (możliwy kandydat, to koalicja Francja - Niemcy), przy lekceważeniu zdania słabszych, albo scenariusz wręcz przeciwny - że sprzeczne interesy, pieniactwo, egoizm narodowy podzielonych 25 państw zablokują sensowne działanie całości Unii i żadna siła nie będzie umiała zdobyć wystarczającej większości, aby przeforsować dobre rozwiązania, bo jakaś część krajów będzie je blokowała. Jeszcze innym wyraźnym zagrożeniem jest postępujący rozrost unijnej biurokracji i wynikające stąd prawne przeregulowanie gospodarki i wielu innych dziedzin życia.
Jest też i wielka nadzieja - że może ów silny dziś organizm gospodarczy stanie się przykładem dobrej współpracy pod wieloma względami - politycznym, prowadzącym do zakończenia narodowych waśni i egoizmów, i gospodarczym - powodującym wzrost dobrobytu ludzi. A taki przykład może być zaraźliwy - wtedy inne kraje, w innych częściach świata może też by się dogadały. Oby to ostatnie się sprawdziło.

 Michał Dyszyński - dodano do serwisu 1 maja 2004

Bandyta z Internetu, czyli jak się pisze niusy

Dzisiaj przeczytałem we wiadomościach Onetu (hmmm, złapałem się na tym, że już prawie nie czytam zwykłych gazet...) informację o pewnym wydarzeniu, czyli nieco z angielska i żargonowo nazywając - "nius" - (news). Chodziło o to, że pewna dziewczyna poznała na internetowym czacie sympatycznego chłopaka (tak jej się przynajmniej z początku zdawało...), a przy spotkaniu bezpośrednim w "realu" okazało się, że to bandyta, który ją pobił, usiłował zgwałcić i zabrał telefon komórkowy.

Jaki z tego wniosek?
- Ale ten Internet niebezpieczny! - nie?...

Oczywiście znam sporą grupę osób, dla których to będzie absolutny dowód szkodliwości i zagrożeń Internetu. Są to najczęściej osoby z pokolenia na emeryturze, którym z zasady nie odpowiada to co nowe. Internet i komputery nie odpowiadają im szczególnie. A taki przypadek to dowód "niepodważalny". 
Dziecko! - nie włączaj komputera, bo cię bandyci zgwałcą i okradną...

Tymczasem gdyby ta sam dziewczyna poznała tego samego bandytę: na dyskotece, w kawiarni, korespondencyjnie po staremu (czyli ze znaczkiem na kopercie), w pubie, w parku, na wycieczce szkolnej, czy w muzeum ziemi, to byłoby normalne. A tu - łolaboga - Internet. I mamy niusa i mamy dyskusję o tym jak to jest niebezpiecznie zajmować się tymi "nowinkami". 

Niestety, rzadko kto potrafi rozróżniać prawdziwe przyczyny, od mało istotnego tła. Tymczasem naprawdę istotnym wnioskiem z tej historii jest to, że dziewczyna, która widzi jakiegokolwiek nieznajomego chłopaka i samotnie udaje się z nim w miejsce odosobnione, może być ofiarą napadu. Dotyczy to nie tylko dziewczyn i nie tylko poznających kogoś przez Internet.  Dotyczy KAŻDEGO spotkania z nieznajomym, zapoznawanym OBOJĘTNE JAK. Internet jako medium pierwszego kontaktu jest tu w istocie czynnikiem trzeciorzędnym. 

A zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że...
...Internet jest bezpieczniejszy pod względem zapoznawania nowych osób. 
- Po pierwsze dlatego, że pierwszy kontakt nie jest taki błyskawiczny, więc trudniej jest kogoś tak w szybkim zamieszaniu "zbajerować". Jest więcej czasu na zastanowienie się. Można pójść z "obstawą", umówić się nie w przypadkowym, a dobrze wybranym miejscu.
- Po drugie - to właściwie Internet jest wręcz mniej anonimowy pod tym względem - wszystkie połączenia są zapisywane, wiadomo skąd i do kogo było połączenie. Policja może to później odtworzyć (i wielu przestępców dzięki temu siedzi).

Natomiast dla mnie w tym wszystkim ciekawy jest najbardziej element psychologiczny. Ludzie zauważają związek wtedy, gdy są nań nastawieni, lub zwróci się im na to uwagę. Ten tytuł wiadomości był: "Internetowy przyjaciel bił i usiłował zgwałcić", tak więc w sposób oczywisty "winny" się robi Internet. Gdyby napisano "Bandyta zaatakował dziewczynę w parku", to by było że to właśnie park jest niebezpieczny itd... Kiedyś pamiętam napisano "Nauczycielka zabiła ucznia" (czy coś podobnego). Oczywiście spora grupa ludzi pomyśli sobie wtedy: ale ci nauczyciele to wredni. Zawsze ich podejrzewałem o złe intencje... Ale gdyby dziennikarz zauważył np. rudy kolor włosów zabójczyni (nie wiem jak było on naprawdę) i napisał "Ruda nauczycielka zabija ucznia", to pewnie duża grupa ludzi zacznie żywić uprzedzenia do osób z tym kolorem włosów. 

Jak bardzo ludzki umysł podaje się manipulacji....

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 28 kwietnia 2004

 

Nowa generacja wirusów komputerowych - wirusy zlokalizowane.

Dzisiaj dostałem pierwszego wirusa komputerowego, który został "zlokalizowany" - nagłówek i treść miał w języku polskim. Co prawda treść była bardzo prymitywnym (z błędami) tłumaczeniem słów angielskich oto ona: "Podobac sie przeczytac ten udokumentowac.", czyli na razie dość łatwa do rozpoznania jako podejrzana (zwłaszcza że zawierała załącznik z rozszerzeniem "pif"), ale człowiek przyzwyczajony, że wirus może "odzywać się" wyłącznie po angielsku, być może da się oszukać.

Prawdę mówiąc, ten zalew wirusów i spamu wydaje się być przerażający. Doskonalenie się wirusów, też ostatnio znacznie przyspieszyło. Są dni, że dostaję około 100 maili zawierających wyłącznie śmieci, a do tego żadnego użytecznego e-maila. A idzie wciąż ku gorszemu. 

Postanowiłem więc podzielić się pewną refleksją - dlaczego jest aż tyle wirusów i spamu. 
Moim (ale nie tylko moim) zdaniem główną przyczyną jest przede wszystkim... GŁUPOTA LUDZKA. 
I wbrew pozorom nie myślę tu wyłącznie o głupocie ludzi, którzy owe wirusy tworzą - co prawda za mądrych ich nie uważam, ale być może mają w tym jakiś swój przewrotny i zły cel (np. ataki na wybrane witryny internetowe, wykradanie haseł, numerów kont bankowych itp.). Dużą winę ponoszą same ofiary tych ataków - ludzie, którzy bezmyślnie posługują się Internetem.
Przy czym znowu bezmyślność jest na kilku szczeblach - bezmyślni są menedżerowie firm, którzy nie szkolą swoich pracowników pod katem unikania wirusów i bezmyślni są użytkownicy, którzy dają się nabrać na proste sztuczki twórców netowego śmiecia.

Dlatego (tytułem przypomnienia) pozwolę sobie jeszcze raz przypomnieć podstawowe zasady postępowania z pocztą elektroniczną:

zasada pierwsza - nie otwierać ŻADNYCH NIEROZPOZNANYCH ZAŁĄCZNIKÓW do listów e-mail.

zasada druga - dbać o uaktualnienie systemu operacyjnego i przeglądarki internetowej (w Windowsach służy do tego usługa "Windows update", a każdy dostawcy Linuxowi też mają swoje odpowiedniki tej usługi)

Skupię się na pierwszym punkcie. Co to znaczy "nierozpoznanych załączników". Oznacza to m.in. załączników:

od osób które są nam absolutnie nieznane

absolutnie niespodziewanych, niepotrzebnych (w razie czego można się przecież skontaktować z nadawcą, który ew. mógł nam ten załącznik wysłać)

załączników o podejrzanym rozszerzeniu (typie pliku).

W szczególności na 99,9% wirusem jest email pochodzący od nieznanej osoby, zawierający plik o rozszerzeniu: pif, exe, com, bat, vbs, scr. Ostatnio też do tej niechlubnej listy dołączył typ pliku zip, który też niekiedy zawiera wirusy. Jednak ten ostatni rodzaj pliku (zip) jest dość często używany przez "uczciwych" użytkowników, więc niekoniecznie należy od razu wyrzucać pliki z tym rozszerzeniem, bo być może zawierają użyteczne dla nas dane. 

No i kolejna zasada podstawowa: "ciekawość to pierwszy stopień do piekła" - jeśli e-mail, zbytnio nas zaciekawia, lub do czegoś silnie prowokuje, to już z samego tego faktu jest podejrzany. 
Jest to nieraz o tyle skomplikowane, że jeśli otrzymujemy oferty, które nas interesują, lub które z różnych powodów zdecydowaliśmy się tolerować, to mogą się nam pomylić z wirusem. Wtedy zawsze warto upewnić się, czy adres nadawcy jest prawidłowy. 

Procedura postępowania z podejrzanym e-mailem w outlooku express-ie

Ja osobiście, gdy widzę e-mail podejrzany o bycie użytecznym... tak, tak - podejrzane o bycie wirusem, są z zasady prawie wszystkie maile, a co najwyżej mogę podejrzewać niektóre z nich o bycie użytecznym. Stosuję następującą procedurę (jak na razie skuteczną):

  1. przed kliknięciem na e-mail rozłączam połączenie z Internetem (lub Outlooka przełączam w tryb offline) - dzięki temu żadne dodatkowe pliki nie są ściągane na mój dysk po kliknięciu na temat wiadomości.

  2. sprawdzam nadawcę wiadomości - jeśli jest mi nieznany, to stanowi silny element "obciążający"

  3. patrzę czy w temacie nie ma zbyt dużo błędów ortograficznych (są stosowane przez spamerów, i twórców wirusów, aby ominąć filtry antyspamowo - antywirusowe)

  4. klikam wiadomość prawym klawiszem myszy i wybieram z menu kontekstowego "Właściwości", a dalej "Szczegóły" i "Źródło wiadomości". Dzięki temu mogę się w dużym stopni przekonać, czy dany mail pochodzi rzeczywiście z tego samego miejsca, które anonsuje mi w nagłówku.

  5. W żadnym wypadku nie otwieram załączników z podanymi wyżej rozszerzeniami  pif, exe, com, bat, vbs, scr. Plik zip otwieram po upewnieniu się, że pochodzi ze sprawdzonego źródła.

Wszystkie inne wiadomości od nieznanych osób najbezpieczniej jest bezlitośnie usunąć. Dla bezpieczeństwa można to zrobić nawet nie klikając na ten plik (nie podświetlając go, co może być niebezpieczne w przypadku niektórych najbardziej zjadliwych wirusów). W tym celu wystarczy posłużyć się "regułą wiadomości" i uruchomić ją do aktualnie posiadanej poczty.

Inne zasady

Co jeszcze można zrobić w kwestii bezpieczeństwa naszego komputera?
- przede wszystkim wciąż być ostrożnym
- zainstalować oprogramowanie antywirusowe (niestety -  zazwyczaj płatne, a do tego mocno spowalnia komputer)
- zainstalować firewall - czyli oprogramowanie, które pilnuje połączeń programów z Internetem i może pozwalać programom na korzystanie z sieci, lub nie. Z darmowych mogę polecić freewarową wersję Zone Alarm (jest również wersja płatna, ale za to znacznie usprawniona).
- co jakiś czas sprawdzać listę plików, które uruchamiają się automatycznie podczas startu systemu (i eliminować podejrzane pliki). Niestety, zastosowanie tej ostatniej zasady wymaga sporej wiedzy o tym, które pliki są pożyteczne, a które nie. Jeśli się nie wie, to można sprawdzić to (częściowo) w ten sposób, że nieznany plik odnajdujemy na dysku, klikamy prawym klawiszem myszy, wybieramy "Właściwości" i sprawdzamy firmę - producenta. Jeśli jest to np. Microsoft, to możemy być spokojni, jeśli dostawca sterowników do naszego skanera, czy drukarki, to oczywiście też. Ale w przypadku nieznanego producenta, warto się zastanowić, czy niechcący sami nie rozsyłamy spamu, posługując się komputerem, opanowanym przez wrogi program.

