Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

Publicystyka Fizykon.org

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka
Uwaga: część komentarzy w tej sekcji występuje jednocześnie w więcej niż jednej kategorii

 

Bić, czy nie bić dzieci?

Ostatnio wiele mediów zajmuje się sprawą projektowanej ustawy zakazującej bicia dzieci. Człowiek, gdy słucha argumentów przytaczanych przez dziennikarzy, gdzieś w środku zaczyna się skręcać - jak można wykazywać takie ograniczenie dla elementarnych rzeczy?...
Postanowiłem więc na swojej witrynie wtrącić "trzy grosze" do sprawy.

Co to znaczy "bić"?

Gdy czytamy teksty w mediach zadziwiające jest to, że jesteśmy manipulowani słowami w sposób zakamuflowany. W przypadku "bicia" dzieci jest to szczególnie wyraźne. Bo używając słowa "bić" opisujemy często bardzo różne sprawy:

mówimy tak o "bijących się" chuliganach 
mówimy o facetach tyranach katujących żony, dzieci, konkubiny
mówimy też o upominającym  klapsie dla brzdąca, który - mimo kilku ostrzeżeń i zakazów - wciąż uparcie ciągnie za sznur elektryczny czajnika, w którym właśnie zagotował się wrzątek.

Będę się upierał, że są ZNACZĄCO RÓŻNE SPRAWY. Użycie tego samego słowa "bić" wywołuje w odbiorcach utożsamienie sytuacji o diametralnie różnych znaczeniu w kategoriach: zagrożenie zdrowia i życia, krzywda, odraza moralna.

Gdyby dziennikarze trzymali inną stronę niż zwolenników ustawy, pewnie używali by określenia "karać cieleśnie". Wtedy wydźwięk dyskusji byłby inny. Tylko którzy dziennikarze o to dbają?... W końcu gdyby byli zbyt rzetelni w swoich tekstach, to pewnie nie byłoby to tak prowokacyjne,  a w konsekwencji medianie chodliwe.

Fałszywe argumenty i górnolotne ideały

Zwolennicy ustawy o absolutnym zakazie bicia dzieci powołują się na argument, że przecież dorosłych się nie bije. A przecież to nieprawda!

- W sytuacjach zagrożenia życia, zdrowia, czy innych wartości (materialnych) policjant bierze pałkę gumową i wali chuligana "po plerach". Wali, bo zwykła perswazja nie poskutkowała. Ze smarkaczem, który bawi się zapałkami, uporczywie kręci gałkami kuchenki gazowej, czy pcha paluchy do kontaktu sytuacja jest ANALOGICZNA.

Inny argument jest wysoce "ideologiczny" sprowadza się on zwykle do stwierdzenia, że (tu będzie cytat z http://www.sciaga.pl/tekst/65470-66...) "Każda przemoc jest szkodliwa, nawet jeśli doraźnie przynosi pożądany skutek.". Niestety owo górnolotne zdanie świadczy po prostu o myśleniu życzeniowym i braniu pod uwagę realiów. Bo, niestety, tak to już jest na naszym wrednym świecie, że prędzej czy później prawie wszystkie górnolotne ideały muszą być poddane próbie konfliktu z...
...innymi równie górnolotnymi ideałami (np. potrzebą ochrony zdrowia, życia). I nic tutaj nie da chowanie głowy w piasek. Mi się przemoc też bardzo nie podoba. Nie pochwalam bicia dzieci - nawet tylko klapsami, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, są sytuacje szczególne! W wychowaniu małych dzieci, które jeszcze nie mają świadomości konsekwencji własnych działań ten problem jest wyjątkowo wyraźny.

Kiedy należy (!!!) uderzyć dziecko?

Osobiście uważam, że są sytuacje, w których zdecydowanie należy dziecko uderzyć. I niemal zawsze sprowadzają się one do przypadków, gdy:

istnieje poważne zagrożenie związane z zachowaniem dziecka
wszystkie inne metody perswazji zawodzą.