Pamiętać że:

firma Microsoft żadnych uaktualnień do systemu nie przesyła e-mailem. Od tej firmy można drogą e-mailową dostać co najwyżej informację, ale nie plik do uruchomienia

inne firmy też w większości stosują się do tej zasady. Wyjątki są możliwe po umówieniu się (np. telefonicznym) z serwisem firmy.

jeżeli coś nam się chce "samo" instalować, bez wcześniejszego "wyjaśnienia" co to jest, to jest bardzo podejrzane!

śledzić informacje prasowe (internetowe) o pojawiających się wirusach i innych zagrożeniach.

szczególnie podejrzliwym należy być wobec korespondencji, która pochodzi od naszego banku - jest pytanie, czy to jest NA PEWNO ??!! wiadomość z banku, czy od mafii, która się pod ten bank podszywa...

Gdyby wszyscy ludzie byli ostrożni i konsekwentnie, to spam i wirusy umarłyby śmiercią naturalną. Pewnie naiwni wciąż się gdzieś w sieci znajdą, jednak głupio byłoby wyjść na takiego samemu... 

- Czego nikomu z Czytelników nie życzy
Michał Dyszyński - autor serwisu

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 27 kwietnia 2004

 

O Polsce, złodziejstwie i prostych ludziach. 

Ostatnie sondaże na temat popularności Andrzeja Leppera i jego partii szokują. To już ok. 30% poparcia, a wielu przypuszcza, że prawdziwe poparcie może być jeszcze większe. Badacze i politycy stawiają sobie pytanie: Cóż sobie myśli ten polski naród?

Myślą, kombinują, przyczyn różnych szukają, a diagnoza wydaje się być dość prosta. Wystarczy się po nią schylić - wystarczy POROZMAWIAĆ, z biedniejszymi ludźmi. Tak normalnie. Nie w jakichś sondażach, nie "naukowo". Po prostu porozmawiać. 
 I co z tego wyjdzie?
- Ano wyjdzie jeden wielki krzyk: ALE ONI TAM KRADNĄ!!! 

Większość, stosunkowo nawet uczciwych polityków... (ale naiwny! - powie pewnie czytelnik - mówi "polityk", a obok stawia przymiotnik "uczciwy"...).    ... jednak będę się upierał, że pewnie jest jakaś grupka jako tako uczciwych osób uprawiających ten prestiżowy zawód - polityka. 
Więc nawet ów względnie uczciwy polityk nie wie, że w opinii bardzo wielu ludzi jest po prostu złodziejem. Takie słowo można usłyszeć w tej chwili o całej naszej "śmietance" politycznej. 
- "ONI" tak kradną! To złodzieje! 
Wiem, że taki w miarę uczciwy polityk powie: no zaraz. Nie przesadzajmy, nie wszyscy kradną. Nieprawda. 

Ale tzw. "prosty człowiek" znowu powie - "złodziej". A co będzie tego "dowodem"?
- Głównie jeden fakt: że on ZARABIA kilka, kilkanaście tysięcy złotych! Tylko dlatego!!!
Przecież to poronione myślenie! - powie znowu polityk - Co to jest kilka - kilkanaście tysięcy złotych, wobec zarobków w poważnym biznesie?... To co ma być posłem za "średnią krajową"? W porównaniu np. do zarobków parlamentarzysty unijnego, to polski poseł zarabia grosze. A przecież prezes banku zarabia znacznie więcej, a tu się odpowiada za całe państwo...
A jednak chyba coś w tym myśleniu biedaka jest. Bo jeśli choćby na chwilę wczujemy się w sytuację osoby, która pracuje po ponad 8 godzin dziennie, przez 7 dni w tygodniu - tak, tak - bardzo często, z niedzielami, poniża się przed chamskim nieraz pracodawcą (taki się właśnie często trafia w tych zaniedbanych rejonach kraju), traci zdrowie w ciężkich warunkach pracy i "wyciąga" za to 500 zł na miesiąc (często nawet te pieniądze mu "przepadają"), to fakt, że ktoś inny za samo podniesienie ręki przy głosowaniu, bierze 20 razy tyle, a do tego ma ogromną liczbę dodatkowych przywilejów, wydaje się być skrajną niesprawiedliwością. A przecież ów uprzywilejowany parlamentarzysta, czy inny polityk najczęściej swoje pieniądze dostaje właśnie z podatków owych biednych ludzi. Czy to nie jest złodziejstwo?
Prawnie - na pewno nie. Ale w opinii człowieka nie widzącego szans na poprawę swojego losu - to słowo jest używane. Ja (czyli autor tego tekstu - Michał Dyszyński) bym tego słowa nie użył - nazwałbym to "tylko" niesprawiedliwością. 

Ale jak się tak posłucha, to w tej chwili słychać jeden wielki krzyk "ludu": ZŁODZIEJE!!! ZŁODZIEJE!!! ZŁODZIEJE!!!
OBŁOWILI SIĘ! NAKRADLI! JEŻDŻĄ WSPANIAŁYMI SAMOCHODAMI, ZA GRANICĘ. NIE CHCĄ "DAĆ" BIEDNYM.
Tak sobie myślą ludzie gdzieś tam na ścianie wschodniej (a często i zachodniej), w miastach i miasteczkach (ale i w całkiem dużych miatach). I nie wierzą już żadnemu "fachowcowi", żadnemu "ekonomiście". Bo tak się jakoś dziwnie złożyło, że do tej pory fachowcy od państwowej ekonomii najlepiej zadbali o własne kieszenie, a dobro zwykłych ludzi jakoś mało się liczyło. 
Ludzie się uczą (nawet ci słabo wykształceni). Po kilkunastu latach od "transformacji" zrozumieli, że każda kolejna polityczna klika tylko się wzbogaci. I przestali wierzyć komukolwiek. Z wyjątkiem Leppera, który od początku był "przeciw temu wszystkiemu", że "wygarnia im prawdę", że głośno mówi: "złodzieje".

To czy Andrzej Lepper ma sensowny program - specjalnie nie ma znaczenia. Po pierwsze i tak, nawet inteligentni ludzie, niezbyt się w tych zawiłościach programowych orientują. A po drugie - pozostałe partie (czyli nielepperowskie), też przyzwyczaiły nas do demagogii - w końcu kampanie wyborcze bardziej przypominają przerywniki reklamowe, niż maja cokolwiek wspólnego z merytoryczną dyskusją o Polsce. Do tego - nie czarujmy się - program, to jedna rzecz, a potrzeba dorwania się "żłobu" - to cel jak do tej pory i tak najważniejszy. I tego już się zdążyliśmy nauczyć.

W polityce jest jak w komputerze 
- tu się klika myszą - jeden, drugi, trzeci... 
a tam jedna klika, druga klika, trzecia klika...

Tak więc szukują się rządy Pana Leppera, który dzięki podstawowemu hasłu "złodzieje" wygra kolejne wybory. I będzie miał z tym złodziejstwem sporo racji. Niestety, z faktu zauważenia złodziejstwa (trudno go nie zauważyć, bo wszędzie je widać) nie wynika wcale: ani rzeczywista chęć "nie bycia" złodziejem, jeśli się taka okazja nadarzy, ani także rozsądny pogląd na temat kierowania państwem. Tak więc wcale Pan Lepper nie musi okazać się "lepszy". Wielu twierdzi, że będzie nawet gorszy. Jak będzie naprawdę?
 Czy szef Samoobrony, gdy dojdzie do władzy, rozwali wszystko co jeszcze jako tako funkcjonuje? Czy może ogromna ambicja władzy wyniesie go na pozycję tyrana?
- Ja tego nie wiem i nie zamierzam gdybać na ten temat. Może być też tak, że instynkt samozachowawczy nie pozwoli mu zniszczenie Polski. Wszystko jest możliwe...

I ostatnie, już bardziej ogólna refleksja - niestety, w demokracji tak jest - wygrywa ten, kto najbardziej gładko wciska wyborcom kit - czyli najcwańszy oszust. A wynika z tego dalsza konsekwencja - pojawia się (retoryczne)  pytanie: czy od cwanych oszustów można wymagać później uczciwego rządzenia? - doświadczenie wielu lat raczej nie skłania do optymizmu w tym względzie. 
I jest drugie "niestety". Człowiek odpowiedzialny za słowo i mądry (jedno z drugim jest powiązane) nie wygra wyborów, bo nie będzie gawiedzi mamił pustymi obietnicami, nie będzie epatował charyzmą władzy. I oczywiście do władzy nie dojdzie.
Tak wiec, nie jest dobrze.   Oj, nie jest dobrze...

23 kwietnia 2004

 

O nowej edukacji i daktikowym proroctwie

Dziś komentarz - esej niemal apolityczny. Za to z ulubionej przez autora witryny działki - edukacji. Rzecz będzie o edukacji nowego rodzaju - o naprawdę nowoczesnej edukacji
Większość powie - nuda. Wszak szkoła (z męskiej perspektywy patrząc) jest fajna tylko od strony spotkań kolegów z okazji piwnych wagarów i erotycznie podbarwionych kontaktów z płcią bardziej sympatyczną...
Dla autora jednak edukacja jest ciekawa z wielu innych powodów, a dodatkowo jest w tym jeszcze jeden aspekt - biznesowy. I to poważnie biznesowy. 

Więc do rzeczy. 
Jakiś czas temu kupiłem książkę amerykańskich autorów pt. "Rewolucja w uczeniu". Książka jest pisana w stylu silnie amerykańskim i marketingowym (dla mnie właściwie aż za silnie) - odnoszę wrażenie, że w tym tekście zatraca się granica między stwierdzaniem faktu, a reklamą tych stwierdzeń - rzucają się w oczy hasła pisane wielkimi literami na całej stronie, dominują mocne oznajmujące zdania i proste recepty. Jak dla mnie - za proste. I chyba za nachalne.
Z drugiej strony jednak - zdaję sobie sprawę, że taki jest ten dzisiejszy świat - wymaga prostych zdań, wpadających w ucho sloganów. Może tak będzie wyglądać mowa następnych pokoleń? Może przyzwyczaimy się do czatowych skrótowców, wszechobecnych określeń angielskojęzycznych w stylu "cool, "funny", "trendy"?... Może?... Myślę, że wszystko ku temu zmierza.
Jednak ja wierzę jednocześnie, że życie wymusi różnorodność. Wszak nie wszystko da się uprościć i ubrać czaderskie hasła. Wierzę też, że również w świecie który nadchodzi, pojawią się style edukacyjne w bardzo różnych wydaniach - reklamowo - hasłowym, czyli uproszczonym - dla niezbyt zaawansowanego odbiorcy. Ale będzie także styl wyważony, spokojny, gdzie każde słowo znaczy - to co znaczy, czyli bez konieczności dowiązywania mu emocjonalnego ciężarka, czy balonika z helem. Bo upraszczanie spraw, umieszczanie ich w silnie emocjonalnym otoczeniu bardzo często zakłamuje istotę, bo pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać "cool", bo są pewne prawdy i mechanizmy, które muszą być przepracowane - żmudnie, ciężko, z bólem głowy i karku. Ale pewnie też dlatego zawsze będzie elita tych którzy więcej rozumieją, którzy widzą dziesięć poziomów emocji, tam gdzie większość dostrzega zaledwie trzy.

I będzie też nowa edukacja z prawdziwego zdarzenia. O dwa poziomy lepsza. Skuteczniejsza. To nie takie trudne. Gdy patrzę na możliwości jakie wykorzystują dzisiejsze podręczniki, czy metody dydaktyczne, to żal człowieka ściska... Widać całe wielkie obszary niewykorzystanych możliwości. A przecież... wystarczy sięgnąć ręką. 
W dobie komputerów i Internetu można nauczyć ludzi tego samego 2 - 3 razy szybciej. I lepiej. Państwa i organizacje, które to zrozumieją i wprowadzą w życie wynikające stąd wnioski, będą miały ogromną przewagę nad resztą świata. 

Bo przyjrzyjmy się co tak naprawdę limituje lepszą jakość życia i pracy - technologia? - ona sama to może połowa. A prędzej jedna trzecia. W końcu z możliwości edytora Word przeciętny użytkownik stosuje 5%, większość osób nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę potrafi ich telefon komórkowy. A przecież tym co naprawdę ważne w pracy biznesmena, czy fachowca z prawdziwego zdarzenie, to dostęp do rzetelnej informacji, a do tego podanej w sposób maksymalnie przystępny. Dla tych specjalistów, których godzina pracy kosztuje dziesiątki dolarów, nie liczy się cena za informację (oczywiście mówimy o ogólnie "rozsądnych" cenach), tylko czas w jakim ta informacja będzie mogła "zapracować" i na ile będzie można na niej polegać. 

Dlatego prorokuję (to jest dopiero to główne proroctwo na dzisiaj):
Firmą nowych czasów, firmą nowego świata będzie...
   WYSZUKIWARKA INTERNETOWA GOOGLE!!!
Nie tam żaden Microsoft, nie ten czy wielki "teleokom". Już dziś, jak się czegoś nie wie, to się idzie poguglować, A nadejdą czasy, gdy guglować będziemy po wszystko - gdzie kupić bułki, w jakim mieście urodził się Napoleon i czy warto inwestować w obligacje rządu Rodezji. Google zaś przestanie po prostu wyrzucać nam nawał stron witryn internetowych o bardzo zróżnicowanej użyteczności, lecz opracuje dla nas metody odpowiedzi na pytania. Po prostu - będzie prawie tak jak z odpowiedzą fachowca. Choć może odpowiedzi na pewne szczególne pytania będą, albo płatne, albo limitowane dla wybrańców.
Z resztą Google już został wybrany firmą roku. Tyle że mało kto wie, że tak naprawdę jest to firma stulecia...

A wracając na koniec do zacytowanej wcześniej książki. Mimo swojej przerysowanej maniery wypowiedzi, nie była ona głupia - też wieszczy to samo co ja w tym eseju - początek nowej ery - ery wiedzy i edukacji.

Dodane do serwisu 29 marca 2004

 

O obrażalskich, (bez)prawiu, Internecie i ewolucji

Na stronie brytyjskiego serwisu informatycznego ZDNET przeczytałem kilka dni temu informację o przyznaniu przez ten serwis tytułu: "most stupid piece of Internet legislation in the world" (czyli w wolnym tłumaczeniu: "Największy na Świecie wygłup internetowego prawodawstwa"). "Laureatem" jest sąd w nieodległej Francji (czyżby kolejny przyczynek do odwiecznej rywalizacji obu nacji?... - ZDNET jest prowadzony przez Brytyjczyków), który zakazał Francuzom wchodzenie na strony www aukcji oferujących pamiątki po nazistach. Problem w tym, że wspomniane aukcje są organizowane w Internecie, poza terytorium Francji.  Dlatego, w celu realizacji niniejszej decyzji, ten że sąd dał organizującemu aukcje amerykańskiemu portalowi Yahoo dwa miesiące na zastosowanie się do decyzji, czyli zablokowanie dostępu do nazistowskiej aukcji dla wszystkich francuskich internautów. Jak pisze wspomniany serwis, prawodawstwo francuskie rozważa wprowadzenie obowiązku konsultowania z nim każdej publikacji na stronach Światowej Sieci, jeżeli mogłaby ona być niezgodna z francuskim prawem. 

Teraz będzie komentarz daktikowy. Ta moja refleksja sięga w bardziej ogólne sfery niż tylko pamiątki po nazistach, a u jej podstaw jawi się pytanie:
   jak bardzo prawo, grupy ludzi, organizacja może nakazywać coś innym ludziom?
Z jednej strony jest oczywiste, że nakazy i zakazy są niezbędne - nie wolno zabijać, nie wolno kraść. Z drugiej jednak, kwestią dyskusyjną jest, jak bardzo określone osoby powinny się dostosowywać do czyjegoś widzimisię (nawet jeśli to jest widzimisię rządu dużego państwa). Bo w różnych krajach, różne czyny są dozwolone i zakazane. W niektórych krajach islamskich nie wolno jest propagować chrześcijaństwa. Gdyby taki rząd mógł swoje prawo wprowadzać, to zapewne nakazałby usunięcie strony Watykanu, czy Polskiego Episkopatu. W niektórych krajach zakazane jest publikowanie treści niezgodnych z aktualną linią polityczną (Chiny, Korea Pn. i niemało innych) - co by się stało, gdyby ich wyroki dotyczące zamknięcia dysydenckich stron musiał respektować świat?... Piszę to także w kontekście dość powszechnych w Polsce procesów o obrazę uczuć religijnych. Wiele osób w różny sposób czuje się obrażonych i dochodzą swoich roszczeń w sądzie. W krajach o innym poczuciu "obrażenia" uznaje się najczęściej większą swobodę wyrazu artystycznego niż w naszym Kraju. Oczywiście nie zamierzam to stawać po jakiejkolwiek stronie w konkretnym przypadku, jednak na moje wyczucie, co niektóre "obrażone" osoby są wyjątkowo obrażalskie (choć w innych sytuacjach przyznałbym rację skarżącym, bo niewątpliwie "prowokowanie" publiczności przez artystę powinno mieć swoje granice). 
Ale patrząc na rzecz bardziej ogólnie, tak sobie myślę, czy owe obrażone osoby nie zauważają wyrywkowości zauważonego przez nich "przestępstwa" - czyli, że najczęściej to, co spowodowało ich dyskomfort emocjonalny jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej podobnych informacji, dzieł artystycznych, wypowiedzi. Aby te pozostałe znaleźć (choć też tylko w części) wystarczy tylko uruchomić wyszukiwarkę internetową (wpisać kilka słów) i znaleźć setki obraźliwych publikacji - w różnych krajach świata, różnych kulturach (czasami słowo "kultura" może być tu użyte nieco na wyrost...).

Problem nie jest banalny, bo prędzej czy później, może stać się zarzewiem poważnych konfliktów. W końcu wraz z rozwojem technik informacyjnych i dostępu do treści będzie rosło znaczenie propagowania idei i wszystkie związane z nim niebezpieczeństwa. Jak pogodzić ze sobą interesy ideowe całkowicie antagonistycznych dzisiaj grup - islamistów i radykalnych chrześcijan, fundamentalistów i liberałów, wolnomyślicieli i obrażalskich na wszystko i wszystkich?...
Pewnie się nie da. To co dalej? - zaczynamy kolejne wojny?

Typowy człowiek ma wbudowane w swoją psychikę szczególne pragnienie: zmusić Świat, aby był "po mojemu".
- po mojemu, czyli wg tego co mnie uczyli rodzice, co sobie wymyśliłem, co polubiłem, co uznaje "moja grupa". To się wydaje ważniejsze, bardziej rozsądne niż myśli i pragnienia innych ludzi, innych grup. 
Tak myśleć nakazuje nam mechanizm ewolucyjny. Bo z tegoż ewolucyjnego punktu widzenia patrząc właśnie o to chodzi, żeby była wojna. Chodzi o dominację, konflikt, chodzi o wojnę. W toku wojny dochodzi do zabijania niektórych osobników. Teoretyczne - odpadają słabsi, zaś geny się doskonalą... Teoretycznie...
Bo wydaje mi się, że ostatnio ludzkość ma poważny problem. I ewolucja (jeśli by ją tu spersonalizować) - też. Bo ów sprawdzony od milionów lat mechanizm, w przypadku ludzi, właściwie prawie przestał już działać - przynajmniej w w odniesieniu do wojen między narodami i w tym pozytywnym sensie. Bo teraz wojna stała się zbyt masowa, zbyt skuteczna. Dziś wojna w równym stopniu spowoduje kataklizm dla mądrych i głupich, silnych i słabych, wytrwałych i wątpiących. Wojna jest już tak masowa, że prawie nic nie różnicuje, nie wyłania osobników o lepszych genach. Ona wyłania martwe pustynie.

Jednak mechanizm dominacji i dążenia do wojny w ludziach pozostał. Im bardziej prymitywny w myśleniu człowiek, tym lepiej to widać. Prymitywni ludzie pragną się bić, pragną okrucieństwa. Nie są w stanie opanować nakazu ewolucji. Widać to na stadionach, widać w rzeziach plemiennych, wojnach domowych, zajadłości grup terrorystycznych. Wielu ludzi pragnie "zabijać wrogów". To jest ich nakaz życia, powołanie. Wrogów zawsze można znaleźć - w końcu to kwestia umowna, kogo do wrogów zaliczymy. Będą więc zabijać z potrzeby serca, z nakazu ewolucji. Czy to islamiści, czy to chrześcijanie. Bo niestety, to nie tylko islamiści chcą mordować. Chrześcijanie, katolicy, protestanci - też. Nakaz miłości bliźniego, póki co nie przedarł się do wielu, tkwiących w okowach ewolucji, umysłów (doskonałym przykładem są odległe zaledwie o kilka lat wydarzenia w Rwandzie).
Jak daleko nas zaprowadzi? Czy ludzkość przetrwa?

Na koniec jeszcze wrócę do pamiątek po nazistach - pozwolić nimi handlować, czy nie? - ja bym akurat pozwolił. Nazizm jest historią tego globu, jest dokonaniem ludzkości - takiej jaka ona jest - i trzeba o tej historii pamiętać! Trzeba pamiętać o nazistach, stalinistach, zabójcom polskiego UB i wielu innych. Jeśli nie będziemy pamiętać, do czego zdolni są ludzie (tacy jak my!), to ewolucyjne prawo zabijania nie znajdzie żadnej przeciwwagi w naszej świadomości. Trzeba pamiętać o nazistach, zbierać pamiątki po nich - aby nikomu do głowy nie przyszło, że to przecież niemożliwe, aby ludzie tak czynili innym ludziom, że to tylko mit, wymysł. Trzeba te pamiątki zachowywać, a wraz z nimi pamiętać o zbrodniach. I piszę to niekoniecznie w kontekście Narodu Niemieckiego, bo nie wiadomo, czy "My" jesteśmy lepsi, czy gorsi, czy tacy sami. A nawet jeśli nie dalibyśmy się swojemu "Fuhrerowi" aż tak pociągnąć do wojny ze światem, to obserwacja aktualnej podatności społeczeństwa na demagogię pokazuje, że pewnie niejedno by się nam "zdarzyło". 
Jeśli zaś to pokolenie nie wyciągnie wniosków z historycznych grzechów świata, to będzie musiało wyciągać je z grzechów własnych. A to będzie znacznie bardziej bolało...

Michał Dyszyński, dodane do serwisu 16 marca 2004

Kreskówki nadzieją kinematografii?...