Przykłady:

starsze dziecko bije notorycznie, w sposób zagrażający zdrowiu, swojego słabszego braciszka, czy siostrzyczkę (sytuacja często spotykana), a żadne tłumaczenia nie skutkują.
dziecko notorycznie naraża swoje zdrowie i życie (np. wchodzi na parapet okna na 6 piętrze bloku, bawi się kuchenką gazową, gryzie kabel elektryczny podłączony do kontaktu), a znowu wszelkie inne zakazy nie podziałały.
szczególne przypadki histerii - niekiedy krótki kontrolowany ból, wywołany klapsem, czy inną podobną przyczyną pozwala na wyrwanie człowieka (nie tylko dziecka) z histerii, która potrafi trwać godzinami, a której nie potrafimy przerwać normalnymi metodami.
znalazło by się jeszcze parę, ale tu nie chodzi o kompletną listę...

Jednak - tu znowu ważne zastrzeżenie - klaps jako metoda wychowawcza należałoby traktować jako ostateczność wynikającą z braku możliwości zakomunikowania ważnej rzeczy inaczej. Oznacza to, że o ile może być usprawiedliwiony w odniesieniu do brzdąca 2 letniego, to trudno sobie go wyobrazić wobec 10 letniej pannicy. Bo jeśli dziecko już normalnie komunikuje się z rodzicami, to każdy przypadek użycia kary cielesnej jest wskazaniem na wielką porażkę wychowawczą rodzica.

Jak reagować w przypadku niebezpiecznych zachowań dzieci?

Przyznam tu jednak, że klaps - nawet w opisywanych wyżej przypadkach szczególnych - jest ostatecznością. Jednak problem ogólny zostaje - jak reagować w przypadku gdy głupi (taka jest prawda - dzieci, zanim zmądrzeją, są jeszcze głupie), a do tego krnąbrny (cóż, taka jego natura) smarkacz upiera się przy działaniach zagrażających zdrowi i życiu własnemu, czy innych ludzi?

- Na pewno warto UŚWIADOMIĆ ZAGROŻENIE, czyli inaczej mówiąc postraszyć. Oczywiście postraszenie to też forma przemocy! Ale niestety - taki jest świat. I mamy do wyboru - uświadomimy, że grozi realne niebezpieczeństwo - a wtedy mamy szansę zmiany postawy dziecka, albo zachowamy się poprawnie politycznie, będziemy cierpliwie tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć, a potem (np. gdy na chwilę wyjdziemy odebrać telefon) smarkacz wespnie się na barierkę balkonu i wypadnie z 6 piętra bloku na bruk...

Przemoc jest wpisana w nasze życie. Niestety. Prędzej czy później każdy się o tym przekona. Dziecko też - bo nawet jeśli tata nigdy nie da mu klapsa, to później - w przedszkolu, czy szkole kolega (który było chowany bezstresowo i ma gdzieś wszelkie zakazy) da naszemu dziecku okazję poczuć co to ból, siniak, a może nawet uszkodzone oko, czy złamana ręka. Bólu przemocy NIE DA SIĘ UNIKNĄĆ. Bo taki jest świat. I nie pomogą płacze, krzyki, marsze protestacyjne. Możemy co najwyżej starać się ową przemoc ograniczać, stosować rozsądnie, tak aby w ostatecznym rozrachunku przemocy ubywało, a nie przybywało.

Przemoc bez bicia - czy czasem nie gorsza?...

Teraz w czujmy się w sytuację rodzica, który po uchwaleniu ustawy absolutnie zakazującej kar cielesnych chciałby odwieść dziecko od wchodzenia na barierkę balkonu. Uderzyć nie może (gdyby dał szybko klapsa, malec by się rozpłakał, ale by dotarło do niego, że tata NAPRAWDĘ NIE ŻARTUJE), więc musi coś wymyślić, żeby ten sam efekt (strachu chroniącego przed wypadnięciem z balkonu) osiągnąć innymi środkami. Cóż by to mogło być?

- Normalnie babcie stosują w takich sytuacjach jakieś przerażające opowieści - o czarownicach, o diabłach i innych potworach. Później z kolei pedagodzy krytykują, jakie to szkody w psychice spowodowały owe opowieści. Tylko nie widzą jednego - te opowieści do straszenia miały na celu właśnie UNIKNIĘCIE KAR CIELESNYCH. Bo jak inaczej uświadomić malcowi zagrożenie. I wracając do naszego przypadku z rodzicem - ponieważ stracić dziecka (z racji niedopilnowania) nie mogę, będę w takiej sytuacji musiał użyć podobnych środków - opowiem więc może o straszliwym smoku, co czyha na balkonie, może przerażająco wrzasnę, może jeszcze coś - na wszelki wypadek żeby było wystarczająco straszne i odstręczające. Czy efekt psychiczny dla dziecka będzie lepszy niż klaps?
- Mam wątpliwości. A właściwie to jestem pewien, że w większości przypadków pozostawi to większe negatywne ślady w psychice (może przez następnych parę lat w ogóle będzie dzieciak bał się wychodzić na balkon, w później może będzie bał się w ogóle barierek). Ale przecież w tej sytuacji coś muszę zrobić!