Ostatnio rzadko oglądam filmy. Nie chce mi się. Nudzą mnie. Irytują. 
Co ciekawe, obserwuję, że nie jestem takim znów wyjątkiem w odbiorze tego co oferują nam specjaliści spod znaku celuloidowej taśmy (czy może ostatnio nośników cyfrowych). Mam znajomych, którzy nie mają ochoty chodzić do kina, lub zrezygnowali z posiadania telewizora. Także w prasie daje się słyszeć głosy, że tradycyjna branża filmowa wyraźnie przeżywa kryzys. Niekoniecznie finansowy (choć i tu piractwo mocno daje się filmowcom we znaki), ale na pewno ideowo - koncepcyjny. Osobie w moim wieku, która obejrzała już setki, a może tysiące filmów najczęściej nie chce się już włączać telewizora, by obejrzeć nawet nowy i teoretycznie atrakcyjny film. Przyczyna główna? - nuda. Wszak dla większości filmów, każdy schemat widziany był już wielokrotnie, a scenariusze sprawiają wrażenie pisanych przez niezbyt wyrafinowany program komputerowy - ot, kolejna składanka ogranych chwytów.
Kolejny element, to strach producentów tradycyjnych filmów przed wytworzeniem czegoś sensownego. Tak nazywam pewien syndrom działalności filmowców - oni chyba panicznie się boją, że jeśli się filmu czymś (chociażby nawet drobnym) nie "popsuje", to odbiorca pewnie poczuje się urażony (może przytłoczony?...) ową logiką i rozsądkiem. Może chodzi o to, że trzeba się odbiorcy w ten sposób podlizać - pokazać mu: "widzisz, ja - niby uznany twórca filmów - a też produkuję takie idiotyzmy, że głowa mała...". Pewnie to o to chodzi, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć faktu, że całkiem niezłe filmy są w pewnych momentach bezlitośnie psute - np. właśnie zupełnie nielogicznym zachowaniem bohaterów, kompletnym nieprawdopodobieństwem rozwoju sytuacji itp. I nie chodzi tu np. o to, że nie lubię filmów mało realistycznych (np. fantastycznych) - wręcz przeciwnie - lubię. Ale też i oczekuję od ich twórcy logiki - jeżeli w świecie przyszłości ludzie potrafią teleportować się na ogromne odległości i obsługują superstatki kosmiczne, to nieprawdopodobieństwem jest, że ich najlepsza broń, jest gorsza niż ta, używana podczas 2 wojny światowej itd....

Z drugiej strony tzw. "kino ambitne" jest najczęściej przesadnie eksperymentalne (czytaj "artystyczne") a przez to nieoglądalne przez przeciętnego widza - jakieś studium buta operatora koparki, czy wydumany problem kropli farby spadającej do wiadra (oba przykłady wymyślone przeze mnie, ale może ktoś je kiedyś zrealizuje w tym nurcie, jako że bardzo pasują...). Nie byłem na "Pasji" M. Gibsona, ale też słyszę o tym filmie niemało zarzutów o hollywoodzkie wtórności. Z resztą, jeżeli nawet ten czy inny film, ze względu na temat czy ujęcie, okazuje się ciekawszy, to nie zmienia postaci sprawy, że dominują "produkcyjniaki", dzieła szablonowe, pozbawione głębszej inwencji, a do tego również sensu.
Ten bezsens w filmach jest dostrzegalny szczególnie przez fizyka (czyli autora artykułu), ponieważ w tym co nam oferuje branża filmowa, roi się w nich od kolosalnych nielogiczności i rozmijania się z prawami tego świata. Jest to na tyle irytujące, że nieraz - mimo pewnego zaciekawienia akcją - przełączam kanał, albo wyłączam telewizor. Z resztą nie tylko o fizykę chodzi, bo psychologia bohaterów filmów jest "pożal się Boże" - co krok postępują oni niezgodnie z charakterem jaki mieliby reprezentować, z logiką sytuacji, z normalnymi ludzkimi odruchami. Przykładów są setki - policjant, czy komandos specjalista nie sprawdza, czy powalony wróg czasem nie udaje braku przytomności, bohaterowie gonieni przez samochody uciekają zawsze na wprost, a nie szukają ochrony po bokach (zapewne w nadziei, że będą szybsi czy co?...), a dwójka kochających się osób w tarapatach, stojąc obok tykającej bomby zegarowej - nie ucieka, tylko przez te kilka cennych sekund po raz kolejny wyznaje sobie miłość...

Dlatego dla mnie etykietka "Hollywood" skłania ostatnio głównie do reakcji: "No, thanks, I' am not interested...". A kino europejskie? - cóż, też jest bardzo nierówne - z jednej strony setki filmów o niczym, gdzie bohaterowie tylko gadają, gadają, i nic z tego nie wynika (a to co mówią, nie jest ani trochę ciekawsze od rozmów jakie prowadzi przeciętny zjadacz chleba). Z drugiej wyraźnie słabsza pozycja finansowa i słabości "warsztatowe" powodują, że rzadko który europejski film zapewnia światowy poziom realizacji technicznej. Czyżby więc upadek filmu?
- wg mnie na szczęście NIE! Nadzieją są KRESKÓWKI!

Ktoś powie kreskówki? - może te głupie japońskie? Przecież to się nadaje tylko dla dzieci...
A ja na to: po pierwsze nie chodzi mi o najtańszą produkcję. Po drugie jeśli japońskie, to też wybierajmy te lepsze (każdy kraj ma w swojej kinematografii grupę "badziewia"), a po trzecie oczywiście nie tylko japońskie. A wiele kreskówek ma coś, czego brakuje większości filmów "ludziowych" - są np. INTELIGENTNE! Tak. Nie wszystkie, nawet nie większość, ale całkiem sporo kreskówek jest tworzonych przez ludzi z wizją, z inteligencją, z pomysłami. Ponieważ zaś dzisiaj techniki komputerowe umożliwiają tworzenie animacji nawet amatorom, to startować może tu każdy - decyduje nie tylko KASA I ZNAJOMOŚCI (czy tzw. "nazwisko" w branży), ale co kto rzeczywiście umie. Część tych twórców po jakimś czasie się komercjalizuje, część zaczyna robić co innego, ale sam fakt dopływu "świeżej krwi" - zostaje. I wg mnie "głównie w kreskówkach nadzieja na rozwój branży filmowej". Pokazuje to m.in. sukces studia Pixar (które niestety coraz bardziej zaczyna być psute wymaganiami komercji), pokazują sukcesy bardzo wielu filmów rysunkowych wyświetlanych na naszych ekranach. Ja sam złapałem się na tym, że również w telewizorze zaczynam nastawiać sobie kanał na ten "dziecięcy" - kreskówkowy.

Dlaczego tak jest? Dlaczego kreskówki mają mieć większą siłę przebicia? 
- wg mnie przyczyn jest naprawdę sporo, choć wynikają one w większości z opisanego wyżej faktu niskich kosztów startowych wytworzenia filmu i dopływu młodych talentów.
Ta bariera finansowa dla rozwoju sztuki jest kluczowa. Dlaczego tak jest? - to proste. Z jednej strony mamy artystów, ludzi z wizją, fanatazją, inteligentnych (czasami pewnie też nawiedzonych...). Z drugiej strony jest jednak decydent finansowy - czyli rekin od zarabiania - gość, który woli mieć film najgłupszy, najbardziej bezsensowny, ale kasowy, niż nieefektywne finansowo arcydzieło. I taki gość na nowatorski scenariusz reaguję mniej więcej w stylu:
"- wiesz Pan, panie scenarzysta, może to i niezłe, ale czy to się sprzeda? - nie, chyba nikt mi nie da gwarancji, że to się sprzeda. Lepiej napisz Pan scenariusz do Batmana 9, czy kolejny odcinek Dynastii".
I pieniędzy na produkcję rzeczy nowszych, ciekawszych, nie ma. A kreskówki o niższym budżecie dają dodatkowo inne korzyści - np. możliwość tworzenia tworzenia bez powiązania z kolesiosko - biurokratycznymi układami w branży, co skutkuje dostępem ludzi inteligentnych i twórczych, a nie tylko "ustawionych", oferują swobodę kreacji większa niż w filmie aktorskim. Jeśli do tego dodamy szanse na wykorzystanie różnych kanałów dystrybucji (m.in. Internet), brak konieczności respektowania wielu zbędnych artystycznie reguł branży, chęć młodych "zaistnienia" wbrew woli "ramoli" (patrz sukces polskiego twórcy "Katedry"), coraz większą rzeszę fanów (wielu z nich to dorośli, inteligentni ludzie, a nie tylko dzieci), to widać, że kreskówki muszą się przebić. 
A dziś wiele wskazuje na to, że granica między filmem aktorskim i tworzonym techniką animacji będzie się zacierać coraz bardziej. Wszak rozwój technik komputerowych zbliża realizm kreskówek, do tego co oferuje technika zdjęciowa. Przykładów już dziś jest wiele - "animacje" technik specjalnych w zwykłych filmach typu "Terminator", "Dzień Niepodległości", czy dowolny inny zahaczający o fantastykę, a z drugiej strony bardzo realistyczne animacje twarzy, gestów, ruchu w Shreku, "Final Fantasy" Animatrixie i innych - wszystkie połączone z wysokiej klasy odwzorowaniem szczegółów postaci. Granica coraz bardziej się zaciera...

Czy kreskówki przejmą rolę filmów tradycyjnych? raczej nie, ale raczej na pewno odbiorą tym ostatnim sporą część widzów (co z resztą robią już od jakiegoś czasu). I być może za jakiś czas staną się formą dominującą. Czy to dobrze czy źle? - wg mnie, w stosunku do tego co widać dzisiaj - dobrze. Bo wygląda mi na to, że tradycyjny film osiągnął już granice swych możliwości, a do tego został na tyle spętany układami biznesowo - politycznymi, że nie ma się co z tej strony spodziewać przełomu. Dlatego cieszę się z rozwoju tej formy ekspresji filmowej i życzę jej jeszcze więcej sukcesów.

Michał Dyszyński 07.03.2004

O składkach zusowskich, czyli chytry dwa razy traci, a do tego jeszcze stracą wszyscy...

Pozwoliłem sobie napisać ten artykuł, bo już szlag mnie trafia...
Kolejne pomysły "poprawy" wydawania pieniędzy przez Państwo wydają się kierować nasz Nadwiślański Kraj nie naprawy ciężkiej sytuacji, ale wręcz przeciwnie - wiodą do upadku gospodarki, biedy ludzi i kryzysu na wielką skalę. A do tego zapewne kiedyś dojdzie autentyczny wybuch społeczny, bo rosnąca rzesza milionów biedaków jest tykającą bombą zegarową. A w dużym stopniu sytuację tę mamy przez... 
...błędną koncepcję reformy ubezpieczeń społecznych i ciągle brnięcie w wyznaczonym przez nią kierunku.

Ale najpierw "w czym rzecz"...
Wiadomo, że finansowanie emerytur odbywa się częściowo z kapitału, ale w większej części z podatków (i tego się na szybko zmienić nie da). Ta pierwsza część, to w Polsce oczywiście tzw. OFE (plus ew. III filar inne prywatne ubezpieczenia), a druga to podatki. I chodzi mi tu nie tylko o te "nazwane" podatki - typu VAT, PIT, ale również te zakamuflowane pod inną nazwą - a więc "ubezpieczeniowa" składka na ZUS. Co prawda politycy przy okazji omawiania składek ZUS-owskich, nieraz próbują trzymać się "oficjalnej" wersji, że są to pieniądze (w części emerytalnej), które wpłacamy "dla siebie" na przyszłą emeryturę, ale każdy rozsądnie rozumujący człowiek, po wniknięciu w istotę sprawy, szybko się zorientuje, że związek tych opłat z wysokością emerytury jest bardzo luźny i jedynymi "jego" pieniędzmi z całej składki jest te kilkanaście procent przeznaczone dla OFE, zaś zdecydowanie bardziej opłaca się odkładać nadwyżki pieniędzy w bankach, obligacjach czy np. w różnego rodzaju funduszach. Dodatkowo tezę o podatkowym charakterze finansowania emerytur potwierdza fakt, że i tak są one jeszcze zasilane z budżetu.
Problem oczywiście nie w tym jak się co nazywa, tylko jak działa. A niestety - w Polsce - działa zdecydowanie destrukcyjnie dla rozwoju przedsiębiorczości. Działa tak, żeby zniechęcać ludzi do podejmowania legalnej pracy. Głównym tego powodem jest przede wszystkim bardzo wysoka (relatywnie do możliwości zarobienia pieniędzy w Polsce) PROGOWA wartość składki na ZUS, co w połączeniu z wysokich bezrobociem i brakiem nowych miejsc pracy, bezpowrotnie wyklucza z rynku pracy miliony osób, lub WYMUSZA ich przejście do tzw. szarej strefy!

Dlaczego tak? - mechanizm jest prosty.
W większości regionów Polski (a w szczególności tych regionach biedniejszych) zarobek na poziomie 600 zł miesięcznie to jest całkiem już niezły pieniądz. Dla milionów ludzi, dla milionów rodzin. W normalnych warunkach ci biedni ludzie mogliby zacząć jakąś małą działalność - żeby choć trochę zarobić - może jakieś drobne usługi (stolarskie, szewskie, glazurnicze, naprawa sprzętu AGD itp. itd...), otwarcie małej gastronomii, czy punktu turystycznego, ew. początki jakiejś działalności nowego typu... Do tego (teoretycznie) wystarczy zarejestrować tzw. "działalność gospodarczą" i (po wpłaceniu opłat i zgłębieniu zawikłanego systemu podatkowego...) - można działać jako przedsiębiorca. 
Jednak tylko teoretycznie.  Bo rzeczywistość podatkowa skutecznie zniechęca do takiego kroku. A wszystko przez to, że dla osób prowadzących działalność gospodarczą minimalna (ale za to obligatoryjna) składka  na ZUS wynosi aktualnie (razem z niezbędnymi opłatami) około 650 zł. Jak z tego wynika, osoba która chciałby się uaktywnić zawodowo musi mieć co miesiąc GWARANCJĘ (!!!) zarobienia ponad 650 zł. Oczywiście nikt bezrobotnemu, czy innemu kandydatowi na małego przedsiębiorcę, tej gwarancji nie da. Wręcz przeciwnie - po  rozejrzeniu się w sytuacji, bardzo często nowoupieczony przedsiębiorca (czy niezdecydowany jeszcze kandydat na przedsiębiorcę) przekonuje się, że będą pewnie miesiące, w których nie zarobi nic (albo bardzo mało) i trudno będzie uzbierać te 650 zł (nie mówiąc już o sfinansowaniu dodatkowych kosztów, czy jakimś zysku z tej działalności). A ponieważ bezrobotny nie jest na tyle głupi, żeby z powodu zarejestrowania firmy dać się zamknąć do wiezienia za długi podatkowe, to oczywiście działalności nie rejestruje, zawodowo się nie aktywizuje i tylko kombinuje jak by tu dostać zasiłek, lub zarobić "na lewo". Legalnymi przedsiębiorcami mogą zostać tylko ci szczęśliwcy, którym z jakichś powodów udało się "podłapać" stały kontrakt, ew. wyraźnie widać, że ich dochody będą na przynajmniej minimalnym sensownym poziomie.

Oczywiście do bezrobotnych nie można mieć o powyższy stan rzeczy pretensji. Bo byliby głupi, gdyby rejestrowali działalność tylko po to, żeby później od niej dokładać (pytanie: z czego?...). Z politykami i "fachowcami" od reformy systemu sprawa jest inna. Ciąży na nich wina. A religijnie na to patrząc - grzech. Jeszcze inaczej cień moralny rzucony na ich barki i ODPOWIEDZIALNOŚĆ za nędzę milionów rodzin. Oczywiście tego sami nie czują, bo żyje im się znacznie lepiej niż biedakom, zaś poczucie solidarności z rodakami, czy zwykła chęć czynienia dobra jest pewnie na szarym końcu ich wartości.
Ten grzech to też pewnie częściowo głupota - bo oni "tylko" nie pomyśleli o tych biednych (łatwiej jest pochwalić się jakąś, co prawda nieskuteczną, ale za to nośną medialnie inicjatywą, niż rzeczywiście zadbać o byt ludzi), bo im się "zdawało", że skoro oni sami tak łatwo zdobywają znacznie większe pieniądze, to i biedak może. Częściowo jest o to pewnie i zła wola, może destrukcyjne poczucie wygranej w rywalizacji (bo ja mam lepiej, czyli jestem "lepszy").

Dlatego dziś tracą WSZYSCY: bezrobotni (bo nie znajdują sobie legalnego źródła zarobku), budżet (bo nic na nich nie zarabia), gospodarka (bo się nie rozwija w sektorze drobnej przedsiębiorczości, a w dalszej kolejności wolniej rozwija się całość), biedne regiony kraju (bo się tam nic nie dzieje, a wielkich inwestorów też - brak). W ten sposób pogłębia się też niesprawiedliwy podział na Polskę A, B i C - bo osoby z mniej bogatych rejonów, ludzie którzy swoją ciężką pracą z ledwością "wyszarpują" każdą złotówkę są przez system "bici" podwójnie - raz nie mają bogatych klientów, a dwa stosunek ich dochodów do obowiązkowych wydatków jest szczególnie niekorzystny. 

I choć widać jasno, że opisane zasady finansowania emerytur są złe dla Polski, to nie słychać jak na razie głosów postulujących zmiany w tej dziedzinie. A co należałoby zmienić?
- to proste: 
przy małych dochodach firm, opłaty na ZUS powinny być co najwyżej procentem dochodu, a nie być ustalane ryczałtowo.  
Dopiero dla dochodu na poziomie ponad ok. 1300 zł można by myśleć o zryczałtowaniu omawianych podatków. Chyba, że ktoś jest pewny swoich dochodów i jednak chce rozliczac się po staremu.  Podobnie jest przecież teraz z podatkiem PIT (jest procentowy) i podobnie ustalane są składki emerytalne w niektórych krajach (nie jest to więc jakiś wydumany pomysł). A dzięki takiemu ustawieniu sprawy podatków, osoba zaczynająca działalność będzie miała minimalną gwarancję, że przy braku zleceń (a jakże o nie w dzisiejszych czasach trudno...) nie znajdzie się nagle pod kreską i nie znajdzie się w więzieniu za długi skarbowe.

Znaczenie takiej zmiany dla rozwoju przedsiębiorczości byłoby kolosalne
A ma one jeszcze jeden istotny aspekt - dostosowanie do tendencji w światowej gospodarce. Niestety, coraz więcej zaczyna wskazywać na to, że to, że gwarancja pracy (zarobków) na całym świecie coraz bardziej staje się LUKSUSEM.
Można się na to zżymać, można wyciągać wnioski o kolejnych spiskach, jednak patrząc na sprawę realistycznie - jest to dość naturalne. Bo w ostatnich czasach tempo zmian gospodarczych zdecydowanie przyspieszyło. I nie da się już planować tak dalekosiężnie jak kiedyś. I trzeba szukać okazji do zarobienia pieniędzy tam gdzie się one pojawiają i tak jak się pojawiają - czyli koniec z luksusem stałości. Przykładów tej tendencji zaobserwować można wiele. Na całym świecie obserwuje się odwrót od zatrudniania na etat, rośnie rzesza "freelancerów", lub pracowników pracujących w niepełnym wymiarze czasu, zaś nowe produkty pojawiają się o wiele częściej niż to było jeszcze 20 lat temu.

Dostosować się muszą do tego i firmy i (a przynajmniej dobrze by było...) - państwa. Chyba, że się nie dostosują. Wtedy - prędzej czy później - zrobi się ŹLE.  Bazowania na stałości zatrudnienia staje się coraz bardziej przeżytkiem starych komunistycznych czasów, gdzie tak naprawdę mało kto się pytał, czy praca ma sens, czy nie. Jednak jest też chyba przeżytkiem i czasów "dobrych" spokojno - kapitalistycznych, gdy nie trzeba było tak często zmieniać strategii działania. A nasza Polska, jeśli nie dostosuje się do bardziej elastycznych gospodarczo metod, to po prostu przegra w konkurencji z bardziej światłymi państwami, z lepiej zorganizowaną gospodarką. Ale... pewnie mało kogo to tak naprawdę obchodzi...

Michał Dyszyński 29 lutego 2004

Chora służba zdrowia

Ostatnio zgadało mi się z panią z mojego biura księgowego na temat służby zdrowia. Miałem problem, bo mimo regularnego opłacania składek ZUS (a w nim tzw. "ubezpieczenia zdrowotnego") wciąż posiadam spore wątpliwości, czy uda mi się z usług polskiej służby zdrowia w ogóle skorzystać. W końcu płacąc składki przez bank internetowy Inteligo, potwierdzenia zapłaty dostaję jedynie poprzez e-mail. Mogę je oczywiście wydrukować, ale zdaję sobie sprawę, że samodzielne wyprodukowanie podobnego dokumentu potwierdzającego na dowolny miesiąc zajęłoby mi zaledwie parę minut. Tak więc czy ów wydruk może być uznany za dowód opłacenia składki?

Na moje pytanie, czy taki dokument w przychodni "ujdzie", miła Pani Księgowa poinformowała mnie, że nie wie. Bo tak wiele zależy od dobrego humoru rejestratorki w przychodni, że wcale nie można zagwarantować, czy zostanę przyjęty, czy odprawiony z niczym. Dalej wywiązała się z tego dyskusja, w której oboje z Panią Księgową doszliśmy do zgodnego wniosku, że na wszelki wypadek lepiej jest z usług polskiej służby zdrowia...
....w ogóle nie korzystać.

Pani Księgowa opowiedziała przy tym, że jej jednorazowa próba zapisania do przychodni rejonowej spowodowała trwałe postanowienie nie korzystania z usług tejże instytucji. Bo gdy chory człowiek przychodzi do naszej "służby zdrowia" po pomoc natrafia na jakieś dziwne biurokratyczne bariery - od uciążliwej rejestracji samego chorego, po walkę o numerki i wynikającą stąd konieczność zapisywania się na nie od godz. 6.00 do 6.30 rano. Człowiek myśli sobie: a po co mi to? Czy naprawdę robią mi taką łaskę? Absolutnie więc nie dziwię się więc mojej rozmówczyni, że woli nie mieć do czynienia ze społeczną opieką zdrowotną WCALE.
I sam - popieram. Gdy jestem chory, to jedną z ostatnich myśli jest u mnie próba skorzystania z pomocy lekarza. Wszak najpierw będę musiał (często z wysoką gorączką):

 wstać rano, żeby zdobyć numerek
być może zostać odprawiony z kwitkiem, bo pani w rejestracji "nie spodoba" się mój dokument potwierdzający prawa do skorzystania ze świadczeń.
potem przyjść o kolejnej porze do lekarza
na koniec wykupić zapisane leki, które są niestety - drogie (jakoś dziwnym trafem dofinansowywane są te leki, których ja raczej nie kupuję)

A na szczęście w większości typowych sytuacji choroba i tak sama przechodzi po kuracji polopiryna i sokiem z cytryny. Mogę więc poradzić sobie bez pomocy usług zdrowotnych funduszy, kas i czego tam jeszcze. Zaoszczędzam przy tym na:

nerwach (to bardzo ważny dla mnie element!)
upokorzeniach
pieniądzach
dodatkowym doziębieniu organizmu wynikającym z konieczności kursowania do przychodni.