Bicie, którego bronić nie mam zamiaru

Gdy już napisałem tyle w obronie bicia dzieci, to jeszcze wyjaśnię. Absolutnie nie jestem zwolennikiem traktowania klapsów i innych kar cielesnych jako standardowej metody wychowawczej! Absolutnie i powtarzam to z uporem!!!

Są absolutnie naganne wredne zachowania rodziców, które potępiam jako objaw zwyrodnialstwa. Są to w szczególności:

bicie, bo tatuś/mamusia "się zdenerwował/a"
bicie "profilaktyczne"
bicie, bez próby wcześniejszego wytłumaczenia i wtedy, gdy dziecko reaguje na normalne polecenie
bicie bez wypróbowania innych metod przeciwdziałania zagrożeniom.
itp.

Nie zamierzam bronić tyranów (tyranek) domowych, nie zamierzam usprawiedliwiać zwyrodnialstwa. Trudno też usprawiedliwić bicie kogokolwiek w sytuacji innej, niż zagrożenie życia/zdrowia/mienia.

 Jednak są to różne sprawy - uderzenie, kontrolowane i wywołane autentyczną troską o dobro dziecko, w sytuacji gdy nie skutkują inne metody.

System prawny, czy obyczaje?...

Problem z ową ustawą o biciu dzieci jest przykładem pewnego podejścia, które od jakiegoś czasu występuje w wielu obszarach naszego życia. Pytanie jest: na ile prawo powinno wkraczać z zakazami i nakazami w kolejne dziedziny życia. A może próbować działać tu inaczej - za pomocą uświadamiania, promowania dobrych obyczajów?...

Bo zdaję sobie sprawę, że problem tyranii domowej (którego wyrazem jest m.in. katowanie dzieci) -  istnieje. Są patologiczne rodziny, gdzie tata tłucze dzieci, bo się upił, albo zdenerwował, a matka odreagowuje klapsami własne trudne dni, czy niepowodzenia. I na pewno trzeba coś z tym zrobić. Tylko czy ustawa jest tu dobrym rozwiązaniem?...
W końcu ci co najbardziej powinni się zmienić zwykle w ogóle z prawem mają na bakier i fakt uchwalenia jakiegoś kolejnego paragrafu nie wpłynie znacząco na ich postępowanie. Oczywiście część rodziców "normalnych" może dzięki ustawowemu zakazowi zmodyfikuje swoje metody wychowawcze. Czy na lepsze?
- Trudno powiedzieć, bo choć może klapsów będzie ogólnie mniej, to (natura nie znosi próżni) mogą rozwinąć się inne formy nacisku, a w szczególności przemoc psychiczna - coraz bardziej skuteczna, coraz bardziej wyrafinowana.

Przyznam sam, że ze swoim ponad 40 letnim doświadczeniem życiowym wiem, że byłbym w stanie samym naciskiem psychicznym bardzo silnie wpłynąć na dziecko. Tak, że przekraczałoby to wielokrotnie konsekwencje klapsa. I nikt nie mógłby mi nic zarzucić. W wielu sytuacjach wystarczy tylko wyjątkowo twardy, okrutny głos, wielokrotnie powtarzane zdania o odrzuceniu, niechęci, potępieniu. Czasem krzyk, a czasem wręcz przeciwnie - cedzone przez zęby straszne raniące zdania. Mógłbym tak działać, mógłbym być skuteczny takimi metodami. Choć nigdy tego nie robię. Ale wiem też, że gdybym jednak chciał jest stosować, to dziecko byłoby tu niemal bezbronne.
Z drugiej strony - gdyby na drugiej szali było życie, zdrowie wiele osób, gdybym z jakichś powodów MUSIAŁ zapobiec szczególnie niebezpiecznemu zachowaniu, to moim obowiązkiem byłoby użycia takich środków, jakie byłyby skuteczne - nawet drastycznych.

 W tej sytuacji klaps w pupę malca - byłby naprawdę najdelikatniejszą formą przemocy.

Michał Dyszyński
Warszawa 18 lipca 2008