Ktoś powie: ale przecież może się zdarzyć poważna choroba! A wtedy, gdy nie skorzystam z porady lekarza, narażę się na ryzyko poważnej utraty zdrowia. 
A ja na to: pewnie i tak. Jednak jeżeli będę chodził przeziębiony kilka razy do przychodni (raz po numerek, drugi raz do lekarza, potem jeszcze do specjalisty, ew. dalej), to też mam szansę na doziębienie zwyczajnej grypy i spore komplikacje. A tak w ogóle, to wolę wziąć ryzyko na siebie, i po prostu  nie mieć do czynienia z tą nieprzyjemną, biurokratyczną instytucją. Wolę nie zdawać się na opiekę organizacji, która nie potrafi sensownie rozwiązać tak prostej sprawy jak kontakt z klientem. Jeśli im taka rzecz się nie udaje, to na wszelki wypadek, niech lepiej nie zajmują się również moim zdrowiem - po prostu instytucja ta nie zdała mojego osobistego testu użyteczności  i wynikającego stąd testu zaufania. Z resztą - umrzeć i tak kiedyś trzeba, a po co po obrzydzać sobie te chwile na Ziemi kontaktem z tak nieprzychylną instytucją? 

I przyznam szczerze, że jestem w tym dość konsekwentny - mimo już ładnych paru lat "reformy" służby zdrowia, sam mam "nie zarejestrowaną" książeczkę zdrowotną (chyba RUM-owską, choć nie wiem jak to się teraz nazywa), nie należę do żadnej przychodni, nie jestem zapisany do żadnego lekarza. I dobrze mi z tym. Liczę się z ryzykiem utraty zdrowia (a podobnych do mnie jest w tym kraju nie tak mało) z powodu nie skorzystania z opieki lekarskiej. Odpowiedzialność za ew. zdarzenia w dużym stopniu ponoszę sam, jednak...
chyba..., częściowo winą za opisany stan rzeczy należy obarczyć naszych polityków i biurokratów, którzy więcej dbają o to, żeby się narazić wpływowym kolegom z branży ordynatorsko - finansowo - farmaceutycznej, niż o dobro pacjentów.

 I nie chcę mieć z polskim "wymiarem zdrowia" nic do czynienia. Gnębi mni tylko jeden problem:
Dlaczego muszę płacić miesięcznie 150 zł składki na jakiś tam Fundusz czy Kasę, której nie chcę?

Rozumiem, że w swoim czasie wybrani przez ogól posłowie tak zdecydowali. Jest to argument ostateczny i jedyny. Bo gdyby to ode mnie zależało, to całą polską służbę "społeczną" zdrowia natychmiast wysłałbym na przysłowiową "zieloną trawkę", a za te 150 zł miesięcznej opłaty składkowej ew. leczyłbym się "jak Pan" - prywatnie. Tak więc z powodu OBLIGATORYJNOŚCI składki zdrowotnej i WYMUSZANIA na mnie korzystania z usług patologicznie niewydolnej instytucji, czuję się przez własne państwo oszukiwany.

27 lutego 2005

 

Wierzą, bo chcą wierzyć, nie myślą i nie przyjmują faktów, bo im to niewygodne... 

Większość ekonomistów przestrzega przed deficytem budżetowym, związanym z rozdawaniem pracowicie zebranych pieniędzy rozmaitym "potrzebującym". Bo rozdaje się łatwo, a pracuje na rozdawane pieniądze - trudniej.
Teoretycznie też logika ekonomii nie jest taka skomplikowana - pieniądze powinny trafiać do tego, kto coś innym daje dzięki swojej pracy - szewc, dzięki uszyciu lub naprawie butów, rolnik - dzięki wyprodukowaniu żywności itd... Jeśli człowiek za swoją pracę nie dostaje pieniędzy, lub dostaje  o wiele za mało w porównaniu do włożonego wysiłku, to jest to NIESPRAWIEDLIWE. I podobnie niesprawiedliwe jest, gdy bogaty nierób jest wspierany przez biedaków. Jednak opiekuńcze państwa przyzwyczaiły ludzi, że można mieć różne dobra, bo "się należy". A należy się w większości umysłów dlatego że... fajnie by było mieć kupę kasy i nic nie robić. A przynajmniej mieć jakiekolwiek środki do życia bez względu na to, czy potrafię komuś coś sensownego swoją pracą zaofiarować. 
Bo przecież jestem człowiekiem! - i co mam z głodu zdychać, dlatego że nie nauczyłem się pracy, która aktualnie jest potrzebna?... Przecież to nie moja wina! Tak nas uczono, do takich szkół posłali nas rodzice. Tak więc teaz pozostali ludziska płaćcie na mnie.
I większość z nas po cichu tak sobie myśli, że w końcu po to jest państwo, żeby rozmaitym biedakom pomagać (takim jak ja np.). 

Jest tylko jeden drobiazg - jeśli pomaga państwo, to płacimy MY, płacą wszyscy ludzie którzy pracują, którzy muszą wstać do roboty, męczyć się w niej 8 godzin (czasem więcej), którzy później z tej roboty dostaną znacznie mniej pieniędzy dla swoich dzieci.
 I są jeszcze dwa inne drobiazgi:
- czy ów obdarowany przez pracujących jest za to wdzięczny? - to chyba rzadkość, bo nie słyszałem od ANI JEDNEJ osoby biorącej rentę, że czuje się wdzięczna, wszystkim tym, którzy swoim ciężkim wysiłkiem wypracowali te pieniądze. Słyszę tylko narzekania, że mają "za mało", że jak się z tego utrzymać... A może trzeba zmienić punkt widzenia - bo jeszcze jakieś 100 lat temu nie dostaliby NIC! Chyba, żeby sobie wyżebrali. A teraz ktoś na nich pracuje, bo wymusza to system państwowy. I ten drugi drobiazg: 
- czy ów obdarowany przez państwo (tzn. przez wszystkich pracujących) naprawdę nie może nic już z siebie dać? Chociażby w jakimś ograniczonym zakresie? A może ów obdarowany rencista (czy nawet część emerytów, bo "praca" co niektórych za komuny, to nie była prawdziwa praca, i moralnie rzecz biorąc, ów człowiek nic sobie nie wypracował) to młody "byk", który zdrowiem i możliwościami znacznie przekracza większość ciężko na niego harujących? A nawet ten prawdziwie schorowany i nawet scharowany emeryt, czy rencista - czy też nie powinien jakoś (nawet  w ograniczonym stopniu) dać jeszcze coś z siebie?... Może niech chociaż wysprząta swoje otoczenie, żeby ktoś pracujący na niego nie był rażony widokiem koszmarnego bałaganu otoczenia.

Przeciętny człowiek nie myśli w kategoriach państwa. Poza tym o nie wie (a właściwie raczej nie dowierza), że naprawdę ze swojej pracy płaci na górników, urzędników itd... Z własnej kieszeni. Nie wie, że płaci na nich wyższymi cenami produktów, większymi składkami na ZUS, a w konsekwencji niższą pensją, płaci większym bezrobociem i niepewnością pracy, bo inwestorzy są mniej chętni budować fabryki w takim państwie, gdzie urzędnicy będą więcej zabierali z pieniędzy, które uda mi się wypracować. A gdzie jest mniej firm i wybudowanych fabryk, tym mniej możliwości pracy. Gdyby ten przeciętny człowieka wziął pod uwagę, że przyczyną jego niepewności związanej z możliwością utraty pracy jest polityka podatkowa (wymuszona obdarowywaniem tego kto głośniej o to krzyczy), to mniej popierałby populistyczne rozwiązania. Pewnie też zatroszczyłby się, czy ów dotowany przez niego węgiel znajduje jakichkolwiek nabywców, czy tylko powiększa promieniotwórcze hałdy, czy opłacane przez niego armie urzędników w górniczych molochach, rzeczywiście są potrzebne. A gdyby jeszcze się rozejrzał, to pewnie znalazłby więcej osób bardziej godnych wsparcia, niż bogaci prezesi i liczni biurokraci z rozmaitych spółek skarbu państwa itp.

Jednak przeciętny człowiek myśli prosto - chcą zabrać pracę komuś tam - źle, czyli trzeba popierać wszystko co wiąże się utrzymywaniem ludzi w ich miejscach pracy - nawet gdyby ta praca była bezsensowna. Przeciętny człowiek nie wierzy, że na to wszystko płaci. On w cichości ducha wierzy, że te pieniądze po prostu znajdują się w budżecie i już. A kolejne rządy po prostu są złe, bo nie chcą "dać". 

Ale dlaczego przeciętny człowieka tak myśli?
Bo przeciętny człowiek CHCE wierzyć w pewnego rodzaju wszechmoc państwa. Bo wtedy czuje się bezpieczniej, że państwo go ochroni i obroni - wszak może właściwie wszystko... Przeciętny człowiek nie zgadza się psychicznie na niepewność, na to, że nie będzie dostawał darmo. Bo taka myśl jest temu człowiekowi nieprzyjemna. Więc ją sobie z głowy usuwa. I ostatecznie na własne życzenie zapłaci bogatym urzędasom z rozmaitych uprzywilejowanych przedsiębiorstw, spółek skarbu państwa, pasożytom przepuszczającym efekty jego pracy na Kanarach. Przeciętny człowiek jest co najwyżej niezadowolony z tego że jest źle. Ale nie wysili mózgownicy na tyle, żeby rzetelnie widzieć łańcuch przyczyn i skutków tego zła. W efekcie W DOBREJ WIERZE (a jakże!) pogarsza sytuację całego państwa i swoją.
I tak to się kręci...

A jak powinna wyglądać sensowne wsparcie państwa?

- to proste! - jeżeli jakiś zakład już rzeczywiście kwalifikuje się do pomocy i mamy się zdecydować na odbieranie pieniędzy różnym pracującym ludziom, żeby je dać do zakładu, którzy sobie nie radzi, to jako pierwsze powinny być sprawdzone:

pensje menedżerów tejże podupadającej firmy (większość z nich najczęściej wielokrotnie przekracza skromne pensje tych pracujących, którzy owych bogaczy obdarowują)
kontrakty tejże firmy i ew. powiązania firm wykonujących zlecenia z decydentami w firmie kwalifikującej się do wsparcia ( czy kolejne pieniądze wsparcia nie wesprą cwaniaczków i mafijne układy)
ilość zatrudnionych szeregowych urzędników (w porównaniu do typowego zatrudnienia w tej branży)
ilość majątku przynależnego do firmy, a leżącego odłogiem (rozmaite ośrodki wczasowe, które można sprzedać, zapisane na firmę pałacyki itp...)
ilość oczywistych działań naprawczych które mogą zostać wdrożone
rzetelność pracy menedżerów i innych zatrudnionych fachowców.

I gdy już wszystko co niepotrzebne, zostaną sprzedane, gdy wszystkie pasożytnicze stanowiska w firmie zostaną zlikwidowane, można by pomyśleć o wsparciu zakładu, który ma nadzieję w przyszłości przynosić zyski. Aby biedacy przestali w końcu wspierać bogatych cwaniaczków. Niestety, biedni ludzie w naszym kraju ciągle wspierają bogatych cwaniaków. Jak wykazują sondaże - na swoje własne życzenie..

 15 października 2003

 

Spam i polityka

...bo od jakiegoś czasu jestem zalewany tym ABSOLUTNIE BEZSENSOWNYM spamem. Setki reklam viagry, pornografii, ofert rozszerzania penisa i innych nie wiadomo jakich, bo pisanych znakami chińskimi (albo innymi nieczytalnymi  w Europie). Do tego z rzadka jakiś produkt jako tako sensowny. Teraz zaś jeszcze przeczytałem, że spamerzy posługują się serwerami z terenów Chin. I tu mi się otworzyła klapka!

Bo właściwie kto najbardziej skorzysta na produkowaniu spamowych śmieci? - oferenci produktów (niby jak i po co? - skoro są albo za oceanem i trudno mi kupić ich produkty, albo z powodów językowych i tak nie dowiem się nawet co sprzedają). Ten spam nie ma sensu handlowego. Jedynym jego sensem byłoby chyba doprowadzenie do tego, żeby ludzie...
...sam zachcieli kontroli przesyłania informacji przez Internet! I tak się stało. Ludzie mają dość spamu, coraz częściej domagają się od rządów położenia tamy tej niekontrolowanej wymianie danych. Tak więc teraz chińskie służby specjalne, kontrolujące Internet i ograniczające dostęp do niego stają się  nie wrogami jawności i demokracji w Sieci, a po prostu obrońcami przed netowym śmieciem i plugastwem. Dobroczyńcy!

Tylko moja podejrzliwa natura każe zadać pytanie: czy czasem produkcją owego spamu na cały świat nie zajmuje się inna komórka tychże służb specjalnych?
Z resztą nie tylko chińskim służbom specjalnym ta śmieciowa akcja jest na rękę. Właściwie każdym służbom specjalnym i właściwie każdego rządowi, który chciałby mieć pretekst do ograniczania swobody wymiany informacji.

Oczywiście nie twierdzę, że cały spam to robota służb specjalnych. Ale dość wyraźnie potrafię odróżnić sensowną informację handlową o produkcie od śmiecia kompletnie bezużytecznego.
"Dziwny jest ten świat..."

10 września 2003

 

 

Czy to jest złodziej, czy to jest...

Kto to jest złodziej - niby każdy wie. Najczęściej myślimy o kieszonkowcu, włamywaczu. A czy urzędnik państwowy, który w swojej pracy nikomu nie pomaga, a głównie szkodzi - czy on jest złodziejem?...

W mojej osobistej daktikowej głowie wytworzyło się pojęcie "złodziejstwa w ogólnym sensie". Obejmuje ono nieco szerszą gamę sytuacji niż to powszechnie złodziejstwu przypisywane. Pozwolę sobie tu nawet na definicję tego pojęcia. Złodziejstwo w szerszym sensie polega na:

zdobywaniu, lub wymuszaniu od kogoś pieniędzy, lub usług bez adekwatnej gratyfikacji z tego powodu (np. w postaci akceptowanego towaru czy usługi).

W końcu słynny Corleone wcale nie zdobywał swoich pieniędzy bezpośrednimi napadami. On był handlowcem - sprzedawał oliwę (czy podobny produkt - może mnie mylić pamięć). Sprzedawał drogo. Ale (teoretycznie) każdy mógł kupić, lub nie. Jednak nikt nie mógł kupić u konkurencji oliwy taniej, bo konkurencji... nie było, jako że w przypadku jej pojawienia się Corleone wkraczał ze swoim "wojskiem" (albo prywatną policją, jak kto woli)...

W toku rozwoju Państwa tworzone są różne przepisy. Np. że obywatel określoną usługę ma obowiązek wykupić. Musi kupować usługi medyczne Funduszu Zdrowia (nie może z niej zrezygnować, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze płacić firmom w rodzaju Medicover), musi płacić za usługi telewizyjne TVP (choćby oglądał wyłącznie Polsat i TVN), Polskiemu Radiu (choćby słuchał jedynie propagandy produkowanej przez o. Rydzyka w RM), do niedawna musiał dzwonić w różne miejsca wyłącznie z pośrednictwem firmy TPSA. Jeśli obywatel Państwa pogwałci te przymusy przyjdzie do mnie urzędnik wyciągnąć za to pieniądze (wraz z karą), jeśli tych pieniędzy nie dostanie, naśle na obywatela policję.
Różnica między przymusem państwa, a przymusem ojca Chrzestnego jest? - pewnie jakaś tam jest - w końcu chodzi o inne usługi i inne osoby biorą w tym udział. Ale zasada jest identyczna. I ostateczny efekt jest taki, że w wielu sytuacjach Państwo jest wspólnikiem (odpowiednikiem wojska ojca Chrzestnego) w wyłudzaniu pieniędzy za towar, który normalnie byłby tańszy.

W podobny sposób płacimy skorumpowanym urzędnikom. Wielu urzędników zatrudnionych w ministerstwach, powiatach, czy gminach nic dobrego swoją aktywnością (lub jej brakiem) społeczeństwu nie przynosi. Ale i tak aparat państwowy wymusi z ludzi pieniądze na ich pensje i dodatki. Wymusi haracz (znowu kryminalna analogia) dla kolejnej grupy kolesiów z lewicy, albo z prawicy. Obywatel nie ma wyjścia. Ale patrząc na sprawę czysto funkcjonalnie - tzn. płaci się pieniądze z przymusu i nic za to nie dostaje - jest to sytuacja równoważna złodziejstwu

Oczywiście nie zamierzam nazwać niekompetentnego, czy skorumpowanego urzędnika złodziejem (jeszcze by mnie pozwał o znieważenie do sądu, a zapewne wygrałby sprawę). Ale mi nazwa jest obojętna - i tak wiem, że zapłaciłem z moich podatków człowiekowi, który ani mi osobiście, ani nikomu z moich znajomych, ani mojemu krajowi nie przysporzył żadnego dobra. Zapłaciłem za to - bo musiałem. To taka wysublimowana forma "kup pan cegłę". Właściwie w bardzo wielu sytuacjach aparat państwowy powinien być sądzony za współudział w przestępstwie, w wymuszeniu.

I co z tego, że sobie tak myślę? - ktoś powie.
Z pewnego punktu widzenia - nic. Moja świadomość bycia okradanym zapewne nie zmieni stanu posiadania (ani świadomości) osób mnie okradających. Mają mnie gdzieś... 
Ja sam mam niewielki wpływ na to co państwo na mnie wymusza. Może nie zagłosuję na ugrupowanie, które współpracowało z owymi ludźmi okradającymi mnie (ale co tam jeden głos na miliony...), może postaram się unikać kupowania od nich jeśli ostatecznie będę miał ten wybór, ale tę jedną osobę mogą sobie spokojnie "olać", Dla nich to są drobiazgi. 

Jednak z mojego punktu widzenia jest to nieco inaczej. Bo w moim wewnętrznym świecie owi zakamuflowani złodzieje stracili DUŻO. Oni stracili mój SZACUNEK, moje ZAUFANIE, dużą część mojej ŻYCZLIWOŚCI. Z tego punktu widzenia patrząc osoby te występując w telewizji wychodzą na durniów, Nie wiedzą o tym, ale być może w tej chwili, gdy ich przemądrzałe dywagacje są emitowane, kilka milionów ludzi pogardliwie odwraca wzrok, rzuca niewybredny epitet, przełącza zniecierpliwiona na inny kanał telewizyjny. I tego jeszcze wszyscy ci ludzie gardzący złodziejem i oszustem  mają rację. Wszak owi ludzie spod znaku złodziejskiej gwiazdy stracili twarz. Nie mają moralnego prawa mówić co dobre, a co złe, nie mają prawa prosić o wysłuchanie. Bo są złodziejami i oszustami. Kropka.

A nie myślę, że zdobyte nieuczciwie mercedesy i wille staną się pocieszeniem. Tzn. będą pocieszeniem tylko do granicy samooszukiwania się. Jednak gdy prawda wychodzi na jaw, najbogatsi złodzieje odczują też gorycz porażki. Bo przecież rzeczywistość psychologiczna jest taka, że owe mercedesy i drogie domy złodziejom wcale nie są potrzebne do rzeczywistego użytkowania (w niektórych swoich domach bywają na krótko raz na wiele miesięcy, a z kilku samochodów w większości wystarczy jeden). Owe symbole bogactwa w 99 procentach służą do wykazywania LEPSZOŚCI.. Ale przecież wszyscy wiedzą, że to złodziej (!). A skoro złodziej, to znaczy, że moralnie jest GORSZY. Z definicji, z faktu bycia złodziejem - bo bycie złodziejem jest złe, bo złodziejstwo żywi się ludzką KRZYWDĄ.

Bo tak jak kukła wyrzeźbiona z g... posadzona w drogiej limuzynie, delej jest g... (tyle, że w limuzynie), tak złodziej i oszust, który ukrył fakt swojej nikczemności - dalej jest złodziejem i oszustem. W rzeczywistości. I gdzieś tam w cichości ducha o tym wie...

W tym co piszę jest chyba kwestia pewnej wiary. Wiary w znaczenie tego, kim się jest naprawdę. Ktoś powie - co tam, skoro ktoś MA, to jest mu lepiej, jest szczęśliwszy. Może faktycznie pieniądze dają większy dostęp do narzędzi oczywistych przyjemnych doznań. Jednak owo krążenie w kręgu świata prostych doznań, ma swoją cenę w postaci pozostawania w świecie duchowej ciemnoty. Ta zaś zamyka drogę do PRAWDZIWEJ WIELKOŚCI, a w dalszej kolejności do świadomego wybudowania swojego szczęścia. Szczęścia większego formatu. Bo bez uświadomienia i pogodzenia w sobie tych sił, które są rzeczywistością naszego ducha, nigdy nie będziemy w stanie zapanować nad tym co nas niszczy i wzmocnić tego, co nas buduje.
5 sierpnia 2003

 

Od cwaniaka do prostaka... cd.

Od cwaniaka do prostaka - czyli dokąd zmierzasz Polsko?

Gdy obserwuje się życie polityczne w naszym pięknym Nadwiślańskim Kraju, to odnosi się wrażenie, że zostało ono zdominowane przez dwie skrajne postawy - z jednej strony inteligentnych cyników - cwaniaków, którzy poza władzą i pieniędzmi absolutnie lekceważą wyższe wartości, a z drugiej prostaków - czyli ludzi, którzy, nie bacząc na realia, z uporem lansują wizję świata opartą na prymitywnym "widzimisię" i życzeniowym traktowaniu prawdy.

I właściwie nie wiadomo, którzy z nich są bardziej dla kraju destrukcyjni, bo choć cwaniaków jest mniej, to mogą znacznie więcej; z drugiej strony rosnąca rzesza prostaków, w swoim braku rozumu i odpowiedzialności, często powiązanych z zazdrosną agresją, może w krótkim czasie zniszczyć dorobek pokoleń.

Prostak dlatego jest niebezpieczny, że w istocie on nie wierzy w obiektywne prawa rządzące światem. On jest w swoim mniemaniu i sumieniu "dobry" i "uczciwy", a jednocześnie produkuję zło na dużą skalę. Ktoś nie ma pieniędzy? - prostak ma radę jak wprowadzić "sprawiedliwość" - zabrać temu, który te pieniądze ma! - pytanie: "dlaczego ów biedak nie ma pieniędzy?" (może poprzednie przepił...) nie postanie w głowie prostaka. Podobnie nie będzie się on zastanawiał, dlaczego inny pieniądze posiada (może rzeczywiście zapracował na nie wieloletnią ciężką pracą...) - skoro jeden ma, a drugi nie ma, to sprawa jest "oczywista" - trzeba im wyrównać, aby było "sprawiedliwie". Prostak ogólnie zastanawiać się nie lubi (w szczególności nie lubi weryfikować swoich poglądów), jednak ma na wszystko gotową radę - brak pieniędzy na renty? - niech da budżet, nie ma pieniędzy w budżecie? - zabrać bogatym, jest bezrobocie - zatrudnić ludzi, upadają zakłady pracy - dać im pieniędzy, zabronić upadłości... itp. - "dać", "zabrać", "zrobić". A pytanie JAK? to zrobić sensownie, czy o dalsze konsekwencje tych działań - dla prostaka nie istnieją. Prostak nie ma świadomości PRAW ekonomii, konieczności pewnych rzeczy, nieodwołalnych konsekwencji. Prostak nie wierzy w obiektywną rzeczywistość, za to wierzy w siłę władzy i ludzkiego chcenia - np. gdy widzi, że ktoś mądry trafnie przewiduje co się wydarzy, wtedy w duchu jest przekonany, że to co się stało wynikło z "mocy chcenia" przewidującego, a nie ze znajomości praw rządzących światem. Bo prostak prawa lekceważy, a władzę szanuje.
Prostak bywa całkiem inteligentny - często kończy studia, jest dobrym fachowcem. Bo istotą prostactwa w rozumowaniu wcale nie jest brak mocy przetwarzania informacji. Przyczyną tej postawy jest niemożliwość wybicia się myśli ponad pierwotne emocje i niechęć do bycia rzetelnym w swoich poglądach. Prostak może myśleć, ale bardziej PRAGNIE - niż myśli, albo bardziej nienawidzi i zazdrości, niż myśli obiektywnie. Prostak myśli wyłącznie po linii swoich niskich emcoji. Faktem jest, że zgodzenie się na supremację prawdy nad chciejstwem, jest niewygodne. Dlatego prostak w odrzuceniu prawdy i rzetelności wyraża swój bunt - jemu prawda i rzetelność się nie podoba, nie będzie ich brał pod uwagę - taki JEST - ot co!. Zamiast nich prostak pozostanie we władzy prostych, predefiniowanych emocji - kto wróg, a kto "swój"? Kto wyżej w hierarchii, a kto niżej? Bez "zbędnych" pytań, bez wnikania w "bałamutne" szczegóły, bez zbędnych wątpliwości.
Prostacy są podporą demagogów - oni uwierzą temu, kto obiecuje cuda na kiju, bo pragną w to uwierzyć, oni chętnie zniszczą coś lub kogoś, jeśli zazdrość ich do tego nakłoni. A ponieważ demagogów w polityce ostatnio nie brakuje, to najbliższe wybory szykują się jako wygrane partii prostactwa.

Odrzucenie obiektywizmu i prawdy jest dla prostaków tym łatwiejsze, że w przypadku polskiej polityki okazało się, że "mądrzy" to w istocie cwaniacy i oszuści. Faktycznie, dotychczasowe "elity" władzy dbały w 90% o dobro własne, a dopiero pozostałe 10% miałoby służyć dobru wspólnemu. Gigantyczne pieniądze konsumowane przez budżet państwa "zagospodarowują" kolejne koterie, grupy interesu, kolejne korupcyjne mafie. Cwaniak tym różni się od prostaka, że on wie, dlaczego i jak to wszystko funkcjonuje - on świadomie psuje życie wielu ludziom. Cwaniak wierzy też w realia ekonomiczne, ale wykorzystuje je wyłącznie dla zdobycia pieniędzy i władzy - dla siebie i swoich. Dlatego, mimo kolejnych zmian rządów, oczywiste  zmiany w kierunku rozsądku i dobra, nie mogą się "przebić". Wszak, gdyby było sensownie i uczciwie, to nie dawałoby się tak łatwo zdobywać pieniędzy. Co prawda przed wyborami każda partia "walczy z korupcją", "naprawia" gospodarkę. Jednak po wyborach to "nie wychodzi". bez względu na to, czy rządzi prawica czy lewica.

Więc wciąż:

pieniądze z obywateli wyduszają "narodowe" monopole

kolejni "fachowcy" (z politycznej łaski) obsadzają wysokopłatne stanowiska w przedsiębiorstwach, nie będąc zobligowanymi do wykonywania pożytecznej pracy, a jedynie do sprzyjania kolegom

podatki rosną, a efektywność i sensowność wydawania pieniędzy publicznych - maleje.

przepisy tworzonego prawa ciągle są budowane tak, aby jakiś urzędnik rozpatrujący sprawy miał okazję do dorobienia, na swojej "życzliwości".

koszty pracy i bezrobocie - rosną; umacnia się też grupa uprzywilejowanych, na których reszta musi pracować

przepisy dotyczące prywatyzacji są tak sprytnie obchodzone, że różni znajomi kupują państwowe firmy za bezcen.

itd.

I niby wszyscy wiedzą co trzeba zrobić, aby było lepiej. Ale na prawdziwym lepiej zawsze stracą jacyś swoi, którzy aktualnie zarabiają na bałaganie.
Więc lepiej jakoś się nie przebija na ten świat.
A niestety, nawet na horyzoncie nie widać siły politycznej, która przerwałaby ów zalew złodziejstwa i prywaty, a życie polityczne i gospodarcze wprowadziła na ścieżki uczciwości.  Czy więc ta część społeczeństwa, która jest w stanie zachować jeszcze rozsądek i dobrą wolę, ma jeszcze jakieś szanse obronić Polskę?...

24 kwietnia 2003

 

Seksizm w Media Markt?...

Z racji mojego zainteresowania komputerami i sprzętem audio bywam co jakiś czas w sklepach koncernu handlowego M1, a konkretnie w znanym i reklamowanym Media Markt. Ostatnim razem wybrałem się po odbiór odbitek zdjęć cyfrowych wykonanych rezydującym tam Foto Labie.

Od razu chcę się zastrzec, że nie przepadam za wizytami w Media Markt. Przyczyna jest dość banalna - traktowanie klientów przez ochronę sklepu. Parę przypadków wskazuje na to, że wspomniana firma nie ma jakość szczęścia do bodygardu. W swoim czasie w Internecie głośny był opis klienta, który z powodu podobieństwa do domniemanego złodzieja został przez ochroniarzy brutalnie pobity. Myślę sobie - to był "wypadek przy pracy" - wiadomo, tyle kradną wokoło, więc zbyt łagodnie się nie da... Jednak mój ostatni kontakt z ochroną tego sklepu, oprócz tego, że niesympatyczny i rzucający niezbyt dobre światło na "smutnych" panów z MM, nasuwa mi jednoznaczne skojarzenia z dyskryminacją płciową i seksizmem. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Wchodząc do sklepu miewam zazwyczaj ze sobą sporo drobiazgów - komórka (Nokia 5510 jest całkiem spora), gruby portfel (szkoda, że nie od pieniędzy, tylko od różnych świstków), często aparat cyfrowy, a w zimie rękawiczki, czapka. Standardowo wszystko noszę w plecaczku. Jest to taki mały plecaczek, którego główną zaletą jest lekkość i poręczność, bo pojemność ma nie większą niż średnia - mała torba na ramię.. Jeszcze jednym powodem jego wybrania był fakt, że ochroniarze z MM w żaden sposób nie chcieli mnie przepuścić z plecakiem większym i żądali zostawienia wszystkiego w depozycie. Ale co mi z komórki leżącej w depozycie, jeśli chcę coś skonsultować odnośnie zakupu?... Poza tym portfel z dokumentami w depozycie?... - sklep za to nie weźmie gwarancji. Więc co chodzić po sklepie w ubrani z kieszeniami rozdętymi na maksa?

A ostatnim razem, dowiedziałem się, że nawet ten malutki plecak nie może być wniesiony na teren sklepu. Rozżalony, zacząłem dopytywać się ochroniarza:
- to w czym mam nosić komórkę i portfel? Jaką formę zasobnika na przedmioty uznałby Pan Ochroniarz za prawidłową?

Odpowiedź była jedna i uporczywie niezmienna:
- damską torbę.

Tak! - tylko damski ekwipunek jest dozwolony w Media Markt. Pan Ochroniarz był nieugięty na moje argumenty i w ogóle zbył mnie stanowczo. To, że duża część owych damskich toreb jest pojemniejsza od mojego plecaczka - nie gra roli, to że w ogóle do plecaka na grzbiecie trudniej jest coś wrzucić niepostrzeżenie, niż od torby (gdybym chciał kraść oczywiście) - też. Jeśli twoja torba nie jest wystarczająco damska - do sklepu nie wpuszczą!

A to jest właśnie seksizm! Dyskryminacja płciowa! Dlaczego męskie modele zasobników są niedozwolone? Czyżby faceci byli w tym sklepie niemile widziani?
Tak się przy tym zastanawiam - czy braki w pomyślunku Panów z Ochrony wynikają z braku nadzoru, czy może z nadmiaru tegoż (bo są tak zestresowani ciągłymi pretensjami szefów, że boją się sami myśleć). Wiem, że walka ze złodziejstwem wymaga pewnych wyrzeczeń (również od klientów). Ale niech będą to wyrzeczenia z sensem!
Na przyszłość zaś będę wiedział - nie torba (bo może okazać się niewystarczająco "damska") i na pewno nie plecak. Kupię gdzieś kurtkę z wielkimi kieszeniami. Chyba nie każą mi się rozbierać? A gdybym chciał coś ściągnąć z lady, to byłby to najlepszy z możliwych ekwipunek (szkoda, że jakoś do złodziejstwa mnie nie ciągnie, bo przy takiej polityce ochrony sklepu, "aż się prosi" trochę pokleptomanić)!

15 lutego 2003

PS.
W swoim czasie, mając znowu potrzebę kupienie czegoś w MM zabrałem specjalnie przygotowany na tę okazję sakwojaż - taki rzeczywiście damski w stylu. 
I fakt - udało się mi się wejść bez zbędnych tłumaczeń. Szczęśliwy zacząłem rozglądać się po sklepie. Wkrótce jednak zorientowałem się, że jeden z panów jakoś tak uważnie, "życzliwie" mi się przygląda i uśmiecha. Też się uśmiechnąłem, ale... tak coś mnie tknęło...
Nie to żebym zaraz miał coś przeciwko osobom o odmiennej orientacji - wcale nie. Ale mój brak uprzedzeń nie jest na tyle duży, abym sam do owej grupy "kochających inaczej" chciał przynależeć. A nie chciałbym niektórym osobom robić złudnej nadziei. Tak więc raczej szybko zakończyłem moją wizytę w tym sklepie i od tej pory nie chodzę ową torebką "pedałką" do sklepów, a Media Markt raczej omijam.

 

Ostrzeżenia monopolisty

Ostatnio w serwisie magazynu komputerowego Chip (w Newsroomie Chipa) przeczytałem taką oto informację: "Powtórne ostrzeżenie 2003-02-05 Microsoft ostrzega, iż sukces ruchu opensource'owego może wpłynąć na sprzedaż jego produktów, zmuszając jednocześnie do obniżki cen, a co za tym idzie, opublikowania gorszych wyników finansowych. ...."
Dalej opisane jest także, że być może firma Microsoft będzie musiała obniżyć CENY na swoje produkty, a w związku z tym osiągnie mniejsze ZYSKI!!!

A to już mnie ruszyło do głębi. - jak to!!! Microsoft mniejsze zyski?!!! Przecież to SKANDAL!!! Co ci ludzie wyprawiają?! Zamiast kupować obłędnie drogie produkty firmy Billa Gatesa, oni sobie instalują jakiegoś Linuxa i Star Office'a. Zgroza tego faktu nakazała mi snuć dalsze ponure refleksje - oto chyba okazało się, że w przypadku systemów operacyjnych i programów biurowych zadziałała KONKURENCJA, że o swój zarobek firma z Redmond będzie musiała się (choć nie jest to jeszcze przesądzone) rzetelnie postarać. Kiedyś mogłoby się więc zdarzyć, że nowy system operacyjny nie będzie droższy od komputera na którym jest zainstalowany. Wszak cena pełnej wersji Windowsów XP (Home Edition) w sklepie wynosi 917zł +VAT, co daje 1119zł, wobec przeciętnego wynagrodzenia netto wynoszącego ledwie kilkaset zł więcej.

A jeszcze tak sobie marzę, żeby na naszym rodzimym polskim rynku okazało się kiedyś, że osiąganie maksymalnego zysku przez naszego polskiego dominującego operatora telekomunikacyjnego (czyli uwielbianej przez klientów TP SA) przestanie być niepisanym celem polityki kolejnych rządów. Że może biznesowe kreślenie "operator narodowy" przestanie oznaczać firmę, która wydusza ostatni grosz z NARODU zam